Obsługiwane przez usługę Blogger.
  • Home
  • PLAKATY
    • o plakatach
    • sklep
  • podróże
  • ZDROWIE
    • sport
    • dieta
    • cukrzyca
  • inspiracje
instagram bloglovin facebook pinterest dawanda Society

Nudy nie ma

Nie wszyscy czytelnicy tego bloga wiedzą, ale jestem z wykształcenia "żywieniowcem". Studiowałam na warszawskiej SGGW, na Wydziale Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji. Tego wykształcenia w pracy zawodowej nigdy za bardzo nie wykorzystałam, ale za to zdobywanie wiedzy podczas studiów mocno mnie kręciło. Uważam, że były one bardzo interesujące! Pochłaniałam wiedzę szczególnie na początku studiów: anatomia i fizjologia człowieka, biochemia i biofizyka, mikrobiologia - bez tych podstaw nie zrozumiesz, czego potrzebuje Twój organizm, żeby dobrze funkcjonować, jak przetwarza pokarm, który mu dostarczasz, co dzieje się podczas na przykład stresu czy aktywności fizycznej.



OczywiÅ›cie spora część tej szczegółowej wiedzy wyparowaÅ‚a z mojej gÅ‚owy (studia koÅ„czyÅ‚am w 2001 roku), za to jestem w stanie z peÅ‚nym zrozumieniem czytać naukowe teksty, w których wystÄ™pujÄ… takie sÅ‚owa, jak glukoneogeneza, apoptoza, czy transaminacja. I ta wiedza nadal mnie mocno pociÄ…ga. Nie bÄ™dÄ™ ukrywać, że uczono nas na tych studiach dość - jak ja to nazywam - klasycznego podejÅ›cia do żywienia (swojÄ… drogÄ… ciekawe, jak to wyglÄ…da teraz?). Czyli 5 posiÅ‚ków dziennie, obowiÄ…zkowe Å›niadanie, zrównoważona zbilansowana dieta oparta o klasyczny rozkÅ‚ad makroskÅ‚adników, wegetarianizm jako raczej nisza, inne formy żywienia to już w ogóle. Nikt nam nie mówiÅ‚  na przykÅ‚ad - bo nie za wiele lub wcale byÅ‚o o tym wiadomo - o mikroflorze jelitowej i jej kluczowym znaczeniu dla naszego funkcjonowania. Badania nad naszym jelitowym mikrobiomem to sÄ… odkrycia ostatnich lat! Mówi siÄ™ wrÄ™cz o jelitowym ukÅ‚adzie nerwowym i to jest hiper ciekawe! Nasz mózg zalewa fala informacji z jelit! Nasze jelitowe bakterie produkujÄ… neurotransmitery! Ale to jest temat na osoby post, jeÅ›li nie na książkÄ™ :-)

W każdym razie świeżo po studiach wpadłam w wir pracy w korporacji i chociaż przez jakiś czas odczuwałam bardzo dotkliwy brak nowej wiedzy i samej czynności uczenia się, to jednak tzw. życie dość szybko sprawiło, że o tym zapomniałam. Żeby nie było - uważam moje kilkanaście lat w dużej firmie za niesamowity trening wielu umiejętności i całkiem niezłą szkołę życia. Natomiast nie o takie uczenie się mi chodzi, co zapewne rozumiecie.

Korporacja wypluÅ‚a mnie już Å‚adnych parÄ™ lat temu (a dokÅ‚adnie ja siÄ™ z tego matriksa wypisaÅ‚am), żyjÄ™ teraz skrajnie inaczej, zajmujÄ…c siÄ™ po swojemu i powoli grafikÄ…  i ostatnio czymÅ› jeszcze, o czym mam nadziejÄ™ niedÅ‚ugo napisać. Mam wiÄ™cej czasu i przestrzeni w gÅ‚owie na rozwój osobisty, o czym pisaÅ‚am w tym poÅ›cie. Internet daje niesamowite i wprost nieograniczone możliwoÅ›ci poznawania ciekawych ludzi. W tym wpisie, który Wam powyżej linkujÄ™ wspominam wÅ‚aÅ›nie o paru osobach, które niezmiennie mnie zachwycajÄ… swojÄ… wiedzÄ… i których podcastów sÅ‚ucham dosÅ‚ownie z rozkoszÄ….

Zaś ostatnio "poznałam" kolejną niesamowitą osobę, która w fantastyczny sposób odgrzebała moje wszystkie miłości i tęsknoty naukowe. Mowa o Joannie Podgórskiej. Ta dziewczyna jest doktorem nauk biologicznych w dyscyplinie biochemia, ze specjalnością neurochemia. Zna się na biochemii, biologii molekularnej, dietetyce (również sportowej), psychosomatyce. Ma za sobą ciekawe doświadczenie naukowe i zawodowe, kilka publikacji naukowych, wystąpień na konferencjach naukowych w roli prelegenta, jest też popularyzatorem nauki i takim hiperenergetycznym freakiem, jeśli chodzi o mówienie o tych wszystkich super ciekawych rzeczach. Nie ma jeszcze swojego podcastu, występuje gościnnie u innych, ale słuchy chodzą, że ma mieć swoją autorską audycję. Czekam na to z drżeniem serduszka ;-)

A dlaczego o niej piszÄ™? No wÅ‚aÅ›nie dlatego, że obudziÅ‚a ten mój głód wiedzy i chęć "zapdejtowania" siÄ™ w dziedzinie żywienia. MojÄ… bolÄ…czkÄ… jest (a może byÅ‚o) to, że dość mocno zafiksowaÅ‚am siÄ™ na wiedzÄ™, jakÄ… posiadÅ‚am na studiach. Uważam, że uczono tam dobrze i rzetelnie, w oparciu o poważne badania naukowe i cyferki. A ja tego potrzebujÄ™, bo jestem takim racjonalnym typem. Mam alergiÄ™ na naukowe mity, alternatywy i inne szamaÅ„stwa. Z drugiej strony nauka caÅ‚y czas idzie do przodu i po prostu ja nie miaÅ‚am do niej przez kilkanaÅ›cie lat dostÄ™pu. Bo nie miaÅ‚am czasu, potem potrzeby, ale też dlatego, że Å‚atwo pogubić siÄ™ w gÄ…szczu tego, co można przeczytać obecnie w internecie i nie tylko, a co w dużej mierze jest sieczkÄ…, kÅ‚amstwem, fake newsem. Na studiach jest profesor, który przedstawia Ci wiedzÄ™ i prawdziwe, rzetelne, wÅ‚aÅ›ciwie przeprowadzone badania naukowe i wtedy wiesz, że to jest prawda. A potem trzeba sobie radzić samemu, co nie zawsze jest Å‚atwe. Nie raz trafiÅ‚am na książki czy artykuÅ‚y pseudoekspertów, które zawieraÅ‚y taki beÅ‚kot lub zwyczajnie nieprawdÄ™, że mocno siÄ™ zraziÅ‚am.

Więc kiedy spotykam osobę, która jest naukowcem i do tego potrafi tak doskonale swoją wiedzę pokazywać, to ja nie mam więcej pytań i kupuję wszystko, o czym ta dziewczyna mówi! :-)

A mówi super ciekawie: o przebodźcowaniu i nadmiarze w kontekście naszego odżywiania, o detoksach i ketozie, o neuroprzekaźnikach i chemii naszego mózgu, o rytmie dobowym i śnie, o stresie, o wpływie medytacji na czynność naszego mózgu. To są dla mnie hiper ciekawe tematy!!!

Nawiasem mówiąc, zaopatrzyłam się też w książki, które poleca Joanna. I od razu zaznaczę, że o ile od kiedy mam Kindle'a, zrezygnowałam z papieru, to wyjątek robię dla książek pięknie wydanych, gdzie walorem jest ilustracja oraz takich, w których czuję, że będę mocno kreślić markerem i do tego niejednokrotnie powracać ;-)

- "W pogodni za słońcem" - o świetle słonecznym, które bardzo silnie wpływa na nasz sen i czuwanie, na nasz układ immunologiczny i zdrowie psychiczne.
- "Dlaczego zebry nie mają wrzodów" - kompendium współczesnej wiedzy na temat psychofizjologii stresu, łączące perspektywy czterech dyscyplin: psychologii, neurologii, immunologii i endokrynologii.

Nie będę ukrywać, że szczególnie kręcące są dla mnie tematy żywieniowe, które porusza Joanna. Po pierwsze dlatego, że to jest wiedza bliska mojemu sercu i wieloletnim zainteresowaniom. Po drugie szczerze mówiąc szukam od jakiegoś czasu pewnej alternatywy dla siebie... Odżywiam się według tych "klasycznych" zasad, o których pisałam powyżej. Od mniej więcej pół roku (ale nie wiem dokładnie, jak długo, bo to była ewolucja) nie jem mięsa, ale pozwalam sobie na nie czasem na wyjazdach - np. salami na Węgrzech czy prosciutto we Włoszech. Jadłam w wakacje trochę mięsa w Grecji i sporo w Rumunii, bo tam inaczej trudno ;-) Zdarzyło się się w czasie tych moich kilku miesięcy wege/ semiwege zjeść hamburgera czy też wspaniale przyrządzoną jagnięcinę u znajomych. Nic na siłę. Prawie wcale nie jem słodyczy, jestem osobą aktywną fizycznie (biegam lub ćwiczę w inny sposób 4-6 razy tygodniu), nieźle się nawadniam. Moim grzeszkiem jest może alkohol i czasem coś malutkiego słodkiego do kawy ;-) Tym niemniej od lat próbuję stracić te moje już przysłowiowe 2-3 kilogramy. Udało mi się to jedynie kilka miesięcy temu, kiedy hiper intensywnie trenowałam biegowo, ale nie wrócę do tak mocnych treningów, bo dzięki nim zaliczyłam kontuzję, która wyłączyła mnie z aktywności na cztery miesiące.

Do czego zmierzam? Kiedy Joanna Podgórska wspomniała o Intermittent Fasting, to muszę przyznać, że otworzyłam szeroko buzię (bo nikt mnie o tym na studiach nie uczył) i powiedziałam "WOW".

Co to jest Intermittent Fasting?

Nadal większość dietetyków przekonuje, że powinniśmy jeść 5 posiłków dziennie, co mniej więcej 3 godziny. Ja sama przez lata przyjmowałam to jako dogmat. Tyle, czy to jest faktycznie najlepszy model odżywiania?

Intermittent fasting to nie dieta, tylko harmonogram spożywania posiłków. W skrócie IF, po polsku nazywa się to "okresowy post" i polega na przyjmowaniu jedzenia tylko przez określony czas w ciągu doby, który nazywamy "oknem żywieniowym". Istnieją różne wersje, z czego najpopularniejsza to 16/8, czyli pościmy 16 godzin, a posiłki jemy w 8-godzinnym oknie. To dotyczy też oczywiście jakichkolwiek napojów zawierających kalorie. W praktyce oznacza to, że jemy późne śniadanie, zaś ostatni posiłek nie mniej, niż 2-3 godziny przed snem. Naturalnie ważne jest, żeby posiłki, które jemy w naszym oknie były pełnowartościowe i żeby nie nadrabiać jedzenia "na zapas".

Dlaczego ta metoda zrobiła na mnie - przynajmniej póki co w teorii - takie wrażenie?

Przede wszystkim mocno trafia do mnie argument, że tak naprawdę ewolucyjnie gatunek ludzki nie jest przystosowany do ciągłego jedzenia! W swojej historii człowiek musiał radzić sobie z brakiem, a nie nadmiarem pokarmu. Nadmiar to problem dopiero ostatnich kilkudziesięcioleci. A jak inaczej nazwać przyjmowanie posiłków co 3 godziny? Przecież jedząc tak często niejednokrotnie nie mamy szansy, aby poczuć głód. Albo inaczej - to, co często odczytujemy, jako głód, to sygnał, że nasz żołądek się opróżnił. Ale przecież pokarm przeszedł do jelita i podlega tam dalszym przemianom. Nie ma potrzeby znowu jeść. Nie mówię już o sytuacji, kiedy mamy po prostu nie związaną z fizjologicznym niedoborem zachciankę na coś.

A dlaczego głód jest ważny i potrzebny?

Otóż głód inicjuje wiele procesów metabolicznych, m.in. autofagię i to jest genialne! O tym też mnie nie uczyli na studiach, bo nie mogli. Ponieważ autofagia to mechanizm, za którego odkrycie przyznano Nobla w dziedzinie medycyny i fizjologii w 2016 roku! Otrzymał go Japończyk Yoshinori Ohsumi. Autofagia oznacza "samozjadanie" i jest to takie sprzątanie i regeneracja organizmu. A dokładniej mówiąc jest to proces rozkładu zużytych i uszkodzonych elementów komórkowych na czynniki pierwsze (którą mogą być następnie dalej wykorzystywane przez komórkę), bez konieczności uśmiercania całej komórki. Dodatkowo wydziela się przy tym duża ilość energii. Czyli mamy sprzątanie, recycling i zarządzanie energią. No nie mówcie, że to nie jest cool!!! Naukowcy są zgodni, że autofagia jest bardzo ważnym procesem fizjologicznym, a jej zaburzenie przyczynia się do rozwoju wielu chorób, m.in. choroby Alzheimera oraz chorób nowotworowych i chorób krążenia.

Czyli głód, a dokładniej poszczenie, czyli dłuższa przerwa w przyjmowaniu posiłków ten proces będzie nam stymulować.

Jeśli to Was niewystarczająco przekonuje, to posłuchajcie tego:

Podczas głodówki wyczerpują się nam zapasy glukozy w organizmie, prawda? Ale wiemy, że glukoza to absolutnie konieczne dla komórek i mózgu paliwo. Co więc robi nasze ciało? Uruchamia alternatywne szlaki metaboliczne, aby pozyskać energię! W wątrobie na skutek rozpadu wolnych kwasów tłuszczowych powstają tzw. ciała ketonowe, które stają się materiałem energetycznym. Dzieje się to za pośrednictwem glukagonu - hormonu antagonistycznego w stosunku do insuliny. A trzeba pamiętać, że nadmiar insuliny - szczególnie u osób o niskiej aktywności fizycznej - prowadzi do odkładania się tkanki tłuszczowej. Plus poszcząc, ograniczamy ilość insuliny we krwi, uwrażliwiamy tym samym nasze komórki na ten hormon (a insulinooporność to zmora naszych obecnych czasów!!!)

Na dodatek gdy spada nam poziom insuliny we krwi, jednocześnie wzrasta ilość glukagonu. Zaś wzrost glukagonu stymuluje autofagię! Ha!

Co jeszcze?

Otóż IF pomaga w redukcji masy ciała również dzięki regulacji poziomu leptyny i greliny - hormonów odpowiedzialnych za uczucia głodu i sytości.

Ponadto podczas postu rośnie poziom hormonu wzrostu. A i on wspomaga procesy regeneracji.

Istnieją również badania mówiące o tym, że okresowe poszczenie ma działanie obniżające ciśnienie krwi, redukują stres oksydacyjny w komórkach (stan zaburzenia równowagi pomiędzy wolnymi rodnikami a antyoksydantami w naszym ciele) oraz markery stanu zapalnego. Ponadto mamy do czynienia z działaniem "kardioprotekcyjnym": we krwi obniża się poziom homocysteiny (to aminokwas mający działanie prozakrzepowe oraz powodujący tworzenie się blaszek miażdżycowych w naczyniach krwionośnych), jak również trójglicerydów oraz cholesterolu LDL.

Pisze się też o tym, że taki sposób odżywiania poprawia funkcjonowanie mózgu, jakość snu, koncentrację, libido.

Brzmi jak bajka, ale czy ten system ma jakieÅ› wady?

Kontrowersje może budzić oczywiście pominięcie śniadania, które w klasycznych zaleceniach dietetycznych uznawane jest za posiłek najważniejszy. Z drugiej strony znam masę ludzi, które rano nie są w stanie niczego przełknąć i albo wychodzą z domu z poczuciem winy, że robią sobie krzywdę, albo jedzą na siłę coś, na co zupełnie nie mają ochoty. Ja sama należałam do osób, które bez solidnego śniadania nie ruszają się poza próg domu, ale okazało się, że jak przyszło do porannych treningów biegowych o 6-7 rano, to bez problemu je wykonuję na czczo. I wiem, że takich biegaczy jest masa.

Pisze się o tym, że proces adaptacji organizmu do IF może potrwać nawet kilkanaście dni (w zależności od wrażliwości na insulinę). Ponadto jeśli ktoś przyzwyczaił swoje ciało do częstych posiłków, może faktycznie odczuwać silny głód i w swoim oknie rzucać się na jedzenie. A nie o to chodzi, żeby to robić i jeść wówczas wszystko i dużo.

Trzeba pamiętać o tym, że stan ketozy (a do niego doprowadzamy się w końcu, poszcząc i o tym będzie poniżej) implikuje zwiększone wydalanie wody. Ważne jest więc solidne nawadnianie.

CzytaÅ‚am też o tym, że u niektórych kobiet mogÄ… wystÄ…pić zaburzenia hormonalne, szczególnie w aspekcie dziaÅ‚ania tarczycy.

IF zdecydowanie nie jest dla osób cierpiących na niektóre zaburzenia metabolizmu glukozy, ale już na przykład dla chorych na cukrzycę typu 2 jak najbardziej!

Oczywiście czas trwania okna żywieniowego trzeba dostosować indywidualnie, aby współgrało z naszym planem dnia. Co może okazać się nie takie łatwe. Trzeba trochę pokombinować. Niektórzy zaczynają post o godzinie 20, co oznacza, że pierwszy posiłek jedzą dopiero o 12 w południe. Dla mnie taka opcja jest nieakceptowalna. Kłóci się ponadto z zasadą, jaką ja staram się (z różnym skutkiem) stosować, aby nie jeść po zmroku. Ale jeśli ktoś intensywnie trenuje po południu, to faktycznie posiłek potreningowy jest jednak wskazany. Można przesunąć godzinę rozpoczęcia postu na 18 i wtedy śniadanie można już zjeść o 10 rano. Nie brzmi to już tak hardkorowo.

Czy planuję przejść na IF?

Tak! Zamierzam zacząć mój IF od bardziej liberalnego wariantu 14/10, czyli 14 godzin postu i 10 godzin na okno, co nie wydaje się już tak ekstremalnie, bo moje okno żywieniowe mogłoby być od godziny 9 do 19. W prawdzie standardowo śniadanie jem ok. 7 rano, ale przesunięcie go na po treningu (a ćwiczę zawsze rano) sprawi, że będzie ono jednocześnie posiłkiem potreningowym :-)

Dlaczego chcę zacząć łagodniej? Po pierwsze zupełnie szczerze boję się, jak mój organizm zareaguje, a wolałabym nie poddać się po dwóch dniach ;-) Po drugie mam kłopot z kolacją. O ile wydaje mi się, że nie byłoby dla mnie problemem zjedzenie ostatniego posiłku na przykład o 17, to jednak koło 19 jemy wszyscy rodzinną kolację, która po pierwsze jest dla mnie ważnym społecznym rodzinnym czasem, a po drugie to ja ją przygotowuję, więc to z pewnością byłaby tortura. Niemniej jednak docelowo - o ile nie wymięknę po paru dniach - chciałabym dojść do wersji 16/8, czyli jeść w oknie 9-17 lub raczej 10-18. Tylko trzeba będzie rozwiązać jakoś kwestię rodzinnej kolacji...

No to teraz o ketodiecie

Joanna Podgórska (nawiasem mówiÄ…c sporo jest tekstów znajduje siÄ™ tu i ja w tym wpisie czerpiÄ™ zarówno z tego, o czym mówi ona w podcastach, jak i z tego, co przekazuje na stronie ketoketo.pl) mówi i pisze też dużo o ketodiecie, czyli diecie ketogenicznej. Czyli ogólnie o diecie, która ma na celu przestawienie pobierania energii z wÄ™glowodanów na tÅ‚uszcze. Jak widzicie, mamy tu ten sam mechanizm, jaki zachodzi podczas poszczenia. Dieta ma siÄ™ skÅ‚adać głównie z tÅ‚uszczów (80-85%) i biaÅ‚ka, zaÅ› wÄ™glowodany sÄ… dozwolone w iloÅ›ci do 5% (czyli zaledwie 15-30 g dziennie).


Tak więc nie jemy "węgli", a nasz organizm przestawia się na czerpanie energii z ciał ketonowych. Wprowadzamy się w stan ketozy. Oczywiście nie ma to miejsca od razu, aczkolwiek 72-godzinny post powoduje już powstawanie ciał ketonowych i może stać się elementem przyspieszającym tzw. ketoadaptację. Mówi się, że organizm przyzwyczaja się ok. 30 dni to tych rewolucyjnych jakby nie było zmian metabolicznych.

Skąd w ogóle pomysł na dietę ketogeniczną?

Dieta niskowÄ™glowodanowa powstaÅ‚a, gdy starano siÄ™ znaleźć rozwiÄ…zanie na wsparcie leczenia padaczki. Obecnie jest udokumentowane, że jest to faktycznie skuteczny sposób na zminimalizowanie objawów tej choroby. SÄ… nawet opisane przypadki caÅ‚kowitej jej remisji. Pozytywny wpÅ‚yw najproÅ›ciej opisać m.in. tym, że neurony w mózgu nie sÄ… tak pobudzone, jak w przypadku zalewania ich glukozÄ…. Podobnie dobre skutki odnotowano w Å‚agodzeniu objawów chorób Alzheimera oraz Parkinsona.

Co ciekawe, czytajÄ…c teksty Joanny Podgórskiej na ketoketo.pl natknęłam siÄ™ na cytat z jej rozmowy z profesorem Dariuszem WÅ‚odarkiem, szefem ZakÅ‚adu Dietetyki WydziaÅ‚u Nauk o Å»ywieniu CzÅ‚owieka i Konsumpcji SGGW. Jak wspominaÅ‚am, jestem absolwentkÄ… tego wydziaÅ‚u i doskonale pamiÄ™tam pana Darka, z którym miaÅ‚am zajÄ™cia - wówczas jeszcze doktoranta,  :-)

"Mechanizm molekularny dobroczynnego wpływu wysokotłuszczowej diety na neurony związany jest z jej wpływem na metabolizm, systemy GABA, śmierć komórek oraz jej anstyoksydacyjny i przeciwzapalny charakter. Co istotne, poziom nienasyconych kwasów tłuszczowych u ludzi oraz zwierząt na diecie ketogennej jest zwiększony zarówno w surowicy, jak i w mózgu. Zidentyfikowanie związków, które mogą wywołać efekt neuroprotekcyjny podobny do stosowania diety ketogenicznej byłoby bez wątpienia bardzo istotne w tworzeniu nowych strategii terapeutycznych dla chorób neurodegeneracyjnych."


A co z tymi, którzy nie cierpią na te choroby? O diecie ketogenicznej tak czy inaczej ogólnie mówi się, że jest to dieta "dobra dla mózgu". Dlaczego? Przede wszystkim wskazuje się na to, sam mózg składa się w 60% z tłuszczu. Poza tym organ ten, mimo, że stanowi zaledwie 2% masy naszego ciała, jest tworem niesamowicie energochłonnym i pochłania nawet 20% dostarczanych do naszego organizmu składników energetycznych! Dlatego tak ważne jest dostarczenie tego wysokoenergetycznego paliwa, a tym są właśnie tłuszcze. Stanowią one - a dokładniej chodzi o wielonienasycone kwasy tłuszczowe - element niezbędny do zachowania jego prawidłowej struktury i sprawnego przekazywania bodźców.

Nie chcę tu wchodzić w neurobiochemiczne szczegóły (zainteresowanych odsyłam do tego tekstu), ale ogólnie możemy stwierdzić, że ketodieta poprawi nasze zdolności kognitywne, da lepszą efektywność, rzadsze uczucie zmęczenia oraz wręcz euforyczne odczucia. Co ciekawe, terapeutyczna skuteczność diety ketogenicznej jest potwierdzona badaniami, ale dokładny mechanizm działania nie został jeszcze rozszyfrowany.


Niewątpliwie dieta ta również pozwala pozbyć się zbędnych kilogramów i w zasadzie jako taka jest głównie promowana w mainstreamie.

To wszystko brzmi niezwykle zachęcająco. Ale muszę przyznać, że jako osoba dysponująca myślę, że większą, niż przeciętną wiedzą na temat dietetyki, uważam, że dieta ketogeniczna jest bardzo trudną dietą. Przejście na nią wymaga zapoznania się z solidną dawką wiedzy. "Obcięcie węglowodanów" laikowi powie niewiele. Jeśli zaopatrzymy się w tabele wartości odżywczych żywności (czy też w aplikację z takimi danymi), teoretycznie możemy skomponować odpowiednie menu. Ale jak to bywa, diabeł tkwi w szczegółach, gdyż możemy tu popełnić masę błędów.

Czekają nas pułapki polegające na przykład na nieprawidłowym jakościowym dobrze tłuszczów, nieświadomym niedoszacowaniu ilości białka (a jego zbyt duża ilość sprawi, że nasz organizm wyprodukuje sobie glukozę - a tego nie chcemy, bo naszym celem jest przecież stan ketozy). Możemy też zwyczajnie zniechęcić się w okresie ketoadaptacyjnym, który wiąże się z gorszym samopoczuciem, osłabieniem, kłopotami z koncentracją. Ten przejściowy stan nazywany jest "keto-grypą". Należy więc mieć jego świadomość i przygotować się na niego. Jak pisałam wyżej, wejście w ketozę może zająć nam 30 dni. Po masę bardziej szczegółowych informacji odsyłam do tego tekstu: klik. Ogólnie jest to mocno złożone zagadnienie i odsyłam do specjalistów. W tym wpisie nie omawiam chociażby kwestii deficytów żywieniowych ketodiety i suplementacji, a są to bardzo istotne tematy.

Czy zamierzam przejść na dietę ketogeniczną?

Przyznam, że kusi mnie ona mocno - jestem bardzo ciekawa jej efektów działania na zdolności koncentracji, poznawcze, na poczucie mocy i euforii. Jednocześnie wydaje mi się, że na chwilę obecną nie jestem na nią gotowa. Zbyt mocno cenię i jestem przyzwyczajona do błonnika i innych węglowodanów złożonych w mojej diecie. Uwielbiam i jem na co dzień kasze, rośliny strączkowe i warzywa, które w tej diecie są zabronione. Nie jem ponadto mięsa, więc automatycznie odpada mi z jadłospisu sporo produktów, na których ten sposób żywienia się opiera. No i co z latem i owocami?

Ale nie ukrywam, że temat niesamowicie mnie zainteresował! Będę z pewnością śledzić nowości dotyczące tej diety i kto wie.... :-)



Share
Tweet
Pin
Share
1 komentarz

Jakkolwiek ograne by to nie było, końcówka roku i początek nowego skłaniają - przynajmniej mnie - do podsumowań i przemyśleń. Ponieważ traktuję tego bloga jako swoisty pamiętnik, chciałabym, aby został tu jakiś ślad po tym treściwym dość fragmencie naszego życia, jakim był rok 2019, jak i o tym, co wydarzyło się przez ten czas w mojej głowie.



Dla nas jako rodziny był to kolejny rok wielu podróży. Pisałam już o naszej wyprawie do Grecji oraz Rumunii (szczególnie ta druga była dla nas nowym doświadczeniem), ale więcej o naszych wojażach w poprzednim roku będzie przy okazji kolejnego wpisu. W tym poście chcę skupić się na czymś innym. Gdyż dla mnie był to przede wszystkim rok inspiracji. Tak, tak bym go nazwała. Żaden inny czas w moim życiu nie przyniósł mi chyba tak wielu ciekawych znajomości (mam na myśli te wirtualne - za to chwała internetowi, to nie jest wyłącznie samo zło) i wynikających z nich przemyśleń, które - wiem to już teraz - wniosą zmiany w moje życie.

Pisałam ten post w zasadzie od połowy stycznia. Dużo w nim wątków i refleksji i ciągle zastanawiałam się, jak to wszystko przedstawić, żeby było w miarę spójnie. I w ostatniej chwili postanowiłam wywrócić jego strukturę i zacząć od tego, co miało pierwotnie być gdzieś w środku. Myślę, że ostatecznie pozwolę mu być swobodnym strumieniem moich inspiracji i rozważań.

Zacznę zatem od tego, że

"świadomość" to moje słowo klucz roku 2019.

Bo ja w roku 2019 na pewno zaczęłam żyć bardziej świadomie. Zaczęłam czytać trochę inne książki, powoli uczę się wsłuchiwać w siebie. I nie mogę nie wspomnieć o wielkim źródle inspiracji, jakim stały się dla mnie podcasty. To było moje odkrycie ubiegłego roku - zarówno jako forma, jak i to, że "poznałam" wiele ciekawych osób i wysłuchałam tylu wartościowych treści, że były momenty, że głowa mi buzowała od przemyśleń, pomysłów, emocji czy chęci natychmiastowego podzielenia się z kimś tym, co właśnie usłyszałam.


Podcast "O zmierzchu"


To jest mój absolutny hit roku 2019! Prowadzi go Marta Niedźwiecka, która jest głównie sex coachem, ale ja najbardziej lubiÄ™ jej podcasty o relacjach i emocjach. Marta pisze o sobie "W mojej praktyce łączÄ™ pozorne skrajnoÅ›ci – Å›wiat umysÅ‚u i emocji, racjonalnej wiedzy i intuicyjnych wglÄ…dów. DziaÅ‚anie i receptywność. TÅ‚umaczÄ™ wiedzÄ™ Wschodu na jÄ™zyk Zachodu, by uÅ‚atwić moim klientom odnalezienie spokoju i satysfakcji w życiu.". Dla mnie sÅ‚uchanie tych podcastów to czysta przyjemność, ale i nauka. Należy ich wedÅ‚ug autorki sÅ‚uchać o zmierzchu ;-) co mi przeważnie nie wychodzi, bo odsÅ‚uch jest u mnie podczas biegania lub jazdy samochodem, ale zdarza mi siÄ™ do tych audycji powracać w bardziej spokojnych okolicznoÅ›ciach, jak byÅ‚o m.in w przypadku, o którym piszÄ™ poniżej.

Otóż rewelacyjny absolutnie jest dla mnie odcinek "BÄ…dź sobie ninja" i chciaÅ‚am Wam tu przytoczyć jego obszerne fragmenty na temat zarzÄ…dzania wÅ‚asnÄ… energiÄ…, o 7 skÅ‚adowych - Marta nazywa je "eliksirami" - naszej codziennoÅ›ci, które sprawiÄ…, że najogólniej mówiÄ…c caÅ‚y nasz wewnÄ™trzny system bÄ™dzie dobrze dziaÅ‚aÅ‚ i dobrze siÄ™ regulowaÅ‚. Nie jest to w zasadzie żadna rocket science, ale gdy siÄ™ to tak zbierze, to dla mnie to jest tak genialne, że zamierzam traktować to od dziÅ› jako mój drogowskaz.


Czyli czego nam trzeba, abyśmy się mieli dobrze?

1. Connecting time - czas na "połączenie"
Mowa tu o połączeniu z czymś żywym. Czyli z człowiekiem albo przyrodą. Kontakt emocjonalny, realne międzyludzkie połączenia, nie czat na messengerze ;-) Jeśli jesteś mocno introwertyczny, wyjdź na spacer. Potrzebujemy tego, żeby nasze obwody w mózgu działały i żeby nasza psychika miała jakąkolwiek karmę. Nawiasem mówiąc, zastanawiam się, czy kwalifikuje się tu kontakt z kotem...? Muszę spytać Martę! :-)

2. Down time - zwolnienie
To stan, kiedy istniejemy bez konkretnego celu, pozwalamy myÅ›lom na błądzenie, Å‚apiemy kontakt z naszym ciaÅ‚em. To może być praktyka mindfulness, może być medytacja. Wbrew pozorom nie jest to lenistwo, jest to czas bardzo produktywny. Pozwalamy wówczas ciaÅ‚u wyjść z alertu, w jakim znajdujemy siÄ™ przez wiÄ™kszość naszego czasu i w jaki wprowadza nas stres i ciÄ…gÅ‚e pobudzenie. To taka podstawa dla rozluźnienia naszej psychiki, czas na Å‚adowanie baterii.

3. Focus time - skupienie
To stan bardzo cenny i takoż rzadki. JesteÅ›my bowiem ogarniÄ™ci demonem multitaskingu, najczęściej miotamy siÄ™ pomiÄ™dzy wieloma czynnoÅ›ciami, które chcemy wykonywać jednoczeÅ›nie (ja tak niestety czÄ™sto mam). NaszÄ… zdolność do skupienia niszczÄ… do tego social media i smartfony, sprawiajÄ…c, że jesteÅ›my non stop w stanie pobudzenia umysÅ‚u. A żeby zrobić coÅ› produktywnie, codziennie potrzebujemy jakÄ…Å› okreÅ›lonÄ… ilość czasu przeznaczyć na pracÄ™ kreatywnÄ…, wyłączajÄ…c wówczas wszystko, co może nas w niej rozpraszać.

4. Phisical activity - ruch
Potrzebujemy go codziennie i kropka. Ja zrozumiaÅ‚am to już bardzo dawno, codzienna aktywność fizyczna jest częściÄ… mojego trybu życia od lat. W zakÅ‚adce ZDROWIE  przeczytacie na ten temat wiÄ™cej.

5. Play time - Czas na zabawÄ™/ beztroska
Tu chodzi o naszÄ… spontaniczność i kreatywność. Nie zawsze przychodzÄ… z Å‚atwoÅ›ciÄ…, ale powinniÅ›my ćwiczyć siÄ™ w robieniu im przestrzeni. Budzimy żywioÅ‚ spontanicznoÅ›ci, nowych doÅ›wiadczeÅ„ i pobudzeÅ„, "użyźniamy" nasz mózg i karmimy psyche. OczywiÅ›cie ludzie majÄ… różne progi pobudzenia. Jednemu wystarczy film, inny bÄ™dzie musiaÅ‚ skakać ze spadochronem ;-) Ale ma to być zabawa i ma być nieproduktywnie, psychika ma odpoczywać. 

6. Sleep - czyli po prostu sen
To też dla mnie oczywistość, ale tak Å‚atwo o niej zapomnieć, kiedy wciÄ…ga nas film, książka, ciekawa rozmowa, impreza siÄ™ nie chce skoÅ„czyć i orientujemy siÄ™ raptem, że jest 2 w nocy. Deprywacja snu odpowiada za tak wiele zÅ‚ych rzeczy i jest skÅ‚adnikiem bardzo wielu cywilizacyjnych zaburzeÅ„. Co sobie fundujemy, zaniedbujÄ…c sen? A proszÄ™: zaburzenia afektu, spowalnianie refleksu, zaburzenia koncentracji, redukcjÄ™ możliwoÅ›ci poznawczych czy pogorszenie nastroju. Podczas snu odbywa siÄ™ konsolidacja tego, co wydarzyÅ‚o siÄ™ i czego nauczyliÅ›my siÄ™ podczas dnia. Sen to również przestrzeÅ„ do kontaktu z nieÅ›wiadomoÅ›ciÄ….

7. Time in - "zdrowa myślówa"
Ciche wewnętrzne przetwarzanie tego, co się dzieje. Namysł, refleksja, wglądy, czas który przeznaczamy na przetrawienie ważnych rzeczy. To też czas, w którym pozwalamy naszym myślom błądzić, nie wymyślamy nowych rzeczy, czas, kiedy pozwalamy naszej wyobraźni pracować na jej zasadach, nie stymulując jej. To takie odżywianie psychiki na spokojnym biegu.

W wielu miejscach powyżej prawie dosłownie cytuję Martę i tu też sobie pozwolę, bo to podsumowanie jest świetne:


Dobre zarządzanie swoją energią, pozwalanie sobie na regenerację i odpoczynek, rozsądne gospodarowanie zasobami przynosi zdrowe szczęśliwe życie i pomaga w osiąganiu celów w sposób zrównoważony, nie niszcząc sobie zdrowia i nie niszcząc relacji.


Tak więc dbanie o siebie to nie jest luksusowe SPA i zakupy, tylko budowanie takiego życia, od którego nie trzeba nieustannie uciekać.



I niech to będzie nasze motto na 2020!

Lecimy dalej. Moja inspiracja numer dwa:


Podcast "Muda Talks"



Moja druga miłość. Poznałam tę audycję dzięki Crazy Nauka (a ich fanką z kolei jestem już od lat). "Muda" to po japońsku określenie bezużytecznego nadmiaru i marnotrawstwa. Czyli przekleństwa współczesnego świata. Muda talks tworzą dwie dziewczyny: Anna Pięta jest specem od strategii dla marek modowych chcących przejść na zrównoważoną produkcję, zaś Martyna Sztaba założyła start up zajmujący się odzyskiwaniem ze starych opon samochodowych surowców do ponownej produkcji. How cool is that?

Ogólnie dziewczyny rozmawiajÄ… o zrównoważonym rozwoju, o zagadnieniach zwiÄ…zanych z circular economy, o życiu w duchu zero waste/ less waste. O czym sÅ‚uchaÅ‚am u dziewczyn i jakie tematy zrobiÅ‚y na mnie duże wrażenie? A m.in. o drugim życiu ubraÅ„, o tym, jak walczyć ze smogiem, o tym, jak organizacje miÄ™dzynarodowe starajÄ… siÄ™ powstrzymać kryzys klimatyczny, jak szkodliwa jest przemysÅ‚owa hodowla miÄ™sa, jak mikroorganizmy mogÄ… zastÄ…pić plastikowe opakowania. Masa super ciekawych tematów i niesamowicie mÄ…drych goÅ›ci zapraszanych do audycji!

Bo nie dało się nie żyć w roku 2019 informacjami o tym, co dzieje się z klimatem i z naszą planetą. Zmiany klimatyczne są faktem. Nie rozwijam wątku, bo jest w internecie wiele kompetentnych miejsc, gdzie można zdobyć wiedzę w tym temacie. Myślę, że wielu z nas stawia sobie w obliczu tych zalewających nas zewsząd złych wiadomości pytanie: a co JA mogę zrobić? Część z nas oczywiście powie: "Jest już i tak za późno", "Czym są moje działania w porównaniu z wpływem na środowisko korporacji/ Chin/ przemysłu?" No niby tak, nie da się nie zaprzeczyć. Absolutnie zgadzam się na przykład, że presja związana z opakowaniami z tworzyw sztucznych powinna być wywierana przede wszystkim na ich producentów, a nie na konsumenta końcowego. Szukanie ratunku dopiero i tylko na naszym poziomie jest błędem. Ale z drugiej strony nie mam wątpliwości, że świadomość i odpowiedzialność ekologiczna powinna być na każdym etapie. Usłyszałam jakiś czas temu (i również w którymś z podcastów) pewne zdanie, które fajnie pokazuje to, co każdy powinien zrozumieć, aby dokonała się zmiana:


"Milion składa się z groszy"

Tak! Jeśli wszyscy to sobie uświadomimy, zmiany będą możliwe.

Tak więc co JA mogę zrobić? Zwracam uwagę na to:

- co mam na talerzu i jak wytworzenie tego wpłynęło na środowisko
- co wyrzucam do śmietnika i co się z tym potem dzieje
- jakich kosmetyków używam - jaki jest ich skład i jak są opakowane
- jakie ubrania kupujÄ™
- zwracam na to wszystko uwagÄ™ moich dzieci.

To oczywiÅ›cie tylko niektóre dziaÅ‚ania. SzykujÄ™ już też obszerniejszy wpis na ten temat. Czasem dziaÅ‚am od razu, czasem robiÄ™ maÅ‚e kroki, raczej nie rzucam sobie wyzwaÅ„: "od jutra....". Uważam, że nieraz coÅ› jest wynikiem gwaÅ‚townej potrzeby, ale częściej po prostu dojrzewa w nas przez jakiÅ› czas. 

Ten post już jest dość dÅ‚ugi, a nie wyczerpaÅ‚am wszystkich tematów! PodzielÄ™ go wiÄ™c na dwa wpisy. Zostawiam Was zatem z tymi myÅ›lami. 


Jeśli spodobał Ci się ten post, uważasz, że jest wartościowy, komuś może się przydać, kogoś zainspirować - nie wahaj się i podaj dalej :-) Zapraszam też do dyskusji w komentarzach.





Share
Tweet
Pin
Share
Brak komentarzy

Historia wyboru naszej tegorocznej głównej destynacji wakacyjnej jest dość zawiła. To, dokąd się wybierzemy, okazało się dosłownie dwa dni przed wyjazdem. Ale gdy podróżuje się w takiej formule, w jakiej my to robimy od roku, takie przedwyjazdowe rozterki nie stanowią wielkiego problemu :-)



Dreams do come true

Jak wiecie z moich relacji z kilku podróży w sekcji travel (a ile wyjazdów czeka nadal na opisanie!), od roku podróżujemy naszym wymarzonym samochodem - VW California. To auto w znacznym stopniu zdeterminowaÅ‚o formułę naszego podróżowania: już nie hotele, apartamenty czy inne pensjonaty. To już nie dla nas. Teraz jedziemy tam, gdzie turystów raczej mniej, niż wiÄ™cej, gdzie widoki zapierajÄ… dech w piersiach, i tam, gdzie zaraz po obudzeniu możemy cieszyć siÄ™ spojrzeniem na piÄ™kny krajobraz i po kilku krokach znaleźć siÄ™ na plaży, która jest tylko dla nas. Brzmi jak bajka? Owszem, ale to możliwe. Trzeba tylko przestawić gÅ‚owÄ™ z myÅ›lenia "hotel z all inclusive" na.... samochód z all inclusive! :-)))


No wiÄ™c od poczÄ…tku. Dwa lata temu byliÅ›my w Portugalii. Można powiedzieć, że zjechaliÅ›my caÅ‚y kraj wzdÅ‚uż wybrzeża, bo polecieliÅ›my do Faro, tam wypożyczyliÅ›my samochód i przemieszczaliÅ›my siÄ™ na północ, gdzie w Porto samochód zwróciliÅ›my i stamtÄ…d wróciliÅ›my samolotem do domu. TÄ™ podróż też muszÄ™ koniecznie opisać, bo Portugalia okazaÅ‚a siÄ™ być naszÄ… ogromnÄ… miÅ‚oÅ›ciÄ…. Nie wiem, czy to nie byÅ‚a nasza najpiÄ™kniejsza podróż! No wiÄ™c, jak siÄ™ domyÅ›lacie, zapragnÄ™liÅ›my dojechać na sam koniec Europy na wÅ‚asnych czterech kółkach! TÄ… myÅ›lÄ… żyliÅ›my przez caÅ‚e miesiÄ…ce. Jednak po wielu przemyÅ›leniach, rozmowach, analizach stwierdziliÅ›my, że chyba jednak taka podróż byÅ‚aby zbyt wymagajÄ…ca. To ponad 3500 km tylko do samej Portugalii, a potem przecież jeszcze trzeba trochÄ™ pojeździć po kraju. Plus temperatury - w lipcu jest spore prawdopodobieÅ„stwo mega upałów, również w krajach po drodze. Plus na takÄ… podróż trzeba mieć wiÄ™cej czasu. Tak wiÄ™c z  wielkim żalem odÅ‚ożyliÅ›my tÄ™ destynacjÄ™. Ale wierzÄ™, że kiedyÅ› tam pojedziemy!

Jeśli nie Portugalia, to co? Przeglądamy w głowie naszą mapę wymarzonych, pięknych, malowniczych i koniecznie nadmorskich miejsc. W zeszłym roku zamarzyła nam się Dania - spełnia wszystkie kryteria. Niestety podczas naszego pobytu tam pogoda się popsuła, więc musieliśmy uciekać na południe, do pięknych (i absolutnie niedocenionych turystycznie) Niemiec. Pozostał więc ogromny niedosyt Danii i pewność, że do niej wrócimy. No ale może jednak jeszcze nie w tym roku, tym bardziej, że podróżować mieliśmy ze znajomymi, którzy Danię mają solidnie zaliczoną. W takim razie Szwecja! Dużo dobrego czytałam i oglądałam na jej temat, sama byłam jedynie w Sztokholmie. Tak więc Szwecja była naszą drugą destynacją i z ekscytacją na ten wyjazd czekaliśmy. No i co znowu poszło nie tak? Jako istota mocno ciepłolubna, w lecie kochająca się tak solidnie wygrzać, orzekłam, że będzie za zimno..... Tak więc znajomi dwa dni przed wyjazdem mówią: Grecja! Super, niech zatem będzie Grecja! Zmarznąć na 100% nie zmarznę!!! :-)

Więc wiecie już, dlaczego tak kocham podróżowanie campervanem, camperem lub z namiotem? Bo za wiele nie trzeba planować. Bo ma się wolność wyboru czasu i miejsca. Żadnych rezerwacji pół roku wcześniej, ryzyka, że pogoda nie będzie współpracować albo że nie spodoba nam się hotel, za który zapłaciliśmy masę kasy. Po prostu WOLNOŚĆ, robienie wszystkiego po swojemu.

Ale do rzeczy! Wyruszyliśmy więc. Żeby dotrzeć do Grecji, trzeba pokonać prawie 2000 km. I to ta podróż okazała się najcięższa. Nie sama jej długość, ale to, że przejeżdżać trzeba przez wiele krajów - ale to też nie problem sam w sobie. Tylko to, że przekraczać trzeba kilka przejść granicznych. To jest to, od czego się zupełnie odzwyczailiśmy, podróżując od lat głównie po strefie Schengen! A tu mamy granicę Węgry-Serbia, Serbia-Macedonia, Macedonia-Grecja. I na każdej z nich kolejka na 1-2 godziny! Coś, co wymęczyło nas psychicznie i fizycznie tak solidnie, że słowo Wam daję - klęłam na tę Grecję bardzo mocno i zarzekałam się, że NIGDY nie wybiorę się w tę część Europy! No ale odwrotu nie było, odstaliśmy swoje. Pozostały w nas wspomnienia tych graniczno-tranzytowych perypetii oraz anegdotki, z których śmiejemy się teraz ze znajomymi, popijając greckie wino na tarasie.

Tak więc po przejechaniu tych wszystkich krajów dotarliśmy do Grecji. Kierowaliśmy się na Saloniki i chwilę przed tym miastem odbiliśmy na południe, aby dostać się wybrzeża Morza Egejskiego. Jego widok wynagrodził nam trudy podróży. Zjeżdżaliśmy dalej na południe, gdyż naszym celem był Peloponez, który planowaliśmy objechać.

A tak wyglądał pierwszy nocleg. Pure joy i cała plaża dla nas. A potem było już tylko lepiej. To nasz pierwszy wyjazd, podczas którego 100% noclegów było na dzikusa. Grecja to kraj, gdzie oficjalnie biwakowanie na dziko jest zabronione, ale zarówno z doświadczenia naszego, jak i innych wynika, że nie ma z tym problemu i jest to zjawisko jak najbardziej tolerowane.



Generalnie na tym wyjeździe unikaliśmy dużych miast, więc objechaliśmy z dala Ateny i przez Korynt dostaliśmy się w końcu na Półwysep Peloponez.


Peloponez to już w zasadzie samograj. Bez bardziej sprecyzowanego planu poruszaliśmy się głównie drogą wzdłuż wybrzeża, czasem zapuszczając się lekko w interior. Tu muszę wspomnieć, że zdarzają się trasy kręte, z jednej strony skała, z drugiej urwisko. Wrażenia gwarantowane. Przed naszym majowym pobytem na Korsyce (link) naczytaliśmy się o tamtejszych drogach. Ponoć miały być takie niebezpieczne. No to tu było moim zdaniem ciekawiej ;-) Ale za to te widoki! Nie trzeba ich w zasadzie szukać - są wszędzie. Jadąc, ciągle zatrzymywaliśmy się na robienie zdjęć :-)










ZaÅ› przy porannym bieganiu takie widoczki:


Wracając do naszych noclegów. Może w Grecji trudno o takie samotne miejscówki, jak w Rumunii (link do wpisu), szczególnie, jeśli chcemy spać na plaży. A tak chcieliśmy. Nie wszędzie byliśmy więc sami, ale zawsze mieliśmy swój prywatny obłędny widok i tylko nasz kawałek morza :-)

To był mój ulubiony nocleg. Takie widoki od rana do wieczora! A z dodatkowych atrakcji: odwiedziło nas stadko krów :-)






Spaliśmy tam w dole, w zatoczce, nad samą wodą. Wraz z nami kilka kamperów, ale nikt nikomu nie przeszkadzał.


Co jeść w Grecji

W przeciwieństwie do Rumunii, tu nie mieliśmy problemu ze smakowaniem lokalnej kuchni. Wszędzie na naszej trasie, nawet w nieturystycznych małych mieścinach w górach, trafialiśmy na urocze tawerny, gdzie zawsze jedliśmy coś pysznego. Kuchnia grecka jest dość popularna i wielkich zaskoczeń kulinarnych nie przeżyliśmy.

Zawsze, wszędzie i do wszystkiego: sałatka grecka. Niby banał, a jednak pyszna i zdrowa. Ze świetnym serem, którego Grecy raczej nie kroją w kostkę, ale kładą większe kawałki, polane oliwą i posypane ziołami, na wierzchu sałatki.

Must eat to też znana musaka. No chyba, że jesteście wegetarianami. Plastry bakłażana i ziemniaków, mięso mielone, zapieczone w beszamelu i sosie pomidorowym. Zdarza się, że jest ciężkawa, ale ja akurat każdorazowo trafiałam na świetną.

Souvlaki - szaszłyki grillowane na patyczkach. Do tego frytki lub zapiekane ziemniaki. Jako dip (z resztą idealny również do innych mięs czy warzyw) słynne greckie tzatziki. Grecja to w ogóle raj dla mięsożerców (można zjeść jagnięcinę podawaną na najróżniejsze sposoby), ale roślinożercy też się najedzą. W każdej restauracji zjemy na przykład pyszne faszerowane papryki i pomidory, placuszki z cukinii czy dolmades - malutkie "gołąbki" z liści winogron, z farszem ryżowym, serwowane jako przystawka.

Kuchnia śródziemnomorska nie istnieje oczywiście bez ryb i innych owoców morza. Ich miłośnicy w Grecji nie będą głodni. My staraliśmy się jak najczęściej wybierać tawerny bezpośrednio w portach, gdzie jest największe prawdopodobieństwo trafienia na świeże kalmary i rybki.

Nie piszę o zupach, których po pierwsze w greckiej kuchni zbyt wiele nie ma, a po drugie w upały mało kto ma na nie ochotę. Nie wspominam też o deserach, gdyż i tak mocno przekraczaliśmy normy kaloryczne, podjadając pyszne świeże pieczywo z oliwą, serwowane zawsze w czasie oczekiwania na główne dania ;-) Więc deserów już nie zamawialiśmy...









Aaaach, ależ się rozmarzyłam przy tym wpisie! Grecja to cudowna cudowna destynacja wakacyjna i polecam ją z całego serca. Przepiękne widoki, przemili ludzie, pyszna kuchnia. Czego chcieć więcej - no sami powiedzcie.... :-)

A czy coś nam się podczas naszej podróży nie podobało? Tak!!! Naczytaliśmy się, jaka to super jest Lefkada... Najpiękniejsze plaże Europy! Raj dla miłośników spokoju i natury!!! No cóż, poświęciliśmy (a wręcz chyba powiem, że straciliśmy) jeden dzień, aby ten raj odnaleźć. Niestety, Lefkada okazała się raczej czymś na wzór zatłoczonej, dudniącej muzyką Ibizy w sezonie... Tak więc tę wyspę będziemy już omijać, ale do Grecji mam nadzieję wrócić.
Share
Tweet
Pin
Share
Brak komentarzy

Nie będę ukrywać - Rumunia to nie była moja wymarzona destynacja. Oszczędzę Wam jednak całego procesu decyzyjnego. Kierunek był jedynym sensownym wówczas i tam też się wybraliśmy. Niestety ruszyliśmy z zerowym researchem (czego nie lubię) i w zasadzie to poza Trasą Transfogaraską i mamałygą nie wiedziałam, czego się mam spodziewać.



Do Rumunii jedzie siÄ™ przez SÅ‚owacjÄ™ i WÄ™gry. Przez WÄ™gry jechaliÅ›my też do Grecji w lipcu (wpis w trakcie tworzenia). A droga przez WÄ™gry to jest Å›wietna droga, bo ja WÄ™gry bardzo lubiÄ™. LubiÄ™ przyjaznych ludzi, Å›wietnÄ… kuchniÄ™ i dobre wino. Tokaj jest przeuroczy, w Egerze Å‚atwo stracić gÅ‚owÄ™ w licznych piwniczkach winnych w Szépasszonyvölgy. Tylko nad Balatonem nie mogÄ™ znaleźć nic, co mi siÄ™ podoba. Możecie coÅ› polecić?



Ale do rzeczy! Nasz pierwszy postój w Rumunii to Oradea. Miasto z piękną i ciekawą architekturą barokową i secesyjną, zrobiło na nas bardzo dobre wrażenie. Zatrzymaliśmy się tam na wymianę pieniędzy i kawę. Bardzo ładna kawiarnia, obsługa mówiąca biegle po angielsku. Jak się potem okazało, Rumuni generalnie bardzo dobrze radzą sobie w tym języku. Nie mieliśmy problemu, żeby porozumieć się po angielsku. Starzy, młodzi - wszyscy mówią dobrze i z ładnym akcentem.

Po Oradei kierowaliśmy się na Kluż-Napoka i w zasadzie te kolejne po początkowym dobrym wrażeniu kilometry w Rumunii były już mało zachęcające. Fatalne drogi, biedne i brzydkie wioski. Furmanki zaprzęgnięte w konie, starowinki prowadzące krowy poboczem, okropne domy potworki. Całe szczęście, że wtedy nie zawróciliśmy, bo potem było już tylko lepiej.

Naszym planem było dotrzeć do Transalpiny i zjechać nią na południe, odbić na wschód, wskoczyć na Transfogaraską i nią wrócić na północ. Transalpina to potoczna nazwa drogi 67C, biegnącej z północy na południe, położonej wysoko w Karpatach. W najwyższym miejscu jesteśmy aż na 2145 m n.p.m. i jest to najwyżej położona droga kołowa w Rumunii. Transalpina ma niecałe 150 km długości i trzeba pamiętać, że piękne widoki i otwarcia to nie jest ta cała trasa. W dużej mierze jedzie się po prostu krętą i męczącą drogą przez las. Ale na przełęczach jest faktycznie przepięknie! Zachwyceni panoramą Karpat na jednej z nich zatrzymaliśmy się nawet na przyrządzenie obiadu. Uroku tej cudownej samej w sobie krainy dodało stado osiołków, które chciały wyjeść mi z talerza obiad :-)) Muszę powiedzieć, że te kadry wspominam chyba najmilej!









Potem przedostaliÅ›my siÄ™ do sÅ‚ynnej Drogi Transfogaraskiej. To trasa o numerze 7C, ma podobnÄ… dÅ‚ugość, co Transalpina. Przecina Góry Fogaraskie (bÄ™dÄ…ce częściÄ… Karpat) z północy na poÅ‚udnie. NiÄ… również możemy wjechać na ponad 2000 m n.p.m., zaÅ› w jej kulminacyjnym punkcie na 2034 m n.p.m. znajduje siÄ™ najdÅ‚uższy w Rumunii tunel o dÅ‚ugoÅ›ci 884 m. To kultowa wÅ›ród motocyklistów trasa. NajpiÄ™kniejszy jest jej północny odcinek. Jest bardzo krÄ™ta, oferuje zjawiskowe widoki i mocne wrażenia.









Åšladami Drakuli

Rumunia to oczywiście również ojczyzna Drakuli. Drakula, a dokładniej Vlad III Palowinik, to autentyczna postać - żyjący w XV w. hospodar wołoski. Skąd przydomek Drakula? Ojciec Vlada należał do Zakonu Smoka. Draco to "smok", przekształcony potem w Dracul - "diabeł". Stąd przydomek Vlada - Draculea, oznaczający "syn smoka" lub "syn diabła". Vlad słynął z okrucieństwa i twardych rządów, ale jego postać nie była tak jednoznacznie negatywna, jak to się czasem przedstawia. Musimy pamiętać, że w tamtych czasach nabijanie na pal i inne wymyślne tortury były po prostu w standardzie. Dla Rumunów Vlad Palownik to bohater narodowy, władca wybitny, który walczył o niezależną i silną ojczyznę.

Drakula wampirem rzecz jasna nie byÅ‚. Jego postać posÅ‚użyÅ‚a natomiast jako pierwowzór powieÅ›ci Brama Stokera "Drakula" (1897). Książka przedstawia transylwaÅ„skiego hrabiego-wampira o imieniu Dracula. Bram zapożyczyÅ‚ jedynie przydomek i pewne elementy z życia Vlada i tym samym stworzyÅ‚ jednÄ… z najbardziej rozpoznawalnych postaci pop-kultury, bÄ™dÄ…cÄ… magnesem przyciÄ…gajÄ…cym turystów do Rumunii. Zamek w Branie, uchodzÄ…cy za siedzibÄ™ Drakuli prawdopodobnie nigdy nie byÅ‚ przez niego zamieszkiwany. DziÅ› jest komercyjnÄ… atrakcjÄ… turystycznÄ…, u swych stóp usianÄ… tanimi straganami z chiÅ„szczyznÄ…, do której podjeżdżajÄ… autokary peÅ‚ne turystów. UciekaliÅ›my stamtÄ…d szybko. Niektórzy mówiÄ…, że to najwiÄ™ksze rozczarowanie Transylwanii. My na szczęście wiedzieliÅ›my, czego siÄ™ tu spodziewać, wiÄ™c niemiÅ‚ego zaskoczenia nie byÅ‚o. "Prawdziwy" zamek Drakuli to zaÅ› Zamek Poenari - twierdza na wzgórzu, blisko Trasy Transfogaraskiej. To tam spaliÅ›my "z niedźwiedziami" (o tym poniżej) i to przez niedźwiedzie wÅ‚aÅ›nie nie można go byÅ‚o wówczas zwiedzić - ponoć 7 sztuk krÄ™ciÅ‚o siÄ™ tego dnia w jego pobliżu i stÄ…d zakaz. Do zamku prowadzi prawie 1500 schodów, ale podobno wysiÅ‚ek wspinaczki wynagradzajÄ… piÄ™kne widoki z twierdzy.


Transylwania, czyli Siedmiogród

ZjeżdżajÄ…c  z Karpat i kierujÄ…c siÄ™ już powoli w stronÄ™ domu wjechaliÅ›my do Siedmiogrodu. To kraina poÅ‚ożona na wyżynie, ze wszystkich stron otoczona różnymi pasmami Karpat. TrochÄ™ nam przypominaÅ‚a ToskaniÄ™, trochÄ™ Bieszczady. Bardzo malownicza. ZaÅ› maÅ‚e miasteczka sÄ… tam wyjÄ…tkowo urocze: kolorowe domy nas zachwyciÅ‚y. Od stuleci zamieszkujÄ… Siedmiogród Sasi (Niemcy), dziÅ› stanowiÄ…cy tu dość licznÄ… mniejszość narodowÄ…. Ich obecność czuć wedÅ‚ug mnie w tym wiÄ™kszym, niż gdzie indziej Å‚adzie i estetyce.










Siedmiogród to też historyczna nazwa siedmiu "grodów", założonych przez niemieckich kolonistów, wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, w których dziś możemy podziwiać siedem kościołów warownych. Ciekawy szlak zwiedzania. Nam udało się zobaczyć tylko cztery z nich, więc jest po co wracać.








Rumuńskie miasta: Braszów, Sighisoara

Do Braszowa trafiliśmy, gdy - jak ja to mówię - zeszliśmy z gór ;-) Po tygodniu biwakowania na dziko, oglądania głównie lasów, koni, owiec i krów, mycia się w systemie mocno spartańskim i skromnego raczej stołowania Braszów był niezłą odmianą. Piękne miasto ze świetnie zachowanym starym miastem i ładnymi knajpami. Wylądowaliśmy tu w zasadzie trochę przez przypadek, bo duże miasta nie były na naszym celowniku podczas tego wyjazdu, spędziliśmy zaledwie popołudnie. Za to piliśmy drinki w przepięknej kawiarni. Prawdziwie instagramowe wnętrze! :-)




W Sighisoarze zatrzymaliśmy się z kolei na trochę dłużej, niż zamierzaliśmy, gdyż złapaliśmy gumę i trzeba było zaczekać do popołudnia kolejnego dnia na naprawę opony. To jest również piękne miasto, uznane z resztą za jedno z najlepiej zachowanych średniowiecznych zespołów miejskich Europy, także wpisane na listę UNESCO. Mnie oczywiście jak zawsze zachwyciły kolorowe elewacje ;-) Sighisoara to ponadto rodzinne miasto Vlada Palownika czyli Drakuli.






Nasze noclegi w Rumunii

Rumunia to raj dla kochających - jak my - biwakować na dziko! Żaden, nawet najfajniejszy camping, nie daje mi takiej frajdy, jak dobra dzika miejscówka. Bliskość natury, cudowne widoki wprost z łóżka, spokój i świadomość, że to boskie miejsce mamy tylko dla nas. No, może nie jesteśmy zawsze zupełnie sami, bo praktycznie wszędzie, gdzie spaliśmy wcześniej czy później pojawiały się jakieś zwierzęta... Owce, krowy, ba - nawet niedźwiedzie! Tak! Raz spaliśmy w wąwozie, nad wartkim potokiem i tuż przed zmrokiem na krętej drodze, kilkadziesiąt metrów od naszego samochodu, pojawiła się niedźwiedzica z dwoma niedźwiadkami! Przyznaję, że napędziła mi sporo strachu :-) Na szczęście zawróciła i znikła gdzieś w lesie, a ja potem żałowałam, że nie zdążyłam zrobić jej zdjęcia.

Gdzie jeszcze spaliśmy? Nad rzekami, nad górskimi strumieniami, nad jeziorami. Pod piękną skałą, która kryła w sobie jaskinię, którą rano zwiedzaliśmy. Z widokiem na panoramę Karpat. Zawsze z pięknym widokiem!!! Te rumuńskie noclegi wspominam najlepiej!
















A co mi siÄ™ w Rumunii nie podobaÅ‚o? 

Przede wszystkim kuchnia. Jest biedna, taka "la cucina povera",  ciężka, maÅ‚o urozmaicona. Trzeba pamiÄ™tać, że to kuchnia pasterzy - ma być prosta i kaloryczna. MamaÅ‚yga (czyli polenta - kasza kukurydziana) sama w sobie nie jest zÅ‚a, z bryndzÄ… czy sadzonym jajkiem jest wrÄ™cz ekstra, ale nie raz zaserwowano nam jÄ… z tak tÅ‚ustym, ciężkim, ciÄ…gnÄ…cym serem, że nie daÅ‚o siÄ™ jej zjeść. SÄ… też treÅ›ciwe zupy, czyli ciorby. Kilka razy jedliÅ›my niezłą, ale nie to, że klÄ™kajcie narody. Jest też dużo serów, dużo kieÅ‚basek, dużo miÄ™s grillowanych. Generalnie wegetarianie w Rumunii nie poszalejÄ…, a weganie majÄ… przerÄ…bane. Zdecydowanie najlepsze, co jadÅ‚am, to maÅ‚e zgrabniutkie gołąbki, zwane sarmale. Ale tak naprawdÄ™ nie byÅ‚o nam dane jakoÅ› bardzo intensywnie kuchni rumuÅ„skiej smakować, gdyż zwyczajnie nie ma tu za dużo knajp. MówiÄ™ oczywiÅ›cie o obszarze zjechanym przez nas. W wiÄ™kszych miastach zapewne jest w czym wybierać. WiÄ™c zdajÄ™ sobie sprawÄ™, że sporo tu jeszcze przed nami do odkrycia. Rozpieszczeni GrecjÄ…, gdzie mimo, że poruszaliÅ›my siÄ™ zdecydowanie poza turystycznymi szlakami, również sporo po górach, to zawsze, ale to zawsze, w miasteczkach i maÅ‚ych wioskach można byÅ‚o znaleźć tawernÄ™ i posmakować lokalnych specjałów, tu byliÅ›my wygÅ‚odniali tej rodzimej kuchni - jaka by ona nie byÅ‚a.

Rumunia ma za to świetne wina. Nam szczególnie przypadły do gustu rieslingi i wina ze szczepu feteasca regala.






Kilka informacji praktycznych

Do Rumunii dostaniemy się najprościej przez Słowację i Węgry. To strefa Schengen, więc granice przekraczamy raczej bezboleśnie. My w drodze powrotnej staliśmy jedynie ok. pół godziny na przejściu rumuńsko-węgierskim. Wizy niepotrzebne (o ile podróż nie trwa dłużej, niż 90 dni), zielona karta niepotrzebna.

Waluta to lej. W przybliżeniu 1 lej = 1 złoty.

Drogi bywają bardzo złe, bywają średnie, ale są też i doskonałe. Nam zachciało się na początku nie jechać głównymi traktami, tylko powłóczyć się po wioskach, no to się włóczyliśmy szutrami i dziurami. Ale są i autostrady. Karpaty to oczywiście serpentyny i strome podjazdy, ale tragedii nie ma, każdy samochód sobie poradzi. Korzystanie z dróg jest płatne. Należy wykupić winietę. Nas 30-dniowa kosztowała zdaje się 14 EUR.

Paliwo kosztuje podobnie, jak u nas. My za olej płaciliśmy ok. 5,20 PLN (sierpień 2019).

Ceny w knajpach mnie zaskoczyły. Nie było tak tanio, jak się tego spodziewałam. Ceny raczej polskie, zdecydowanie wyższe od węgierskich, a tam można jednak znacznie lepiej podjeść. Do tego zaznaczam, że nie jedliśmy w żadnym większym mieście, a tam - jak przypuszczam - jest jeszcze drożej.

Z płatnością kartą raczej nie było problemów.

Zasięgu w telefonie nie było dość często. Mówię tu oczywiście o mniej dostępnych miejscach, w tym górach, gdzie spędziliśmy większość czasu.

Spanie na dziko, czyli dla nas tak naprawdę najważniejszy parametr ;-) Otóż oficjalnie biwakowanie nie jest w Rumunii dopuszczalne, ale jest to całkowicie martwy przepis. Co więcej, spotkaliśmy się z tym, że można było przenocować na dziko nawet w Parku Narodowym, wiązało się to jedynie z niewielką opłatą. Rumuni w ogóle bardzo chętnie biwakują. Jadąc co ładniejszymi i bardziej widokowymi drogami spotkać można całe rodziny wylegujące się na kocykach i grillujące lub palące ogniska. Nad wodą sporo jest wędkarzy. Generalnie nie wzbudzaliśmy niczyjej negatywnej reakcji czy nawet zainteresowania, jeśli przedzieraliśmy się naszą Cali do jakiejś rzeki czy innego miejsca z pięknym widokiem. Z naszego doświadczenia jest bezpiecznie, ale wiadomo, że należy stosować się do pewnych zasad i nie dotyczą one tylko Rumunii.

PodsumowujÄ…c

Przeczytałam gdzieś ostatnio, że Rumunia to takie "trudne piękno". I zgadzam się w 100% z tym określeniem, według mnie pasuje idealnie do tego kraju. Jest piękny - temu się nie da zaprzeczyć! Ma niepowtarzalną atmosferę. Ale to jego piękno nie jest wszechobecne, oczywiste, pocztówkowe czy - dziś powiedzielibyśmy - instagramowe. Obok obłędnych kadrów trasy Transfogaraskiej mamy biedę, brzydotę, nieład i śmieci. Ale mimo wszystko jestem bardzo szczęśliwa, że taką podróż odbyliśmy. Trochę ciągną nas ostatnio nieco bardziej niszowe destynacje. Takie, gdzie niewielu turystów, a miejscowi ludzie jeszcze nie stracili swojej autentyczności na rzecz komerchy.

Ta podróż dała nam również sporo w aspekcie naszego dzikiego biwakowania, w którym wciąż się doskonalimy. Jesteśmy już na dobrej drodze do osiągnięcia ideału logistyczno-funkcjonalnego ;-)

Czy chcemy wrócić do Rumunii? Na samym początku naszej podróży powtarzałam sobie: "Nigdy więcej!" Ale po paru dniach zmieniłam zdanie i mówię: "Na pewno tak!" Bardzo chcę zobaczyć Bukareszt oraz wybrzeże. I wciąż mam w głowie te obłędne widoki - cudowne panoramy poteżnych Karpat. Tyle przestrzeni i oddechu! Rumunia to wielki kraj i czuję, że czeka tam jeszcze wiele pięknych miejsc do zobaczenia. Tak więc kto wie, może za rok powtórnie wybierzemy się do kraju niedźwiedzi i Drakuli...
Share
Tweet
Pin
Share
Brak komentarzy
Nowsze wpisy
Poprzednie wpisy

O mnie

O mnie
Mam na imię Magda, znajomi mówią na mnie Megi. Jestem mamą dwóch córek (Niny oraz chorej na cukrzycę typu 1 Mileny). Uwielbiam podróżować (ale jeszcze bardziej wracać do domu), dobrze zjeść i pobiegać po lesie. Wiele lat temu uciekłam z miasta, potem z korporacji i były to chyba dwie najlepsze decyzje mojego życia. Realizuję się w projektowaniu minimalistycznych plakatów do dekoracji wnętrz. Jestem uzależniona od espresso i nie wstydzę się do tego przyznać.

Bądź na bieżąco!

  • Instagram
  • Pinterest
  • Facebook
  • Bloglovin
  • Society
  • DAWANDA

Kategorie

  • inspiracje
  • podróże
  • plakaty
  • sport
  • cukrzyca

Ostatnie na blogu

Facebook

Nudy nie ma

Archiwum

  • ▼  2020 (6)
    • ▼  maja (1)
      • Czy kosmetyki naturalne sÄ… najlepsze?
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (2)
    • ►  lutego (1)
  • ►  2019 (5)
    • ►  października (1)
    • ►  wrzeÅ›nia (1)
    • ►  maja (1)
    • ►  stycznia (2)
  • ►  2018 (3)
    • ►  listopada (1)
    • ►  wrzeÅ›nia (2)
  • ►  2017 (8)
    • ►  października (2)
    • ►  wrzeÅ›nia (3)
    • ►  sierpnia (3)
  • ►  2016 (2)
    • ►  kwietnia (1)
    • ►  stycznia (1)
  • ►  2015 (10)
    • ►  grudnia (2)
    • ►  listopada (4)
    • ►  października (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (2)
  • ►  2014 (26)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (2)
    • ►  października (1)
    • ►  wrzeÅ›nia (1)
    • ►  sierpnia (4)
    • ►  lipca (3)
    • ►  czerwca (1)
    • ►  maja (1)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (3)
  • ►  2013 (34)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (4)
    • ►  października (7)
    • ►  wrzeÅ›nia (7)
    • ►  sierpnia (4)
    • ►  lipca (8)
Instagram Facebook Bloglowin Pinterest Dawanda society6
JESTEM NA @INSTAGRAM

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates