poniedziałek, 30 września 2013

Rozmiar ma znaczenie

Wakacje, wakacje i po wakacjach. Jak było? No faaajnie... 

Ale wakacje z dziećmi to już takie inne wakacje. Zaczyna się od wyboru miejsca:
- Proszę pani, poproszę tak, żeby były baseny, brodziki, zjeżdżalnie, plac zabaw, plaża piaszczysta, menu dla dzieci, animacje i minidisco.
- Rozumiem, czyli hotel ma być duży.
- Hmm, no jeśli tak trzeba… L

Do tej pory jeździliśmy na wyjazdy raczej kameralne. Jeśli hotel, to mały. Albo apartament etc. Teraz stwierdziliśmy, że najlepszy wybór to wypasiony hotel z udogodnieniami dla rodzin z dziećmi. Czy słusznie? Chyba nie, bo następnym razem baaardzo długo się zastanowię, zanim coś podobnego sobie zafundujemy. Ja nie mówię, że było źle. Przyczepić się nie ma za bardzo do czego. Hotel faktycznie duży, za to położony w wielkim, bardzo rozległym i przepięknie utrzymanym ogrodzie. Architektura niska i przyjemna dla oka. Baseny jak trzeba, małe, duże, ciche, głośne. Bary, kawiarnie, chill outy. Na plaży super molo z klimatycznymi lożami. Tylko te masy ludzi na posiłkach… O ile za dnia całe towarzystwo się po tym wielkim terenie rozchodziło, to przy kolacji była jatka… Ja takich tłumów nie trawię. Może zdziwaczałam przez tych parę lat na wsi, bo przecież dziecko miasta jestem, ale aktualnie na takie masy ludzi reaguję nerwowo.

No dobrze, ale poza tym wszyscy zadowoleni, opaleni, najedzeni (wiadomo, all incl. to człowiek non stop podjada, więc na wagę nadal ze strachu nie weszłam). Więc bilans (wagowy pewnie również) jest na tak. Z energią wkraczamy w nową porę roku.


Na dowód świetnej pogody i nie gorszych nastrojów wrzucam kilka fotek. Pisać to za bardzo nie ma więcej o czym. Basen, spacer, jedzenie. I tak w kółko. W życiu jeszcze nie byłam na takich wakacjach, żeby z hotelu nigdzie nie wyjść. Ale wszystkiego trzeba doświadczyć. 

Aha, wózek sprawdził się jako tako. Jak ktoś codziennie użytkuje, to raczej nie polecam - dość ciężko się prowadzi.






























wtorek, 17 września 2013

Wózek na pogodę

Ten post jest o zakupie wózka spacerowego typu parasolka. Osoby niezainteresowane mogą z czystym sumieniem przestać czytać.


Jak może pamiętacie, jedziemy na wakacje. Już jutro. Gdzieś, gdzie świeci słońce. Hurraaa! Pogoda za oknem taka, że nie żal wyjeżdżać. Bo normalnie to mi przeważnie trochę żal. Fajnie u nas na wsi jest.

Anyway, trzeba było kupić drugą parasolkę. Nie była potrzebna do tej pory, gdyż na wsi wózek typu parasolka ma średnie zastosowanie. Nie jestem matką czującą presję i potrzebę zakupu maclarena. Ten wózek miał być jak najtańszy, a jedynym moim wymaganiem było, aby można było oparcie rozłożyć do pozycji prawie leżącej. Te najtańsze rozkładają się tylko do półsiedzącej.

Padło na coś takiego. 


Tylko nie myślcie, że to reklama, że mam z tego kasę, czy coś. Chcę po prostu poradzić osobom, które nie chcą wydać kilkuset złotych na wózek, bo nie mają albo po prostu nie chcą, bo potrzebują na przykład – jak ja – wózka wyłącznie na wyjazd.

Ten wózek kosztował 139 PLN. Tylko dlatego, że jest czerwony. Inne kolory: od 199 PLN w górę. I uwaga: wczoraj przez przypadek zobaczyłam go w jednym z hipermarketów. Zgadnijcie, ile? 260 PLN!

Wózek póki co stoi i czeka na spakowanie, więc nie mogę zapewnić, że nie rozwali się po pierwszym spacerze. Ale z całą pewnością na taki nie wygląda. Wygląda zupełnie OK. Ładnie, estetycznie, w miarę solidnie. Ma z pewnością dużo wygodniej rozkładane oparcie, niż to w moim droższym x-landerze. Jest niestety jedna bardzo irytująca rzecz, ale za tę cenę jakoś ją przecierpię. Mianowicie nad montażem budki ktoś nie pomyślał zupełnie. Jest to taki lekki zacisk i przy próbie operowania przy budce (złożenie, rozłożenie) cała budka po prostu się odczepia. Żeby tego uniknąć, trzeba jedną ręką ją przytrzymać, a drugą składać lub rozkładać. No chyba, że ja coś nie tak robię.

Wózek ma też gąbkowe uchwyty do prowadzenia, ale to – wg mnie słabe – rozwiązanie mają też niektóre maclareny i niektórym rodzicom to nie przeszkadza. Więc co kto lubi.

OK., dam znać po powrocie. Idę się pakować. Siebie i dziewczyny. Ależ mam reisefieber, brzuch mnie boli od rana. Nie cierpię przygotowań do wyjazdów….






poniedziałek, 16 września 2013

Dialogi rodzinne #2

W naszym przedszkolu jest konkurs na nazwy grup maluszków i starszaków. 

Mówię do męża: 
- Weź wymyśl coś fajnego, ty jesteś taki kreatywny.
- Hultaje i nicponie.
- Hmm, ale to tak trochę negatywnie nacechowane, nie? Nie przejdzie.
- Płazy i gady.
- Rany...
- To niech matka blogerka coś wymyśli!!

Dialogi rodzinne #1

Jak to mówi mój mąż, życie pisze najlepsze scenariusze. Ja dodaję: i dialogi. 

W związku z tym rozpoczynam niniejszym dział "Dialogi rodzinne". Póki co tylko z mężem, ale niech tylko Mila się rozkręci w mówieniu. Czuję, że też będzie śmiesznie.


Dialog przed minutą, mąż wychodzi do pracy:
- Kochanie, podaj mi proszę tę zieloną kurtkę.
- A czy ta kurtka nie wymaga przeprania?
- Właśnie nie. To bardzo dobra kurtka – nie wymaga przeprania.

czwartek, 12 września 2013

W stronę słońca

Tadam, jedziemy na wakacje! 


Udało się wybrać ofertę… Przysięgam, że miła pani z biura przedstawiła nam ich ze sto. Ale cóż… Jeśli wydaje się Wam, że jesteście wybredni, to nie znacie mojego męża. Bardzo wymagająca jednostka. A do tego zodiakalna Waga, więc ogólnie problem z decyzją jest. Pani najpierw pisała do nas „Witam Państwa bardzo serdecznie”, potem już tylko „Witam”. Mogę sobie wyobrazić zaś, co o nas myślała. Dobrze, że w końcu korespondencja ograniczyła się tylko do maili, bo rozmawiać z nią bym się już chyba bała. Niby powtarzam sobie, że to jej praca i nie każdy klient łyka piewszą przedstawioną ofertę, ale zdaję sobie sprawę, że mogła być już nami zmęczona i pewnie myślała, że i tak nigdzie nie pojedziemy.

Po wczorajszej wieczornej debacie wybraliśmy jednak trzy akceptowalne opcje. Ufff…. Zadowolona i dumna z naszej elastyczności wysmażyłam Pani nocnego maila z tą radnosną nowiną. Pani zaś o poranku odpisała – mogę się założyć, że nie bez satysfakcji – że w zasadzie to miejsc już tam nie ma, albo są, ale w innym terminie, albo są, ale 30% droższe. Aaaaaaaa!!!!!! W każdym razie wrzuciła jeszcze parę nowych ofert i cud się zdarzył!!!! Mężowi coś się spodobało nawet bez więszego gadania!!!! Mówię: bierz, nie chce nawet tego oglądać, jedziemy! I kamień spadł mi z serca, bo te wybory są faktycznie straszne. W ogóle to miejsca, w które jeździmy, od kiedy mamy dzieci, często są jakimś kompromisem na rzecz tychże i będąc bezdzietną rozrywkową parką pewnie byśmy wybrali co innego, ale jak się powiedziało „A”, to… Wiadomo.

Tadam, kolejna niespodzianka! Wszystko rozchodzi się, jak świeże bułeczki. Rano było, w południe nie ma! „Mogą Państwo jechać tydzień wcześniej. Pasuje?” Yyyy, no dobra, pasuje. No to next week lecimy! Matko, ile ja się znowu nadenerwuję. Zawsze tak mam przed podróżą. Dopóki się nie zaloguję na leżaku na miejscu, ciśnienie mam podniesione, a mięśnie permanentnie napięte. Wizje, że czegoś zapomnę, że coś się zepsuje, walizka rozwali, dzieci nie będą współpracować itd. Fatalna sprawa.

No dobra, to czas się zacząć pakować. OK., może jeszcze nie pakować, ale chociaż lista. I nie w iphonie raczej ;)

poniedziałek, 9 września 2013

Ona ma kota...

Czy ja już mówiłam, że mam kota? A w zasadzie dwa koty. Kota i kotkę.


Kot nr 1: Baltazar.



Tej wiosny skończył 7 lat, przez pierwszą połowę swojego życia był kotem mieszkaniowym. Mieszkał z nami w Warszawie, w kamienicy na Mokotowie. Baltazar zachowuje się, jak arystokrata, choć pochodzenie ma raczej plebejskie. 

Oto Baltazar parę dni po urodzeniu. To ten cwaniak z niebieskimi oczami. Był pierwszy w miocie i do dziś mu zostało, że taki do przodu zawsze.



Początki były trudne. Pierwszą noc wspominam fatalnie. Pomyślałam sobie wtedy: chyba podobnie jest, jak się ma dziecko. Noc nieprzespana, bo mały kociak też spał niewiele, a jak już usypiał, to się zaraz budził, miauczał przeraźliwie – pewnie tęsknił do mamy. Łaził nam po głowach, spadał z łóżka, jak spadł, to miauczał, żeby go wziąć z powrotem. Oj, działo się. Jak sobie teraz przeglądam filmiki z nim, to stwierdzam, że taki mały kotek na początku wymaga znacznie więcej zachodu, niż małe dziecko. Serio. 


Baltazar na Mokotowie nie miał żadnego terytorium łowieckiego, czasem tylko zapuszczał się na spacery po klatce schodowej, ale różnie się to kończyło, więc nie wypuszczaliśmy go często. Miał za to mikro wybieg na parapecie.


Wiódł więc sobie spokojne, nudne życie w mieście, nie wiedząc, co to prawdziwe emocje, choć oczywiście wydawało mu się, że wie.



Po przeprowadzce na wieś po dłuższym czasie dopiero się odnalazł, nie tak szybko był kozakiem wsiowym. Ze dwa lata temu udało mi się uwiecznić naszego dzielnego kota z pierwszą samodzielnie upolowaną myszą!!!


Niestety Baltazar do dziś nie może zrozumieć, że myszy po upolowaniu się zjada. Albo przynajmniej uśmierca. Tymczasem on je przynosi do domu i... puszcza wolno. Kończy się na tym, że to ja latam za nimi po całym domu i łapię. Czy o to chodzi w posiadaniu kota na wsi - ja się pytam?!?

I tym sposobem doszliśmy do super łownego kota, czyli...

Kot nr 2: Cyganka



Cyganka jest stąd. Czyli ze wsi. Była tu przed nami. My się wprowadziliśmy i ona nas wybrała. To znaczy nasz dom wybrała. Spodobał się jej, pomyślała "O, tu mogłabym mieszkać". Przeprowadzaliśmy się pod koniec marca. Było już ciepło i ładnie, ale akurat tego wieczora sypnął śnieg. Totalna śnieżyca, ledwie na tę naszą wieś z Warszawy dwoma wyładowanymi ostatnimi rzeczami samochodami dojechaliśmy. Wiadomo, jak to jest w nowym miejscu - trochę nieswojo, nie można uwierzyć, że się w końcu udało. Robi się kolację, otwiera się wino. I tak siedzieliśmy sobie przy stole w kuchni szczęśliwi, okna zaśnieżone. I zawału mało co nie dostałam, bo widzę, że mnie oczy obserwują. Na parapecie w tym śniegu siedzi biały kot.... To była ona. Pojawiała się codziennie, pięknie miauczała, łasiła się. No przesłodka była. Ja nie planowałam powiększenia kociej populacji, ale mąż się dał bardzo szybko złamać. Karmił ją i przypuszczam, że wpuszczał na salony pod moją nieobecność. Bardzo szybko poczuła się, jak u siebie, zaczęła wylegiwać się na kanapie etc. Stąd to imię. Jak Cyganka tu wlazła i się zadomowiła. 

Dość szybko okazało się, skąd ten pośpiech. Otóż Cyganka była przy nadziei. Dzieci powiła - słowo daję - u nas na kanapie. Nie będę teraz wchodzić w szczegóły - dłuższa opowieść. Urodziły się cztery słodkie kocięta.







Wspólnie z Cyganką je odchowałyśmy, a ja znalazłam im domy. 

Teraz mamy znowu dwa koty i chociaż raz na wycieczce rowerowej ślicznego rudaska spotkaliśmy i mąż już go chciał pakować i zabierać do domu, ja jestem twarda. Dwoje dzieci i dwa koty wystarczą. I tak jest śmiesznie.

Kot poza łowieniem myszy (uwaga: nie każdy) może się też przydać do: pilnowania dzieci, zabawiania dzieci....




... oraz bezsprzecznie do ozdoby wnętrz lub ogrodów: