poniedziałek, 21 lipca 2014

The best of June'14

Spotkałam się z tym na paru blogach. Podsumowanie miesiąca. Na blogu, na Instagramie, w internetach. Podoba mi się to. To nie tylko sposób na brak czasu na poważniejsze rozpracowanie tematu, o którym od dawna chcę napisać, ale także na brak weny ;-) A dla Was na nadrobienie zaległości i nadrobienie tego, co umknęło Wam podczas miesiąca. Tak więc dziś po raz pierwszy i u mnie! Na razie czerwiec - wszak lipiec się jeszcze nie skończył.


Zaglądając na mój Instagram widzę, że czerwiec rozpoczął się zdecydowanie deszczowo. 



Ale potem było już tylko lepiej. Nasz ukochany zadaszony taras sprawdza się idealnie w upały. Jest wielki stół, jest hamak, jest zewnętrzny kominek, gdzie można zgrillować rybkę, mięsko czy warzywka.


Nareszcie można zrobić chłodnik. Niestety był to jedyny chłodnik własnoręcznie przyrządzony, jak dotąd.


Ale za to pogoda sprzyja też spędzaniu czasu i konsumpcji w tzw. ogródkach.


Mmmm, kocham sushi. Szczerze mówiąc nie byłam sobie go w stanie odmówić nawet w ciąży...


Za słodyczami przepadam zdecydowanie mniej, niż za sushi. Co nie znaczy, że nie jadam ;-)


Nareszcie można kupić w Polsce cydr. Wybór jest, a to mój faworyt.


I to, co kocham w lecie najbardziej....








Zakupem miesiąca był zaś gustowny domek. Skryty lekko w chaszczach aż tak nie rzuca się w oczy. Chociaż na początku ciężko mi było go przeboleć. Oczywiście marzyłam o pięknym, drewnianym, dizajnerskim, zaprojektowanym przez męża. Ale prawda jest taka, że kosztowałby majątek i ważył tonę, a na zimę nie było by co z nim zrobić. Ten zaś jest leciutki, można go łatwo przesuwać po ogrodzie, zaś dziewczyny go uwielbiają. Tak więc jakoś się z nim pogodziłam ;-)


Jeśli chodzi o samego bloga, czerwiec nie był niestety płodnym miesiącem, nad czym niezmiernie boleję. Popełniłam zaledwie jednego posta, ale za to długiego i z dużą ilością zdjęć, a poza tym wkrótce doczeka się on kontynuacji. 

środa, 9 lipca 2014

Jak spędzić przyjemnie weekend? Część 1.

Przyznam, że nie jestem typem, który od wczesnego dzieciństwa spędzał z rodzicami wakacje pod namiotem. Ani tym, który w czasach licealnych czy studenckich namiętnie wyjeżdżał wyłącznie pod namiot, by na polu campingowym zażyć luzu, alkoholu i co tam kto jeszcze lubi. Pod namiot po raz pierwszy - czym był bardzo zdziwiony - zabrał mnie mój mąż (wówczas jeszcze nie mąż). To był rok 2006.

A zabrał mnie do Dębek. Które od tamtej pory kocham i żałuję, że już trzy lata mnie tam nie było. Dębki nadal mają klimat, choć nie jest to już to samo, co znam z opowieści tych, którzy bywali tam kilkanaście lat temu. Główny deptak to dziś typowy turystyczny kicz, ale plaża - ze swym ujściem Piaśnicy - jest magiczna. Oczywiście idealnie by było być na tej plaży samotnie, bez tych wszystkich tłumów. Ale tak się niestety nie zawsze da. Poza tym pamiętam z naszych wypadów, że wystarczyło przejść parę kilometrów od głównych wejść na plażę (a akurat spacer po plaży to dla mnie przyjemność) i już można było doświadczyć atmosfery bardziej dzikich plaż.

W Dębkach rozbijaliśmy namiot zawsze na Polu Leśnym. To pole oraz Kaszub pamiętają czasy moich rówieśników imprezujących tam jeszcze przed osiągnięciem pełnoletności. Leśne położone jest (zaskakująco) w sosnowym lesie, więc gwarantuje przyjemny cień w takie upały, jakie mamy teraz. No i ten zapach... 



Bardzo miło wspominam nasze wypady weekendowe. Ruszaliśmy w piątek. Czasem wieczorem, czasem udało się urywać wcześniej z pracy. Naszą corsą grzaliśmy razem z całą warszawką nad morze. 

To nasza pierwsza wyprawa. Akurat wyjechaliśmy późnym wieczorem i na miejsce dojechaliśmy już po wschodzie słońca. Było magicznie. 


Taaa, namiot - mówicie? No dobra, zobaczy się...





Gotowe! Wskakuj, mała!



A teraz na plażę. No paczajcie, jak ładnie...







I  ujście Piaśnicy:








I puściutko. A to był lipiec!




 I nasz ulubiony Beach Bar, w którym wlewaliśmy w siebie hektolitry mojito.






Później byliśmy jeszcze kilka razy w Dębkach. Z czego ostatnio już nie pod namiotem, za to z rowerami i zaledwie 3-miesięczną Milą.






















Ale miało być o namiotach. Tak więc mój mąż od zeszłego lata męczył mnie o wyjazd na camping. Z dziewczynami - rzecz jasna. Jakoś się wzbraniałam, bałam trochę. Wydawało mi się, że z dziećmi to takie trudne. Upiekło mi się w zeszłym roku, ale mąż powiedział, że w tym już mi nie podaruje. Słowa dotrzymał i chwała mu za to.

Ostatni weekend spędziliśmy pod namiotem na Mazurach. Warunki idealne: pogoda gites oraz spora grupa znajomych z dziećmi. Wierzcie mi, że na biwak nic więcej nie potrzeba. No i powiedzmy, że porządny (czytaj: posiadający choć minimalne atrakcje dla dzieci) camping też będzie plusem.

Camping, który wybraliśmy był spory, miał dwa place zabaw, restaurację i oczywiście plażę. Nie wspominam o sanitariatach, podłączeniu do prądu etc. Było też na nim sporo przyczep i domków holenderskich. Na początku wydał mi się trochę retro i może nawet lekko zaniedbany. Place zabaw - żaden wypas. Po prostu huśtawki, zjeżdżalnie, drabinki, piasek. Ale okazało się, że dzieci i tak bawią się na nich godzinami i są zadowolone. Ale po powrocie do domu przejrzałam sobie inne pola namiotowe w internecie, w poszukiwaniu jakiegoś fajnego na kolejne weekendy i muszę powiedzieć, że to było jednak świetne w porównaniu z tym, co - jak się okazuje - jest dostępne w większości przypadków! Czyli gołe, nasłonecznione place, często u kogoś na posesji... Masakra...

Czas minął nam szybko, a po powrocie wydawało mi się, że spędziliśmy na Mazurach z tydzień. Dzieci spisały się świetnie (czyli żadnych problemów z zasypianiem w namiocie, spaniem etc.). Miały towarzystwo, więc i rodzice zaznali luzu. Był czas na siatkówkę, badmintona. Niektórzy nawet widziani byli z gazetą lub drzemiący. 

No to teraz jeszcze fotki. 

P.S. Możecie polecić jakieś fajne pole namiotowe w Polsce?



Zaczynamy się rozbijać!



 Ale to trwa! Muszę coś przekąsić!



Tatoooo, patrz, co mam!




"Kocham moją siostrę!"



Szczęśliwi i wyluzowani rodzice wyglądają tak:



Nie obędzie się bez serii selfie z córką! Kurde, chyba miałam czymś zasmarowany obiektyw...





Typowa mazurska roślinność....



 Przybywają kolejni biwakowicze.



Czas na plażing!

Mamo, trochę za duże te majtasy!!!




A tu ekipa płynie łódką.



Potem jedni śpią....

 ... a inni harcują.



Jestem głodna!!!!!



A po obiedzie - wiadomo - lody!!!



Taką minę robi Mila, gdy widzi, że robi się jej zdjęcie...




 OK, do następnego razu! :-*
 Liczę na jakieś typy biwakowe!!!