sobota, 24 sierpnia 2013

Sobota w Warszawie

Zoo raz w roku musi być zaliczone. Padło na dzisiaj.
Pisać nie ma co, więc chociaż parę fotek.

A potem Park Skaryszewski. Chyba mój ulubiony w Warszawie. 














piątek, 23 sierpnia 2013

Berlin, ich liebe Dich!

Wyjazd do Berlina udał się świetnie. Z jednym wyjątkiem: był moją absolutną porażką, jeśli chodzi o pakowanie. Jeszcze nigdy nie zapomniałam tylu istotnych rzeczy. A przecież była lista! Tyle, że w iphonie, a w dniu wyjazdu w ferworze zbierania się, zapomniałam, że ta lista w ogóle jest. Gdyby papierowa leżała na stole, pewnie bym zauważyła. A tak… Bez komentarza…  Oczywiście później okazało się, że bez każdej z tych rzeczy dało się przeżyć, ale chodzi o zasadę. Moja głowa przestała pracować super sprawnie, odkąd nie uczęszcza do korporacji. Sad but true. Oczywiście nie znaczy, że rozważam powrót do fabryki. Skądże!!! Ale co by tu zrobić, żeby utrzymać istotę szarą w lepszej kondycji? Jakieś sugestie??

Ale wracając do Berlina: ja po prostu kocham to miasto. Podoba mi się tam wszystko! Oczywiście są i brzydkie miejsca, ale nigdzie nie widziałam tyle świetnej architektury oraz logiki, a jednocześnie luzu w tworzeniu przestrzeni publicznej.

Architektura
Chodząc ulicami, robię prawie non stop zdjęcia i nie mogę wyjść z podziwu, że tu wszystko, co się buduje, jest na świetnym poziomie i z dobrych materiałów, zaś u nas dobra architektura to wciąż nieliczne rodzynki. To przecież nie tylko kwestia kasy. Różnica tkwi chyba we wrażliwości i wyedukowaniu społeczeństwa. A zaskoczyło mnie tym razem to, że tu wciąż się buduje! I to ile! W czasie boomu budowlanego lat 90-tych Berlin nazywano największym placem budowy świata: „Berlin – die grösste Baustelle der Welt”. Wydawało się, że więcej się już nie zmieści. Ostatni raz byłam tu chyba 3 lata temu (byłam w ciąży z Milą, więc jakoś tak to musiało być) i o ile pamiętam, wiele się w temacie budownictwa nie działo. Teraz zaś widzę mnóstwo nowych budynków i trwających budów. Niesamowite.

Rower
Po raz pierwszy zwiedzaliśmy miasto rowerami. RE-WE-LA-CJA!!! Ja już tylko tak chcę! Generalnie jestem piechurem i mogę długo chodzić, ale jednak możliwości są wówczas ograniczone. Tym bardziej, gdy się pcha wózek z dzieckiem. Za to rower daje wolność, komfort i idealne tempo przemieszczania się z możliwością oglądania mijanych atrakcji. Na rowerze mogę jeździć od rana do wieczora. Jadę, coś mi się podoba – zatrzymuję się. Robię zdjęcia, rozkładam kocyk (jakoś nikt nie goni za wylegiwanie się w parku miejskim), otwieram piwko (jakoś za to też nikt nie goni).  Po prostu pięknie jest. A dziewczyny w przyczepce też zadowolone. Na zmianę zwiedzają i śpią. No sielanka. A żeby było jeszcze fajniej, do Berlina wybraliśmy się teraz ze znajomymi. Oni też z rowerami i dwójką dzieci w przyczepce.  Berlin cały w ścieżkach rowerowych, często jest to wydzielony pas na jezdni, a rowerzysta jest bezwzględnie respektowany. Bajka, po prostu mówię Wam – bajka.

Wyczytałam gdzieś, że w Berlinie jest 620 km ścieżek rowerowych.  BTW ciekawe, ile jest w Warszawie? W każdym razie my przejechaliśmy teraz w sumie 112 km, więc można uznać, ponad 1/6 tras zaliczona. Jest po co wracać. Aaah, może by udało się jeszcze w tym roku…

Wszystko pięknie, ale…
No dobra, koniec z pianiem z zachwytu. Coś tu musi być nie tak, prawda? Owszem. Tak więc absolutnie obleśnie prezentuje się obecnie Alexanderplatz. Kto był, to wie, że to wielki plac w klimatach DDR: charakterystyczny zegar, Fontanna Przyjaźni i oczywiście słynna wieża telewizyjna. Wokół domy towarowe, stacje U-Bahn i S-Bahn. Nic pięknego, ale miał swoją atmosferę i był miejscem spotkań, często też alternatywnej młodzieży. Teraz natomiast stoją tu jakieś tragiczne bazarowe stoiska, a smród jest podobny do tego na naszym Dworcu Centralnym (dawno nie byłam, może tak już nie ma, ale każdy wie, o co chodzi). W każdym razie perełek architektury socjalistycznej wcale pośród tej ohydy nie widać i należy się stąd jak najszybciej zabierać.  Co też uczyniliśmy i obraliśmy kurs na….

Wannsee
Czyli jezioro na obrzeżach Berlina. Nigdy tu jeszcze nie byłam, a w przewodniku wygląda super. Piękny piaseczek, eleganckie kosze plażowe. Pogoda odpowiednia, bikini na Alexanderplatz kupione (bo przecież mojego z domu zapomniałam) – jedziemy! Pominę już, że droga nam się strasznie dłużyła i cały czas powtarzaliśmy sobie, że na bank wracamy S-Bahnem. Za to jechaliśmy przez fantastyczne dzielnice z gigantycznymi starymi willami i to jest temat na osobny album architektoniczny. Więc nie było tak źle. Ale na miejscu okazało się, że po pierwsze płatności kartą nie są przyjmowane, a nam niebezpiecznie kończyła się gotówka (patrz kolejny punkt), a na plażę prowadzą strome schody w dół, zaś zejść dla wózków szukaliśmy ze 20 minut. Po wtóre: sam obiekt jest… hmmm… łagodnie mówiąc dość zaniedbany i obskurny  Zjeść to można frytki z ketchupem lub w najlepszym wypadku pizzę. Wszystko to było dla nas sporym zaskoczeniem, bo spodziewaliśmy się luksusowego kąpieliska w klimatach przedwojennego Sopotu. Ale nic to, dzieciaki pluskały się w wodzie i były zachwycone, więc nie ma co narzekać.

Karty kredytowe
No właśnie. Jadąc do „Europy Zachodniej” zabieram ze sobą kartę kredytową, a nie portfel wypchany gotówką. Tymczasem poza hotelem i dosłownie jedną knajpą, w której byliśmy, nigdzie nie akceptują kart. Przedziwne. Znajomi wzięli trochę cashu i przez większość wyjazdu byli sponsorami w sklepach, restauracjach etc. Oczywiście euro z bankomatu można wyjąć, ale jakoś mnie zdziwiła strasznie ta niechęć do płatności bezgotówkowych… W Polsce płacę kartą chyba wszędzie, nawet w naszym wiejskim sklepie. Ale tam to i na krechę można kupić – zupełnie inne standardy obsługi klienta ;)

Nie wiem, co by tu na koniec napisać, żeby się nie powtarzać. No ale fajny strasznie ten Berlin. Może tam sobie kiedyś kupię mieszkanko, to będę bywać częściej.



















wtorek, 6 sierpnia 2013

Wprawki wyjazdowe #2

Dzień 3

Teraz to już z górki. Rower, jezioro, obiadokolacja, lulu. A potem bawią się dorośli.

Aha, był jeszcze turniej badmingtona. Tylko dlaczego jak wygrałam dwa mecze, to stwierdzono, że trzeba iść kąpać dzieci???


Proszę, jak szybko poszło. To może chociaż fotki.









Dzień 4

Przejażdżka sentymentalna, pakowanie, odjazd.  Dziewczyny podróż przeszły wzorowo. Czyli: dużo spały, a potem rozśmieszały się nawzajem. Bajka. Udało się bez przystanku nawet (Nina, wybacz tę zasikaną pieluchę).

Było super, już chcę znowu wyjechać!

OK., to niech mi ktoś teraz naleje piwa...






poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Wprawki wyjazdowe #1

Dzień 1

Nie będę ściemniać, początek był fatalny. Bardzo. Pakowanie samochodu przy dźwiękach dwóch syren nie jest łatwe. Próby zebrania myśli, czy na pewno wszystko wzięte, są raczej skazane na niepowodzenie. Ufam więc, że dnia poprzedniego myślałam trzeźwo i o niczym nie zapomniałam. Ostatecznie jedziemy na 4 dni i nie na taki zupełny koniec świata.

Rowery zainstalowane na dachu, bagażnik zapakowany. Wsiadamy do samochodu. Marzę, żeby wraz ze startem silnika syreny zamilkły. Sukces jest połowiczny. Młodsza syrena udaje się w objęcia Morfeusza i w nich pozostaje przez najbliższe trzy godziny. Złote dziecko. Starsza syrena kontynuuje wycie. Do domuu, do domuuuuu! Przerwy są krótkie, a po nich siły wzmocnione. Hardkor. Mam dość i sama chcę do domu!!!

Trasa na Augustów nie obfituje w infrastrukturę dla podróżujących. Postój robimy na parkingu dla tirów. Rozkładamy kocyk. Pewnie w normalnych warunkach wielkie ciężarówy byłyby atrakcją, ale przecież syrena chce do domuuu…. Ratunku! Dziecko mi się zepsuło! Co się z nią stało? A) Bunt dwulatka? B) Stres związany z przedszkolem? C) Any ideas??? Help… Ja chcę z powrotem moją Milę!

Na szczęście Nina – już nie syrena – jest wszystkim zachwycona, tiry się jej bardzo podobają, a odór dochodzący z lasu (brak toalety) wcale nie przeszkadza. OK., pakujemy się z powrotem do auta, drogi nie zostało dużo. Syrena nadal wyje. Z potem na czołach dojeżdżamy na miejsce. Wita nas Ł. – koleżanka Mili (nadal syreny). Jest już na miejscu. Syrena wyje, ale są tu koniki, koza, koty, trampolina. Może jakoś to będzie, wycie powoli ustaje.

Ufff, nalejcie mi szybko piwa….


Dzień 2

Zaczynamy od śniadania. Nina nie chce kaszki. Tatuś podstawia jej czekoladowe chrupko-kulki. Mniammm… Świetnie, idealne śniadanie dla 10-miesięcznego bobasa – wznoszę oczy ku niebu i wzdycham. Tak będzie już do końca wyjazdu. To znaczy z tymi chrupkami, nie z oczami.

Krótki briefing nad mapą i wsiadamy na rowery, dziewczyny do przyczepki. Pierwsza wycieczka na Czerwone Bagna. Brzmi groźnie, nie jestem przekonana. Mają tam też być wydmy. Dobra, jedziemy. Fajna trasa, w sumie podobnie, jak w naszych lasach (po co się ruszać z domu?), ale nie będę narzekać. Nikt dziś nie wyje, pogoda piękna, jest fajnie. Zagłębiamy się w las. Aha, zapomniałam nadmienić, że atrakcją okolicy są bąki. Wielgachne. Jak szerszenie mniej więcej. Brrr… Na otwartej przestrzeni nie ma ich dużo, ale w lesie… Pedałujemy w związku z tym wyjątkowo szybko. Koło tabliczki Czerwone Bagna jakoś zgodnie przejeżdżamy bez przystanku i mkniemy dalej. Aż tu droga dla rowerów się kończy. Zakaz jazdy rowerem się pojawia. Aha, czyli warunki ekstremalne. OK., z ważącą ze 30 kg przyczepką mąż nie zamierza zgrywać chojraka. Czyli co – wracamy?

W sumie nie było źle, dziewczyny się wyspały, nastroje dopisują, mnie żaden bąk nie dziabnął. Teraz jakiś mały obiadek, wymiana opowieści ze znajomymi, którzy wybrali się na pieszą wycieczkę.

Druga wycieczka nad jezioro. Jupi, ale będzie fajnie!!! Jedziemy przez piękne wioski, w sumie podobnie, jak u nas, ale nie będę narzekać. No dobra, trochę inaczej. Jest tu masa traktorów. Błyszczących i nowoczesnych. Prawdziwa wieś. I mnóstwo krów. W końcu to polskie zagłębie mleczarskie. A u nas – co to za wieś? Jedyna krowa poszła pod nóż ze 3 lata temu. Ziemię uprawia chyba tylko jeden chłop. Taka trochę oszukana mazowiecka wieś. Nie to, co tu. Tak więc suszę zęby i pedałuję.

Wysiadamy nad jeziorem. Bosko!!! Mąż zaraz wskakuje do wody, ja rozkładam kocyk i już cieszę się na przemiłe popołudnie. Oho, włącza się syrena… A było tak pięknie… Niestety syrena pokazuje, że boli ją ucho. Poważna sprawa, już wiem, że z sielanki nad jeziorem nici. Tata wychodzi z wody i też już to wie. Na sygnale pakujemy się i pędzimy z powrotem. Po drodze próbujemy złapać naszego pediatrę, ale akurat przyjmuje pacjentów i nie może rozmawiać. W naszym pensjonacie pytamy o lekarza. Jest gdzieś tam NFZ, pędzimy, akurat mają zamykać, a to piątek. Lekarz mierzy temperaturę, zagląda w otwory w głowie Mili, kiwa głową i mówi, że bardzo mu przykro, ale musi przepisać antybiotyk. Tyle dobrego, że po podaniu leku oraz czopka Mila jest jak nowa: zadowolona, aktywna i śladu nie ma po wszelkich nieszczęściach. OK., jakoś to będzie.


Wracamy na bazę. Ufff, nalejcie mi szybko piwa.