piątek, 20 grudnia 2013

W świecie bez zapachów

Od trzech dni żyję w świecie bez zapachów. Mam totalnie zatkany nos. Mam też zapalnie oskrzeli. Dosłuchała się go druga lekarka, do której poszłam, bo nie uwierzyłam tej pierwszej. W sumie sama jestem sobie winna – poprzednim razem ta pierwsza nie dojrzała anginy w moim gardle, więc co się teraz dziwię?

W każdym razie biorę drugi antybiotyk w trakcie 3 miesięcy. Masakra – że się tak wyrażę, bo nic lepszego nie przychodzi mi do głowy. Po prostu załamana jestem. Mój organizm jest zdewastowany. Powoli zaczynam orientować się w ofercie antybiotyków na rynku. Niedługo będę sama sugerować pani doktor, co mi powinna zaordynować.

Ale o nosie miało być. Zatkany, zakatarzony. Oszczędzę Wam szczegółów, powiem tylko, że chusteczki konsumuję w tonach. W każdym razie robiłam wczoraj z Milą pierniczki. Ładne wyszły, ale czy dobre? Dopytuję Męża podczas procesu wypieku: czy ładnie pachnie w domu?? Tak, pięknie. Pierniczkami, bosko. Ach, zazdroszczę, że to czujecie.










Potem wieczorny seans Homeland. Od dawna marzył mi się popcorn. Zrobiony, zasiadam z michą. Nic. No nic nie czuję. Jak bym styropian jadła. Wrrr…..

Dziś zero przyjemności z kanapki z łososiem, z porannej kawy. Dajcie mi wodę i suchy chleb. Innego jedzenia na mnie szkoda. A miałam robić zupę tajską. Jak ja mam ją robić – pytam się – jak ja nic nie czuję??? Jak ja mam ją niby przyprawiać? Bez sensu, nie ma co się do tego zabierać w ogóle. Obiadu nie będzie.

Mandarynkę bym zjadła. Eh, szkoda jej…


Tak się zastawiam, czy mój stan da się jakoś pozytywnie wykorzystać? Może powinnam wykonywać dziś jakieś czynności związane z brzydkim zapachem? Chlorowy płyn do toalet? Zmywacz do paznokci? Jakieś inne pomysły? Pomocy…

wtorek, 17 grudnia 2013

Yhu yhu....

Kaszel, wciąż kaszel. Suchy, mokry, uporczywy. Podczas rozmowy, czytania, jedzenia i – crème de la crème – w nocy. Kładę się późno, wykończona kaszlącym dniem, po wieczornych 3 odcinkach Homeland, z nadzieją na sen, zanim któraś z dziewczyn się obudzi. I już już usypiam, a tu atak kaszlu. Yhu yhu. Wczoraj dwie godziny mnie męczył.

Kaszlemy kolektywnie, cała rodzina. Jak wszyscy, to wszyscy. Zaczęła Nina. Zaczęła z fantazją, bo zapaleniem oskrzeli. Strasznie ją męczyło. I kaszel, i gorączka. Na szczęście obyło się bez antybiotyku. Mam nadzieję, że się faktycznie obyło, bo pokasłuje nadal. Trzeba teraz wszystko porządnie wykasłać. Yhu yhu. Kaszle Mila, ale (mam nadzieję) niegroźnie. Mężowi się w niedzielę pogorszyło, poszedł wczoraj (sam, dobrowolnie!) do lekarza. Zapalenie oskrzeli. Mi się wczoraj pogorszyło. Też dziś idę. Dobrowolnie.

I tak to. Do tego Mila budząca się w nocy i rozkazująca spać ze sobą. Mam wory pod oczami, jestem chronicznie niewyspana i wypadają mi włosy (to raczej nie od kaszlu, ale od ogólnej załamki). Do tego jeszcze brak internetu przez ostatnich kilka dni. No biednemu to wiatr zawsze w oczy! Nawet fitness zarzuciłam, a to już oznaka, że źle się dzieje.

Piszę to wszystko trochę po to, żeby się pożalić, a trochę, żeby się usprawiedliwić, że mnie tak długo nie było. Ale jakoś chciałam Wam oszczędzić raportów o wysokości gorączki, upiornym kaszlu i podawaniu Ninie ohydnego syropu. Pól blatu kuchennego zajmują aktualnie lekarstwa. Bo z Milą też byłam u lekarza i pani doktor różnych się rzeczy u niej doszukała. Ale o tym nie mam siły aktualnie pisać. Za to ona przynajmniej syrop ma smaczny.

Ale patrzę za okno, widzę cudowne słonce i zieloną wciąż trawę, pije kawę, samochód umyłam, wracając z przedszkola po odwiezieniu Mili – no jest tyle rzeczy, którymi można się dziś pocieszyć. Próbuję więc wykrzesać z siebie jakąś radość i energię po tym zakasłanym tygodniu.

Czas wprowadzić się w atmosferę świąteczna. Jakoś zawsze mam z tym problem. Nigdy specjalnie nie bawiłam się w dekorowanie domu, własnoręczne ozdoby etc. Teraz trochę wypada, bo to frajda dla dzieci. Ale jakoś nie mogę. Może to przez to yhu yhu. Może dostanę dziś antybiotyk (nie będę protestować, chcę być w końcu zdrowa!) i spłynie na mnie ulga, dobry nastrój i nowa energia. Oby.


Miałam krótki zryw DYI, proszę bardzo. Skromnie, ale w sumie jak na mnie, to może być. Maślak z instalacji jesiennej wygląda na prawdziwego, co? A zrobiła go Mila na ceramice w przedszkolu.







Ale niezmiennie zachwyca mnie ekspozycja w przedszkolu Mili. Fascynujące,  jak różnie dzieci podeszły do prostego zadania pokolorowania Mikołaja.



Dobra, czas się ogarnąć, zaplanować ostatecznie świąteczne menu, sprawdzić, czy są wszystkie prezenty i… uśmiechnąć się!

czwartek, 5 grudnia 2013

Dlaczego kocham Ewę

Jestem fanką Ewy. Założę się, że każdy wie, kto to. Ja wiem, a nie mam telewizora od ponad 12 lat.

Jak żeśmy się poznały? Szukałam kogoś takiego jak ona. Utrzymanie formy było dla mnie zawsze ważne. Nie lubię uprawiania sportów jako takich, a już na pewno nie kontaktowych. Na zajęciach w-f starałam się być niewidzialna albo niedysponowana. Za to zawsze pasowały mi różne formy gimnastyki. W szkole podstawowej jak większość rówieśników miałam skrzywienie kręgosłupa, z tym, że moja mama dopilnowała, żebym regularnie chodziła na gimnastykę korekcyjną. Z tych zajęć wyniosłam przekonanie, że mocne mięśnie brzucha to ważny pancerz dla ciała i że trzeba o nie dbać.

Będąc nastolatką przeżyłam fascynację gimnastyką Callanetics. Miałam kasetę VHS z godziną wycisku prowadzonego przez samą Callan Pincney, czyli pomysłodawczynię tego systemu. Świetne ćwiczenia. To właśnie wtedy wyhodowałam sobie piękny kaloryferek ;-)

Potem były różne formy tzw. aerobicu w klubie fitness blisko naszego mieszkania na Mokotowie. Nie to, że byłam jakąś straszną maniaczką. Zdarzały się dłuższe okresy zarzucenia ćwiczeń. Na przykład w lecie, kiedy znałam fajniejsze sposoby na spędzenie czasu. Jazda na rowerze dajmy na to.

Niespełna 5 lat temu przeprowadziliśmy się na wieś, na której nie mieszka pewnie nawet 300 osób. I wiecie co? Mamy tu klub fitness!!! I to całkiem fajny, taki z sauną, masażami, siłownią outdoorową. Oczywiście od początku byliśmy z mężem stałymi klientami. Odkryłam i pokochałam pilates oraz stretching. Ćwiczyłam praktycznie do samego końca ciąży z Milą.

No właśnie. Ciąża…. Nie ma co ukrywać, że powrót do formy trochę trwa i kosztuje. Chociaż mi po drugiej ciąży udało się wrócić do dawnej wagi (tej „sprzed Mili”) bardzo szybko i praktycznie bez żadnego wysiłku. Ale waga to jedno, a kondycja mięśni i jędrność skóry to drugie. Dodaj do tego wiek kobiety, która nie zdecydowała się na macierzyństwo, będąc licealistką i okaże się, że nie wystarczy po prostu posmarować ciało balsamem po prysznicu, żeby świetnie wyglądać.

Making the long story short: moje ciało potrzebowało intensywnego ruchu. Odpadają zajęcia w klubie fitness: one są albo rano (jemy wszyscy razem śniadanie, po czym odwożę Milę do przedszkola), albo wieczorem (jemy wspólnie kolację, bajka, kąpiemy i usypiamy dziewczyny; po tym to już mój i Męża czas). W środku dnia zajęć nie ma. Pozostaje siłownia, ale nie o to mi chodzi.  Próbowałam zabrać się za samodzielne ćwiczenia. Jakaś książka, gazeta. Ale to też nie zadziałało. I nagle olśnienie: wszyscy mówią o Chodakowskiej!!! Ona wydaje DVD! Nabyłam pierwszą lepszą płytę w Empiku. Skalpel II i Szok Trening. Spodobało mi się, i to bardzo! Same ćwiczenia i ich formuła. Ale szybko stwierdziłam, że Skalpel jest trochę za lekki, zaś na Szok Trening trzeba mieć więcej miejsca, a nie chce mi się robić przemeblowania przed każdym ćwiczeniem. W październikowym Shape była płyta z kolejnym treningiem Ewy. I to z nią aktualnie ćwiczę. Bardzo mi pasuje, aczkolwiek ciągnie mnie już, żeby sprawdzić coś innego od Chodaka.

Ile ćwiczę i czy są efekty? Zaczęłam dwa miesiące temu. Ćwiczę średnio dwa razy w tygodniu. Czasem trzy, czasem jeden. Waga w zasadzie stoi w miejscu, lekko się waha, ale po pierwsze moja masa ciała jest OK i mi chodzi raczej o „drobne poprawki” i ujędrnienie. Poza tym mam nadzieję zbudować dzięki tym ćwiczeniom trochę masy mięśniowej, co może oznaczać nawet lekki wzrost ciężaru.

Dlaczego uwielbiam Ewkę? Bo świetnie wygląda. Jest ładna, ma doskonała figurę, aczkolwiek w mojej estetyce są może bardziej piersi à la Kate Moss, ale i tak miło się na nią patrzy. Bo ma niesamowitą charyzmę i energię. Zarzuca się jej wręcz sekciarskie zapędy ;-) Ma na pewno predyspozycje, bo wielka społeczność jej fanek (prawie 670 tys. polubień na fb) jest wyjątkowo oddana i stoi za nią murem. Bo potrafi świetnie motywować. I chociaż mi osobiście to niepotrzebne, a czasem wręcz takie gadki pachną mi moją korporacyjną przeszłością, to wiem, że masie dziewczyn mocna motywacja jest niezbędna. Ale przede wszystkim podziwiam Ewę Chodakowską za to, że ma doskonała smykałkę do biznesu! Jako pierwsza wpadła, że można zostać trenerką celebrytką (jest nią, mimo, że się od tego odżegnuje), że można zarobić masę kasy na DVD, na współpracy z klubami fitness, z telewizją, że można zarobić na książkach, kalendarzach. Dlaczego nikt wcześniej nie wypełnił tej niszy? Aż dziw!! Przecież w Stanach dla przykładu jest masa takich kobiet.

Mi absolutnie nie przeszkadza, że Ewka fotografuje się w kolorowych gazetach, romansuje z modą czy zarabia na reklamie dezodorantu. Kibicuję jej, niech wyciska ile wlezie z tej popularności! Zdecydowanie jestem za jej celebrytyzmem, który promuje zdrowie i ruch, a nie za nędznymi aktorkami serialowymi, zarabiającymi krocie na spacerze z dzieckiem w wózku z wyeksponowanym logo producenta. Ewka nie powinna się zupełnie przejmować maruderami narzekającymi: a to, że „się sprzedała” (bo znowu była na okładce), a to, że kopiuje czyjeś ćwiczenia (rany, serio to tamta trenerka wymyśliła sit ups??). Albo że podpadła fotografom na jakieś gali. Who the fuck cares??? Spotkałam się z tylko jednym słusznym według mnie zarzutem: ponoszą ją emocje. Nie powinna wcale tego wszystkiego komentować. Bo po każdym niepochlebnym tekście w mediach pojawia się jej komentarz (i idąca za tym zazwyczaj wyczerpująca korespondencja) na fb.


Ewka, rób swoje, jesteś świetna! Niech ktoś prowadzi Ci fanpage na fb, a Ty rób to, co kochasz i potrafisz. Taka jest moja koncepcja :-)

wtorek, 3 grudnia 2013

Co kupić dziecku i nie tylko. Na gwiazdkę i nie tylko.

Szanujące się mamy blogerki wrzucają na potęgę posty z inspiracjami na prezenty świąteczne dla swoich pociech. 


Pewnie, ja też się mogę podzielić moją listą, chociaż nie jest ona specjalnie odkrywczo-nowatorska. W przypadku Mili (2 lata, 9 miesięcy) idziemy w LEGO. Po zestawie podstawowych klocków, który już mamy, Mikołaj w tym roku przyniesie wypaśny domek Kubusia Puchatka, wraz z ziomami Kłapouchym i Prosiaczkiem. Nie wiem tylko, dlaczego w zestawie nie ma Tygryska… To mnie martwi, bo jestem pewna, że Mila o niego zapyta. Co robić??? 




Edit: znalazłam na allegro u tego samego sprzedawcy samego lego-tygryska! Zadzwoniłam, pani akurat pakowała paczkę dla mnie! Ale fart! Tygrysek też będzie!!!

W ogóle przechodzimy przez etap Kubusia i spółki obecnie. Z resztą w przypadku obu dziewczyn.

Nina (1 rok, 2 miesiące) dostanie sanki. Czy będzie się tak z nich cieszyć, jak Mila z LEGO? Może nie, ale pewnie i tak będzie przekonana, że LEGO dostała ona. Podobnie, jak Mila uważa, że LEGO, które Nina dostała na pierwsze urodziny jest jej. Niech się dzielą. Z myślą o tym dzieleniu właśnie będzie też inny prezent. Wózek dla lalki. No kicz to straszny i banał, ale co zrobić – obie laski kochają bawić się wózkiem!!!!! Wózek jest z nosidełkiem, więc zamysł jest taki, że jedna dziewczyna wozi lale w wózku, a druga nosi w nosidełku. Jak wyjdzie – zobaczymy.




Mąż dostanie portfel (on nie czyta mojego bloga, więc mogę spokojnie pisać). Też w sumie mało oryginalnie, ale akurat potrzebował. I proszę – jakie mam szczęście. Wchodzę wczoraj do sklepu Ochnik, oglądam portfele, jeden jest super. Ale widzę jakieś promocje -30%. Pytam, o co chodzi. Ano o to, że przy zakupie jakiegoś innego produktu w regularnej cenie na wybrane portfele jest duży rabat. Bingo! Bo mi potrzebna torba! I proszę – znajduję idealną. Załatwiam więc również prezent dla siebie. Szkoda tylko, że nie będzie niespodzianki…

I moje ostatnie odkrycie: Instadruk!!! To miał być w prawdzie prezent rocznicowy, ale się spóźnił. W zasadzie ja zamówiłam za późno. Tak czy inaczej jest już w moich rękach. I jest super. Z założenia drukuje się tam instafoty, ale można też wybierać zdjęcia z dysku. Coś dla maniaków kwadratowych zdjęć, czyli dla mnie na przykład. Do wyboru jest kilka produktów. Ja wybrałam mniejsze kwadraty (6,5x6,5cm) i pakiet 48 zdjęć, są też większe (10x10 cm, 24 sztuki). Cała operacja wyboru zdjęć i produktu banalna, nie trzeba ładować żadnej aplikacji. Finalny produkt fajnie zapakowany, fantastyczna pamiątka w ciekawej formie. Nadaje się więc na prezent, czemu nie na gwiazdkę. Jedyny zarzut? Według mnie papier powinien być grubszy i sztywniejszy. Ale i tak polecam. Ja zrobiłam „próbny” wydruk wspólnych z Mężem zdjęć. Teraz zamówię pakiet z Milą i Niną.






Uff, wygląda na to, że prawie udało mi się w listopadzie załatwić temat prezentów. Brakuje jeszcze sanek. Potem pakowanie i… czekamy na Mikołaja ;-)

poniedziałek, 18 listopada 2013

10 drobnych przyjemności


Było o rzeczach wkurzających KLIK, ale na szczęście życie pełne jest też przyjemności. W zasadzie jest ich więcej, ale dla równowagi trzymajmy się tu magicznej dziesiątki. Kolejność ponownie losowa.

1. Kocham dźwięk młynka do kawy w ekspresie. I zapach, który się chwilę potem unosi. W ogóle uwielbiam kawę. Najchętniej mocne, krótkie espresso, ale czasem lubię też sączyć mleczną piankę na macchiato. Ale to po espresso właśnie można poznać dobrą kawę. I ekspres. Gdyby nie pobudzające właściwości kawy, piłabym ją od rana do wieczora, a tak pozwalam sobie na dwie dziennie. No, w sytuacjach kryzysowych trzy. Co mi przypomina, że kawa się kończy, więc trzeba dziś koniecznie kupić, aaaa!

2. Jesienne liście wirujące przed jadącym samochodem. Już o tym chyba wspominałam TU. Ale serio to lubię. Już ich niewiele, ale pomyślałam, że szybko wrzucę na listę. Zasadniczo jest to sezonowa drobna przyjemność, więc wypadałoby dodać analogiczne dotyczące innych pór roku. A proszę bardzo. Wiosna: pierwsze ciepłe promienie słońca na twarzy, podczas ekspozycji na leżaku na tarasie. Prawdopodobnie jestem wtedy ubrana w koc/ śpiwór/ przynajmniej puchówkę, ale i tak jest pięknie. Lato: hmm, znowu słońce. Wylegiwanie się na kocu na trawie i słodkie nicnierobienie. Czasem też tak trzeba. Zima: skrzypienie śniegu pod butami. Tak, to jest miłe. Kiedyś szczerze nie lubiłam zimy, ale od kiedy mieszkam na wsi, doceniam i tę porę roku. Potrafi być piękna. Na przykład tym skrzypieniem właśnie. Albo jeszcze… Albo nie, nie będę się teraz rozpisywać, wszak zima lada moment i będzie czas na zachwyty.

3. Audycja Ranne Kakao na Roxy. Też już o tym wspominałam TU. Aktualnie słucham tylko 20 minut, czyli podczas kursu z Milą do przedszkola i z powrotem. Kiedyś Tymon i Kędzior towarzyszyli mi w całej drodze samochodem do korpo, czyli minimum godzinę, dbając o mój dobry nastrój. Przynajmniej przy przekraczaniu progu firmy, dalej było już różnie ;) Uwielbiam chłopaków. Ich absurdalny humor, muzę, którą puszczają. Ostatnio często mają ciekawych gości. Nie jestem może fanką wszystkich żartów, ale większość mnie śmieszy. 

4. Nowy numer Vogue Paris w rękach. Mam kuzyna pilota, lata często do Paryża i mi stamtąd przywozi. Co za bezsens – powiecie – przecież można sobie w Empiku kupić! A można, pewnie. Ale dla mnie jest magia właśnie w tym „oryginalnym”, kupionym na lotnisku De Gaulle’a. Poza tym w Empiku kosztuje on ze dwa razy więcej, a przy ilości, jaką mam w kolekcji to  jest spora oszczędność. Believe me. No więc siadam sobie ja z tym Vogue’iem na kanapie, z kawą oczywiście, i leniwie zaczynam przeglądanie. Taaak, lubię to. Znajomi wiedzą, że jak się zagranicę wybierają (szczególnie Włochy i Hiszpania, ale nie wzgardzę żadną edycją), to najlepszy souvenir dla mnie to Vogue właśnie. Więc polecam się i Wam! ;)

5. Kolejna grzeszna przyjemność do pedicure w pozycji leżącej. Jak jeszcze pracowałam w Wwie, byłam stałą klientką Hair&Nail Concept. Szczerze polecam, to zdecydowanie najlepszy i najbardziej profesjonalny salon mani/ pedi, w jakim byłam. KLIK Bardzo dobrze wygląda, robią świetną kawę, panie są miłe i tak samo ubrane, nie puszczają tam komercyjnego radia, mają Vivę, Galę, Party i wszystko, co potrzebne do czytania przy takiej usłudze. Achaa, i robią super pedicure! ;) I to na boskich po prostu fotelach masujących!!! Tęsknię za nimi, ale co zrobić – nie poświęcę 3,5h na zrobienie sobie paznokci! Tyle to zajmuje z kursem do/ z Wwy. Trudno, przestawiłam się na salon w sąsiedniej wsi. Daleko mu do powyższego, jeśli chodzi o design wnętrza i poziom obsługi klienta (za to poziomowi usługi samej w sobie nie mam nic do zarzucenia), ale za to pedicure wykonuje się tam na leżąco! Aaaa, kocham to! Ostatnio tak mi było dobrze, że prawie co mi Gala wypadła z ręki i niemal usnęłam!

6. Tu nie będę (znowu?) zbyt oryginalna: lubię słuchać głośnej muzyki w samochodzie. Oczywiście jadąc sama. Uszu dzieci szkoda, a mąż ma często inne zapatrywania na to, co puszczam.

7. Uwielbiam ten moment, kiedy przyjeżdżam po Milę do przedszkola i zaglądam ostrożnie do sali. Lubię patrzeć niezauważona, co robi, jak się zachowuje. Zawsze mnie to rozczula. Zwykle trwa to parę - paręnaście sekund, bo zaraz jeśli nie ona, to któreś dzieci mnie zauważy i krzyczy: „Milenkaaaaa, twoja mamaaaa!”

8. I znowu motoryzacyjnie. Uwielbiam taki jeden kawałek drogi. Z Zalesia Górnego do Wwy (przez Pilawę). Ma zaledwie koło 3 km, ale kocham tamtędy jeździć. Droga przez las, trochę zakrętów. Pięknie o każdej porze roku! Najgorsze, co może mnie tam spotkać, to wlec się za jakimś maruderem. Bo wyprzedzić nie wszędzie się da. Acha, ten punkt łączy się często z szóstym.

9. Bardzo lubię też moment startu samolotu. Ten ryk silników, ta moc i prędkość, a wreszcie oderwanie się od ziemi. Postrzegam to jako przyjemne fizycznie, ale może też jest to kwestia w mojej podświadomości. Zawsze przed podróżą bardzo się denerwuję. Wydaje mi się, że kiedyś tak nie miałam, ale wiadomo – człowiek się zmienia (żeby nie powiedzieć, że starzeje). W każdym razie martwię się, że czegoś zapomnę, jak ja sobie poradzę z tym całym majdanem przy odprawie, że dzieci źle zniosą podróż, że będziemy mieć nadbagaż, itd. Więc jak już odrywamy się od ziemi, to znaczy, że z połowa tych problemów jest nieaktualna.

10. To graniczy trochę z nałogiem, ale muszę się przyznać, że byłabym w stanie wydać KAŻDE pieniądze w Empiku. Wchodzę tak się tylko poszwendać między regałami i zobaczyć, co tam nowego. I nie wiem, jak to jest, ale raptem dziesiątki książek wydają mi się niezwykle interesujące. Z muzyką i filmami tak raczej nie mam, bo tu dokładnie wiem, czego szukam. Od bankructwa ratuje mnie to, że przeważnie daję sobie po łapach i tłumaczę, że zamawiając online płacę taniej i potem oczywiście nie zamawiam tego wszystkiego, co w realu zgarnęłabym z półek.

Takie to właśnie przyszły mi do głowy drobne przyjemności. Banalne? Ale jakie proste i miłe. I nie trzeba od razu na Karaiby lecieć.

środa, 13 listopada 2013

Jaki jest Twój must have?


Czytam na jednym z modowych portali: „Czapka z pomponem to tegoroczny must have w szafie każdego fashonisty. Uwielbiają ją zarówno młodzi, jak i ci starsi, noszą osoby pełne energii i świeżości. Ten gadżet z pewnością wyróżnia z tłumu i jednocześnie podkreśla osobisty styl.”

Yeah, to coś dla mnie! Za fashionistę się w prawdzie nie uważam, ale styl osobisty podkreślać trzeba i z tłumu wyróżnić się też. Akurat to nie jest trudne, jak się mieszka na wsi, ale co tam. Must have to must have, tak??  

Robię ja wczoraj zakupy w Lidlu, patrzę: czapki z pomponem! I to w moich  ulubionych kolorach: szara i musztardowa. I to po 23 zeta! Biorę obie!

Potem jadę do Fashion House (taki outlet pod W-wą). Rozglądam się za prezentami, bo w tym roku (jak w każdym poprzednim z resztą) mam solenne postanowienie temat ten załatwić w listopadzie. Potrzebuję też zimowe spodnie dla Niny i ciepłą kurtkę dla Mili, więc do sklepów z dzieciowymi ciuchami też zaglądam.

I patrz: spodnie zimowe ciepłe i piękne przecenione z 85,90 na 39,90. Do tej pory nie widziałam żadnych poniżej stówy! Cena normalnie jak w SH. Biorę! Oby nie były za małe na młodą. Nie są – jak się okazuje w domu.

Powiem tak: nie raz puściłam dużą kasę, by odziać siebie i dzieci. Ale nie cieszy to tak, jak upolowanie czegoś za rozsądny pieniądz. Dlatego zaglądam do SH i nie przesadzę, jak powiem, że może nie większość, ale spora część najfajniejszych ciuchów dziewczyn pochodzi właśnie ze szmateksu.


Poniżej foto wczorajszych zdobyczy. Z filtrem. Może się już znudziliście, ale co zrobić. Lubię fotki z filtrem. Poza tym jakoś średnio z tą energią i świeżością u mnie ostatnio. Blada jestem, mejkapu mi się nie chce robić, więc bez filtra by było jeszcze gorzej. Believe me. 







wtorek, 12 listopada 2013

Jak nie dać się jesiennej infekcji?

Widzę, ze dużo blogujących mam wrzuca obecnie posty dotyczące zdrowia swoich maluchów. Każdy chce się podzielić swoimi sposobami na jesienno-zimowe choróbska. Może i moje doświadczenia komuś się przydadzą.

Moje dziewczyny (Milena: 2 lata i 8 miesięcy, od września chodzi do przedszkola) i Nina (pod koniec września skończyła rok) do chorowitych nie należą, ale kilka infekcji już przeszły.

Zasadniczo Mila do czasu rozpoczęcia przygody z przedszkolem nie chorowała. Był epizod z jakimś syfem żołądkowym przywiezionym z Egiptu, było zapalenie ucha, ale poza tym dziewczyna dużo czasu spędza na świeżym powietrzu i trzyma się. W lipcu rozpoczęłyśmy adaptację w przedszkolu i muszę powiedzieć, że historie o tym, czego to się stamtąd nie przynosi są prawdziwe. My w prawdzie niczego poważnego (póki co) nie złapałyśmy, ale od lipca do września chorowała u nas cała rodzina. Ja przechodziłam dwa razy anginę, reszta familii – o dziwo – poprzestała na infekcjach typu kaszel/ katar.

Nina raczej też się trzyma. Poza ciężkim ząbkowaniem, które u niej wiąże się z przewlekłym katarem i czasem biegunką, nic poważnego jej nie było.

Mamy też super fajnego pediatrę, któremu ufam bardzo i którego cenię. Antybiotyk to dla niego ostateczność, zawsze mówi, który lek ma tańszą wersję, a jak się da, to przepisuję preparat to wykonania w aptece, który kosztuje grosze. Denerwuje go, że te tablice do badania wzroku (kojarzycie – te z literkami różnej wielkości) kosztują stówę, a to kawałek tektury jest. Ale robi to tylko jedna firma w Polsce, więc wiadomo… Na temat przedstawicieli medycznych ma wyrobione zdanie. Mówi, że z nim problem jest taki, że jest dość zamożny, więc niełatwo go przekupić. W związku z czym przedstawicielom wciskającym mu  nadmiar medykamentów mówi „Proszę spie….alać!”…. Swój gość.

Ale to taka dygresja tylko. Tak więc moja refleksja na temat drobnych niedyspozycji u dzieci typu kaszel/ katar/ biegunka jest taka, żeby nie panikować, nie lecieć po baterię kolorowych leków do apteki i raczej do lekarza też zaraz nie, bo tam o tej porze roku można coś ciekawszego złapać. Aczkolwiek muszę powiedzieć, że z obiema kaszlącymi dziewczynami do przychodni biegłam, bo wydawało mi się, że jak dwa tygodnie charczą, to może to jednak coś poważnego, a w szpitalu wylądować nie chcę. Ale okazało się, że nic się nie działo.

Moja pierwsza pomoc w lekkich przypadkach jesiennych i nie tylko:

- katar: psikanie solą morską lub fizjologiczną do nosa. Przegląd różnych preparatów na każdą kieszeń w aptece. Kiedyś wydawało mi się, że to ma sens tylko przy zatkanym nosie, ale pediatra mnie ostatnio wyprowadził z błędu i przy kapiącym gilu pięknie pomogło.

- kaszel suchy: inhalacja solą fizjologiczną. Macie nebulizator? Jak nie, to kupić szybko. Najlepszy (czytaj: najmniej inwazyjny) sposób podawania wielu leków, nawet antybiotyków. Cena? My mamy Philipsa za ok. 180 PLN, ale za stówę też można coś kupić.

- kaszel mokry: inhalacja mucosolvanem lub (gdy nie ma czasu lub dziecko nie współpracuje, ale z doświadczenia mówię, że da się dość łatwo przekonać) syrop wykrztuśny.

- biegunka: smectę można podawać już bardzo małym maluchom, ale muszę powiedzieć, że ja ufam naparowi z czarnych jagód (borówki czernicy), który u nas za każdym razem zatrzymywał temat. Towarzyszącym objawem są często odparzenia pupy, i tu przyznam, że nie znam lepszego preparatu, niż tormentiol, aczkolwiek nie powinno się go ponoć stosować u dzieci, gdyż posiada w swym składzie związek toksycznego kwasu bornego, który przenika przez skórę. Wasz wybór. Acha, probiotyk też nie zaszkodzi. I wiadomo, uzupełniać płyny!!!

Nie to, żebym była jakimkolwiek autorytetem. Nie jestem też zwolennikiem szukania porad medycznych u doktora Google. Ale każda z mam ma jakieś sprawdzone patenty na drobne infekcje. Nie mówię tu oczywiście o poważnych sprawach, nie zachęcam do ich leczenia na własną rękę. Ale moim zdaniem nie można dać się zwariować ofertą leków, jaką macie w każdej aptece.


Wpis bez zdjęć. Przepraszam, poprawię się. Ale w zasadzie to zagilowaną Ninę bym miała pokazać? ;)

poniedziałek, 4 listopada 2013

10 rzeczy, które mnie wkurza


Kolejność jest przypadkowa. 

1. Mąka. Pszenna lub ziemniaczana, ale raczej pszenna, bo częściej używam. Nawet jak jest zamknięta, zawsze z opakowania się pyli. Albo jak się ją chce sypnąć do naczynia, to albo nie leci nic, albo rąbnie od razu wielka porcja i wszystko dookoła uwalone mąką. Jestem nienormalna czy też Was to wkurza?

2. Śmieci na poboczach i w lesie. Mieszkam na wsi, dużo spaceruję po leśnych ostępach i jeżdżę rowerem, więc mam przegląd: worków ze śmieciami komunalnymi (butelki, pampersy, te sprawy), śmieciami pobudowlanymi/ poremontowymi, czy też opakowaniami po żarciu z McDonalda wywalonymi z jadącego samochodu. Szczególnie fajnie to wygląda, jak dobiorą się do tego zwierzaki lub przejedzie po takim worku z odpadami traktor koszący chaszcze na poboczu. ACZKOLWIEK muszę przyznać, że ustawa śmieciowa chyba jednak zdaje egzamin w tym kontekście, gdyż jakoś duużo mniej ostatnio tych śmieci. Ach, czyli  jednak da się coś zmienić w tym kraju?

3. Komercyjne stacje radiowe. Nie cierpię, nie słucham, nie znam aktualnych hitów. Ilość (i jakość) reklam, debilne dżingle, fatalni prowadzący to dla mnie wystarczająco dużo, żeby nie słuchać zetki, eremefu czy innego badziewia. Słucham Roxy. Też komercyjne, też są reklamy – fakt. Ale chyba ze 30 razy mniej. Poza tym to moja muza i redaktorzy, których da się słuchać. Baa, przy porannej audycji odwożę Milę do przedszkola i przeważnie to wystarczy, żeby dobrze mnie nastroić na resztę dnia. I odwrotnie: nie raz już siedziałam na mani/ pedi/ u fryzjera, wierciłam się dosłownie i wysypkę miałam od tego, co leciało z głośników. I nie raz prosiłam o wyłączenie lub chociaż ściszenie. Słowo.

4. Twarda woda. Ta z kranu. U nas niestety jest bardzo twarda, co sprawia, że krany i inne takie nieładnie wyglądają. A taki mamy piękny łupek na ścianach w łazience. Co robić? Jak żyć??

5. Bunt dwu-/ trzylatka. U nas chyba nie w ekstremalnej odsłonie. Ale może to tym gorzej? Mila przez 98% czasu jest fantastyczna, miła, radosna, a tu raz na jakiś czas zupełnie znienacka potrafi zaskoczyć jakimś fochem. Przeważnie jest to nadmierna płaczliwość i jęczenie. Jak by częściej się buntowała, może byłoby łatwiej? Nie, wróć! Więcej nie chcę!

6. Kot śpiący na łóżku. No kurde blade, i tak te nasze koty rozpuszczone jak dziadowskie bicze! Zaraz, bicze? Że niby „bitch”e? Dziadowskie bitche? Hahaha, niezłe! Taka dygresja, sorry. Anyway. Dywanik nie wystarcza, fotel nie wystarcza! Musi się jedno z drugim do łóżka pchać! Szczególnie Cyganka. Zrzucam ją z tego łóżka ze sto razy na dobę. Za każdym razem patrzy na mnie wzrokiem mówiącym: „No już dobra dobra. Przyrzekam, nie będę…”. Za kwadrans przychodzę, a ona znowu na łożu rozciągnięta. Wrr….

7. Brud w zabawkach kąpielowych. Nie moich. Dzieci. Hahaha. Macie też takie zabawki z dziurką? Można do nich wciągnąć wodę, a potem nią psikać. W tych zabawkach lubi sobie zamieszkać ŻYCIE. Jak się tego pozbyć??? Pomocy!!!

8. Polskie kino współczesne. Parę lat temu powiedziałam sobie: Pier….ę, nie oglądam polskich filmów (tych robionych aktualnie). Słusznie prawiłam, szkoda, że się tego nie trzymałam. Ostatnio zobaczyłam m.in.: „Rewers”, „Kac Wawa”, „Samotność w sieci”, „Randka w ciemno”, „Sponsoring”. Bolało. Już po 15 minutach wiedziałam, że to był błąd, ale trwałam w masochistycznym przekonaniu, że może jednak coś z tego będzie. Niestety. Nomen omen kac pozostał. Z polskim kinem problem jest taki, że robi się albo durne komedie, albo filmy dołujące, o tragediach, chorobach, patologii, śmierci. Sorry, ja X muzę traktuję jako rozrywkę, więc nie dla mnie dzieła, po których jest mi źle. Żeby była jasność: w mojej filmotece jest kilkadziesiąt produkcji polskich, z tym, że zrobionych przed rokiem 90-tym, z których większość uważam za genialne. Ale to już temat obszerniejszy.

9. Biedronka i konieczność płatności gotówką. Ja z tych, co za wszystko – od paliwa na stacji benzynowej do piwa w wiejskim sklepie – płacą kartą kredytową. Gotówkę miewam rzadko. Ale i tu świat zmienia się na lepsze, ha! Biedra wprowadziła ponoć system płatności mobilnych. Muszę przetestować.

10. Upływający czas. Taaa, wiadomo, o co chodzi. Tempus fugit i tak dalej. Ale skoro wyznaję (przynajmniej staram się) zasadę, że nie wściekam się na rzeczy, na które nie mam wpływu, to przynajmniej ten ostatni punkt mogę zasadniczo olać.

Żeby nie było, że chodzę ciągle wkurzona. Wręcz przeciwnie! Mam przygotowaną również listę pozytywną. Stay tuned! 

wtorek, 29 października 2013

Męski weekend

W tej notce będą zdjęcia weekendowe nie moje, a małżonka. 

No bo tak: on był na męskiej wyprawie na Bałtyku i łowił dorsze, zaś ja – sama z dziewczynami. Nie tak zupełnie sama może, bo weekend spędziłam z koleżanką, której mąż wyciągnął mojego na te dorsze. Tak więc my i czwórka słodkich dzieciaków. Za dnia było OK. Mamusie plotkują, potem plac zabaw, spacer, odwiedziny jeszcze jednej koleżanki i takie tam. Ale noc w moim przypadku ciężka. Dziewczyny budziły się na zmianę i kursowałam między nimi prawie całą noc.

W poniedziałek, po tym ciężkim weekendzie, byłam jak zombie. Jedząc śniadanie musiałam głowę podpierać ręką. Wioząc Milę do przedszkola czułam, że mogę lada moment usnąć za kierownicą. Przy życiu trzymała mnie myśl, że Mąż w końcu WRACA i co najmniej trzy kolejne noce to on będzie wstawał w nocy i obsługiwał nasze księżniczki. Jakże się myliłam! Maż wrócił, owszem, bardzo zadowolony z wyprawy, złowił najwięcej ryb (szczęście początkującego), ale niestety na Bałtyku letko nie jest – mąż rozchorował był się, w związku z czym oznajmił, że nie da rady wstawać w nocy! Po czym poddał się gorączce oraz straszliwemu kaszlowi, więc cóż było robić – znowu matka wstawała do dzieci. A tym razem Ninie coś dolegało i biedna strasznie płakała. Ja profilaktycznie dziś nie patrzę w lustro oraz nie udzielam się towarzysko. Co najwyżej phonecall-owo lub na czacie.


Także tak. Zbieram propozycje, co zrobić, jak dzieci nie śpią w nocy. 

Aha, dorsze świetne!!! Dzięki, kochanie! :-*










piątek, 25 października 2013

Technologia pod strzechą

Budowaliście kiedyś dom? Ten wymarzony, wyczekany? Znam takich, którzy wychodzą z założenia, że jak już się na to zdecydowali, to ten dom ma być super duży i wszystkomający. Potem często nic z tego nie wychodzi, więc z doświadczenia zalecam nie odlatywać za bardzo. Nam się to chyba udało, ale do dziś śmieszy mnie to, że budując pierwszy dom jesteśmy narażeni na całą masę ekspertów, którzy przekonują nas, że w reprezentowanej przez nich branży jest nam absolutnie niezbędny najbardziej rozbudowany lub wypasiony system. Jeśli jest to elektryk, to natrzaska nam setki punktów świetlnych, ogrodnik wymyśli jakąś przedziwną kolejność uruchamiania się podlewaczek ogrodowych, itd., itp.

My na szczęście nie daliśmy się (chyba) za bardzo naciągnąć, bo mąż architekt nie jest łatwym do naciągnięcia jeleniem. Ale na przykład z systemem antywłamaniowym trochę atrakcji mieliśmy. Nie kwestionuję dziś bynajmniej jego sensowności, ale zapewnił nam nie raz mocniejsze bicie serc.

Alarm zaczęliśmy uruchamiać, kiedy dom był na etapie budowy, w tzw. stanie surowym zamkniętym (czyli okna i drzwi), a my mieszkaliśmy jeszcze w Warszawie. Okna wstawione, masę kasy kosztowały, a ponoć zdarzają się przypadki wydłubywania świeżo zainstalowanych (dacie wiarę???), więc alarm musi być. Niestety prawdopodobnie przez szparę pod drzwiami garażowymi musiały dostawać się do domu małe zwierzaki, bo noc w noc alarm się uaktywniał, a pani z monitoringu stawiała nas na baczność i kazała recytować hasło.

W domu są też oczywiście czujki dymu. A jakże. Mieszkamy tu już ponad 4,5 roku, a wciąż zdarza nam się włączyć alarm pożarowy jakąś przypaloną potrawą w kuchni lub za szybko otwartą zmywarką, z której bucha para. Jest wesoło, nie?

Ale mój faworyt to czujka gazu usypiającego. Że też ktoś wpadł na to, że domowników można uśpić, wrzucając jakiś zajzajer to systemu wentylacji i splądrować im spokojnie dom. Hardkor, nie? W każdym razie miły pan od alarmu taką czujkę nam polecił zainstalować, tylko uprzedził (te kilka lat temu), że jak będziemy mieli dzieci, to żeby uważać, bo zasikana pielucha też może ją wzbudzić. Wiecie już, co będzie dalej, nie? :-)

Czujka znajduje się w sypialni, na ścianie po mojej stronie łóżka, blisko podłogi. Jak Nina była malutka i karmiłam ją jeszcze piersią, nocami odbywało się to tak, że wyjmowałam ją z łóżeczka, brałam do siebie do łóżka, karmiłam na śpiocha i odkładałam z powrotem do łóżeczka, bez przewijania. Może nie jest za fajnie spać z zasikaną pieluchą, ale wstawanie kilka razy w nocy na karmienie też fajne nie jest, więc na przewijanie nie starczało mi już sił. Tak więc Nina ciamka sobie którejś nocy słodko, ja kiwam się z ajfonem w ręku (zawsze coś tam oglądałam, żeby nie zasnąć), a tu kątem oka widzę, jak zaczyna migać niebieska dioda na czujce. Nim się zorientowałam, o co chodzi, alarm zaczął wyć straszliwie. Alarm zawsze wyje straszliwie, ale w środku nocy to wycie jest takie, że włosy stają dęba. A jak się jeszcze jest wybudzonym przez taki alarm ze snu, to już w ogóle trudno się zorientować, o co chodzi. Nie wiem, jakim cudem Mąż pamiętał hasło do wyłączenia alarmu. A pamiętał.

Z mniej spektakularnych historii, to  na przykład niania elektroniczna w jakiś sposób wzbudza… no w zasadzie to nie wiem, co ona wzbudza właśnie. Ale efekt jest taki, że panel od alarmu cały czas trzeszczy cichutko. Kiedyś myślałam, że ktoś nam podsłuch podłączył. Ha ha ha.


No i tak. Technologia,  XXI wiek i ten teges, ale nie ma co się dać zwariować. A Wy macie jakieś ciekawe urządzenia w domu?





wtorek, 22 października 2013

Sto laaat!

Poprzednia noc nie była łatwa. Nina obudziła się koło 1 i nie chciała dalej spać. Siedziałam przy niej aż do 2 i przekonywałam, że źle robi. W końcu się udało. Wróciłam do łóżka i… do 3 nie mogłam zasnąć! Nie wiem, dlaczego, nie miałam na sumieniu żadnej późnej kawy. W każdym razie przewracając się z boku na bok i klnąc, zaplanowałam sobie cały dzisiejszy dzień. Zupełnie niepotrzebnie – brak prądu od rana do wieczora zniweczył 99% planów. Jak się okazuje, prąd jest człowiekowi całkiem potrzebny. „Napisałam” również w myślach tego posta. Również bez sensu, bo rano już nic z tego nie pamiętałam i piszę go na nowo.

Miało być o jesieni. Pięknej i złotej. A przede wszystkim o urodzinowym weekendzie.


Jesień to zdecydowanie nie jest moja ulubiona pora roku, ale jest kilka rzeczy, za które ją uwielbiam. Mój numer 1 to jazda samochodem przez las i obserwowanie, jak kolorowe liście wirują na drodze. Albo podziwianie gry światła między drzewami. Robię wtedy często zdjęcia, ale wiadomo, co to za zdjęcia z jadącego samochodu, robione przez kierowcę. Dowód poniżej.



W ten weekend robiliśmy urodziny Niny. Rok skończyła w prawdzie prawie miesiąc temu, ale dopiero teraz udało się dopasować termin do dostępności gości. Nie wszyscy niestety dopisali (taka pora roku, sporo chorowitków), ale i tak było tłoczno. Dorosłych 12, dzieci 9. Kiedyś myśl o takiej ilości ludzi (i dzieci!) w moim domu przyprawiała mnie o ból głowy, ale po imieninach Mili w maju stwierdziłam, że jednak nie jest tak łatwo roznieść chatę!

Nie jestem z tych mam, które na imprezę przygotowują jakieś wyjątkowe dekoracje czy atrakcje dla dzieci. Pewnie brak mi kreatywności, ale uważam, że najważniejsze to spotkać się w fajnym gronie i pogadać, a dzieci i tak mają frajdę z zabawy nie swoimi zabawkami.

Mój catering imprezowy to kilka sałatek i ciast. Zostały pochłonięte szybko, więc zakładam, że były niezłe. Chętnym udostępnię przepisy ;-) Tort: zawsze od Lukullus. Jestem ich wierną fanką. Bynajmniej nie był to tort dziecięcy. Ale bez przesady: wystarczy, że na co dzień potykam się o zabawki i słucham Misia i Margolci! Kiczowatym tortom mówię NIE!

Mąż zapowiadał: nie zamierzam gadać o dzieciach! I chyba mu to wyszło. Jak przykładałam gumowe ucho do rozmawiających panów, to słyszałam o: wyprawach na Bałtyk na dorsze, obiektywach do aparatów fotograficznych, podróżach, pracy. Niech sobie przypomnę, o czym rozmawiały dziewczyny… O ząbkowaniu, pobudkach nocnych, rozmiarze rajstop dziecięcych, przepisach na ciasto, jak leczyć mokry kaszel… Cholera, słabo to wygląda. Dobrze, że chociaż wszystkie jesteśmy nadal w miarę atrakcyjne ;-) bo tematyka rozmów zdecydowanie się zepsuła!

Tak czy inaczej ja imprezę zaliczam do udanych. Jubilatka Nina też wyglądała na zadowoloną, a jak się jej do tej pory „sto lat” zaśpiewa, to się śmiesznie kiwa. Goście – mam nadzieję – też się nieźle bawili.

Za zdjęcia dziękuję P.A. Nareszcie jakieś porządne fotki na tym blogu! J

Aha, wszyscy goście zgodzili się na publikację zdjęć z nimi oraz ich dziećmi.