Tajlandia z dziećmi - poradnik praktyczny - część I

przez - września 07, 2017

W tym wpisie nie będzie nic o nieprzyjemnych wydarzeniach, o których troszkę, ale nie za dużo, wspominałam w poprzedniej "tajlandzkiej" notce. Ograniczę się do relacji i porad praktycznych dla rozważających wyjazd do Tajlandii z dziećmi. W zasadzie nie tylko z dziećmi. Dziś część I - PODRÓŻ

Tajlandia z dziećmi


Tytułem wstępu: od początków rodzicielstwa sporo podróżowaliśmy z dziewczynami. Pomijam wypady rowerowe i wszelkie weekendowe w Polsce (w tym pod namiot). Do roweru kupiliśmy dwumiejscową przyczepkę Croozer Kids i pierwsze wycieczki uskutecznialiśmy już z 3-miesięczną Mileną. Sporo jeździliśmy z dziećmi do Egiptu. Jako zapaleni nurkowie w Dahab czuliśmy się jak w domu i najpierw tylko z Mileną, a później również i z Niną byliśmy tam nie raz. Z 6-miesięczną Mileną pojechaliśmy samochodem do Chorwacji. W sumie byliśmy tam już ze 4 czy 5 razy. Była Turcja, Tunezja i sporo wyjazdów europejskich - Niemcy, Holandia, Francja, Belgia, Hiszpania, Portugalia, Włochy. Nie uważam nas ani za hardkorowców śpiących w zupełnie spartańskich warunkach, ale nie jesteśmy również rodziną podróżującą tylko do 4- czy 5-gwiazdkowców. O nie. Wręcz przeciwnie - lubimy miejsca kameralne, unikamy kurortów, priorytet to mieszkanie jak najbliżej plaży, z pięknym widokiem etc.

Nigdy jednak (do zeszłego roku) nie zapuściliśmy się z dziewczynami dalej - do Afryki (tam byliśmy tylko bez dzieci), do Azji. Znajomi od dawna namawiali nas na Tajlandię. Kusiło, ale zawsze obawiałam się tak długiej podróży. Ale że pokusa była silniejsza, niż obawy, zdecydowaliśmy się. Mieliśmy jechać z dzieciatymi przyjaciółmi, którzy już tam byli. 

O samej Tajlandii nie będę się za bardzo wymądrzać, bo byłam tam raz i ekspertem nie jestem. Jest kilka fajnych blogów, z których można dowiedzieć się sporo ciekawych rzeczy. Chociażby mandalay.pl czy www.etajlandia.pl Ja sama, jak nigdy, nie dotknęłam się do przewodnika, niewiele czytałam. Jedynie tyle, aby być w stanie brać udział w wyborze naszej destynacji. 

Podróż zaplanowaliśmy na luty. Do rezerwacji lotów zabieraliśmy się już od wczesnej jesieni, jednak udało się to dopiero pod koniec października. Za późno. Myślę, że można było bilety lotnicze kupić sporo taniej. My za 4-osobową rodzinę (dzieci już powyżej 2 roku życia) zapłaciliśmy 10 tysięcy PLN z groszami. Najpierw lecieliśmy do Bangkoku Finn Air, z przesiadką w Helsinkach. Można było taniej, jasne. Przede wszystkim już termin 2 czy 3 tygodnie wcześniej był tańszy, ale woleliśmy nie ryzykować i nie trafić na deszcze. Po drugie kwestia połączenia. Liniami ukraińskimi było taniej. Z przesiadką i czasem oczekiwania 18h też było taniej. Ale my nie chcieliśmy koczować na lotnisku z czwórką dzieci pół dnia. Dlatego wybraliśmy komfortowe połączenie z dość krótką przerwą między lotami. Teraz już wiemy, że trochę mało tego czasu było i przy jakimkolwiek opóźnieniu robi się gorąco. Co i nas spotkało, ale o tym za chwilę. Połączenie generalnie jest OK, najpierw do Helsinek leci się 1:40, potem do Bangkoku koło 11 godzin, przy czym jest to lot nocny, więc da się to serio znieść. Do tego samoloty komfortowe, w tym drugim locie ekrany w każdym siedzeniu, dużo filmów i bajek do wyboru (dzieci z głowy), jakieś gadżety dla nieletnich (dzieci z głowy).

OK, lot do Bangkoku zabukowany. Nota bene od tego i to jak najszybciej (najlepiej końcówka lata) radzę rozpocząć całe zamieszanie. Jednak jest to największy jednostkowy koszt i o ile możecie sobie pozwolić na w miarę elastyczne planowanie wylotu i powrotu, to wyszukajcie optymalne również cenowo połączenie i dopiero potem zabierzcie się za resztę, czyli dalsze transfery oraz planowanie noclegów. A dlaczego piszę, aby do bookowania biletów do BKK zabrać się szybko? Jak pisałam, my w zeszłym roku kupowaliśmy bilety pod koniec października (za 10 tysięcy). W zimie 2018 też planujemy odwiedzić Tajlandię, więc ceny sprawdzamy od jakichś dwóch miesięcy. Można kupić obecnie bilety po 7200 PLN za 4-osobową za rodzinę.

No dobrze, wracając do naszej zeszłorocznej podróży: dokąd w ogóle się wybieramy? Na pewno nie na Phuket, chcieliśmy uniknąć tłumów i komerchy. Chociaż - tu znowu mała dygresja - Tajlandia od lat jest mega popularna i coraz mniej jest takich serio dziewiczych miejsc. Wszyscy znajomi, którzy jeździli tam przysłowiowe wieki temu mówią, że teraz wszędzie tam masa ludzi, że kiedyś to było super, a teraz be. OK, ale gdzieś na te wakacje trzeba jechać. W Dębkach w latach 70-tych też ponoć było lepiej, ale jednak ciągle tam jeżdżę ;-)

Tak więc patrząc przede wszystkim pod kątem pogody, a następnie resortów (tak to się tam nazywa, niekoniecznie musi to być jakiś wypaśny kompleks "resort&SPA"), które nam się podobały, wytypowaliśmy Ko Pangan (Koh Pangan/ KOh Pha Ngan).Średniej wielkości wyspa, popularna raczej wśród budżetowych turystów. Plantacje kokosowe, palmy, niedrogie bungalowy przy samej plaży - brzmiało to jak dokładnie to, czego szukaliśmy. Wybraliśmy więc dwa resorty. Tydzień tu, tydzień tu. Na początku chciałam koniecznie drugi tydzień spędzić na innej wyspie. W końcu trochę dziwne tłuc się na drugi koniec świata, żeby potem siedzieć dwa tygodnie niemalże w tym samym miejscu. Ale wspólnie stwierdziliśmy - i słusznie, że przemieszczanie się między wyspami będzie czasochłonne, a i tak podczas tej wyprawy logistyka miała nam zając sporo czasu. Nie planowaliśmy też przemieszczać się w zasadzie poza tymi dwoma resortami. Poza jakimś krótkim zwiedzaniem wyspy. No cóż, kiedyś, bez dzieci, nasze podróże wyglądały inaczej. Raczej nie siedzieliśmy w jednym miejscu (chyba, że był to na przykład stacjonarny wyjazd na nurkowanie). Zawsze staraliśmy się zobaczyć maksymalnie dużo z kraju, w jakim byliśmy. Z dziećmi to inaczej wygląda, chociaż od roku trochę podróżujemy z dziewczynami po Europie i jest bardzo zadowolona, jak radzą sobie ze szwędaniem się po miastach. Myślę, że wracamy na nasze dawne tory. Ale wracając do Tajlandii - przemieszczanie się między wyspami było faktycznie czasochłonne i kłopotliwe, o czym przekonaliśmy się później w sytuacji awaryjnej.

OK, nastawiliśmy się na piękne plaże, super jedzenie i pełen relaks. Resorty miały być maksymalnie blisko plaży, mieć basen, wyglądać obłędnie, ale nie kosztować jednak worka pieniędzy. Nasz wybór padł na Lime N Soda Beachfront Resort oraz Bottle Beach 1 Resort

Jak dostać się na Ko Pangan? Najpierw samolot z Bangkoku (ale trzeba przemieścić się z międzynarodowego lotniska Suvarnabhumi na drugie lotnisko - Don Muang) do Surat Thani. To jest już krótki lot Air Asia (o ile pamiętam, około 1,5h), potem autobus do portu i prom na wyspę. Cały ten transfer (samolot, autobus, prom) kupuje się w pakiecie przez Air Asia. Nas kosztowało to aż ok. 2000 PLN za rodzinę. Wiem, że może to kosztować i 70 PLN za osobę! Trzeba polować, kupować z wyprzedzeniem. No dobrze, jesteśmy coraz bliżej. Schodzimy z promu, taxi i do hotelu.

Pisałam, że mieliśmy przygody podczas lotu do Bangkoku. Owszem. Wsiedliśmy do samolotu w Warszawie. Byłam w super nastroju, lot był o 13, więc bez problemu, bez wstawania w środku nocy, udało się nam wyszykować, dotrzeć bez stresu na lotnisko, zaczekować. Siedzimy w samolocie w wakacyjnych humorach i na początku nikt się nie zorientował, że w zasadzie powinniśmy już jakiś czas temu wystartować. Pytamy stewardes, co się dzieje. Okazuje się, że w Helsinkach jest mgła i lotnisko nie przyjmuje samolotów... Łagodnie mówiąc doznaliśmy szoku. Cała podróż, te wszystkie etapy tak dokładnie zaplanowane przy komputerach, bez zbyt długich przestojów... Wszystko to mogło runąć... Nikt tu nie chciał nam zagwarantować, że samolot w Helsinkach na nas poczeka... 

Nasze dziewczyny gotowe do lotu:


Wystartowaliśmy z ponad godzinnym opóźnieniem. A samolot do Bangkoku lada moment miał startować w Helsinkach... No ale poczekali! Oprócz nas było jeszcze na pokładzie parę osób, które też miały lecieć takim połączeniem. Nie musieli, ale poczekali. Ufff.... Ale biegu przez całe lotnisko z niemałymi już dzieciakami na rękach długo nie zapomnę.




Samolot zaczekał, ale niestety bagaże zostały. Tak więc wylądowaliśmy w końcu na Ko Pangan w trampkach, ciuchach raczej nie na 30 stopni (przypominam - był luty), bez kosmetyków, kostiumów etc. Masz pod nosem basen, ale nie możesz do niego wskoczyć. A słońce praży... No cóż, zostałam później (słusznie) zrugana przez bardziej doświadczonych klientów linii lotniczych, że do bagażu podręcznego należy zabrać wszystko, co potrzebne, żeby przynajmniej tę jedną dobę na wypadek zaginięcia walizek przeżyć. No to teraz będę już wiedzieć :-)))

To już samolot do Surat Thani.





I nasz prom:



Na promie :-)





 I w końcu nagroda na miejscu:




Koniec szczegółów logistycznych. Jeśli podobał Wam się ten wpis i uznajecie go za wartościowy, będzie mi miło, jak go udostępnicie.

Dajcie również znać w komentarzach, jakie aspekty podróży Was interesują? O czym mam pisać kolejne posty z Tajlandii? Co zabrać? Jak się spakować? Jak to jest z dziećmi w takiej podróży?

Powiązane wpisy

0 komentarze