wtorek, 19 sierpnia 2014

Skąd się tu wzięłam. Część 2.

Opisywałam Wam ostatnio moje niegdysiejsze życie mieszczucha. Szkoła, studia, kino, imprezy, znajomi, rower. Wszystko w mieście. Tak było dobrze, blisko, wygodnie. Nawet to, że tak fajnie spędzało się czas u znajomych, którzy mieli dom albo chociaż działkę, jakoś nie wzbudziło naszej czujności. Tak miało być zawsze. 


Jak to się stało, że wylądowaliśmy tu...


...opisałam Wam w poprzednim poście. Zakochaliśmy się w okolicy, budowa szła szybko, dom stanął (w 10 miesięcy - taka lekko przenoszona ciąża ;-), a my byliśmy z niego dumni i przeszczęśliwi. Okres budowy wspominam jako bardzo ekscytujący. Mąż, który dom zaprojektował, a jednocześnie budową kierował, jeździł na nią prawie codziennie i oczywiście jako dokumentację robił zdjęcia, które wieczorami oglądałam z wypiekami na twarzy. W weekendy zawsze jeździliśmy na wioskę razem. Mąż mój drogi tego procesu raczej tak bajkowo nie odbierał. Posiwiał znacząco, ale co tam - do twarzy mu. 

Prace trwały całymi dniami, często i w nocy. Przybywało instalacji, a w końcu i sprzętów.







O wiele bezsennych nocy zadbała nasza podłoga. Wymarzyliśmy sobie betonową. W ogóle lubimy beton (zwróciliście uwagę w poprzednim poście o domu na ogrodzenie?).  No to jest!


Ale po impregnacji i wyschnięciu okazało się, że jednak jest problem. Źle, brzydko, no coś poszło nie tak. Decyzja: zrywamy! To była prawdziwa masakra! Armagedon w prawie skończonym czyściutkim domu!!! To chyba właśnie wtedy włosy na głowie męża mego zmieniały kolor. 





No ale nieważne. Było, minęło. Grunt, że się udało i jest ładnie. Pięknie nawet :-) Zaraz zobaczycie.

Póki co ostatnia partia klamotów ze starego mieszkania zapakowana do naszej transportowej corsy i gotowa do podróży!


A to już NASZ DOM. Powoli zaczęły się pojawiać pierwsze meble. Przybywały stopniowo, czasem przywożone z jakiejś podróży, czasem robione na zamówienie przez zaprzyjaźnionego stolarza, czasem kupowane trochę przez przypadek, kiedy akurat szukaliśmy czegoś zupełnie innego. 







Zaczęły się pojawiać ozdoby i gadżety, powoli dopieszczaliśmy nasz domek.








Kot to też element wystroju wnętrza, nie? Z resztą pisałam już kiedyś o tym.






Zaczęliśmy cieszyć się ogrodem, pogodą, widokiem z okien. Na wsi pięknie jest i latem...










 





... i zimą.







Od kiedy zamieszkałam na wsi, kocham wszystkie pory roku. Wcześniej akceptowałam wyłącznie lato, reszta była dla mnie złem koniecznym. Życie na wsi płynie wolniej (wolniej płynęło mi również, gdy pracowałam w korpo - czas w magiczny sposób zwalniał, jak tylko mijałam rogatki miasta, wracając z pracy). Czuję, że jestem w swoim miejscu na ziemi. Obserwuję zmieniającą się wraz z porami roku przyrodę, mam cudowny widok z okna zaraz po przebudzeniu, tu jest mi dobrze.








Tu urodziły się i wychowują nasze dzieci: Milena....


... i Nina.






Tu jest NASZ DOM.