Obsługiwane przez usługę Blogger.
  • Home
  • PLAKATY
    • o plakatach
    • sklep
  • podróże
  • ZDROWIE
    • sport
    • dieta
    • cukrzyca
  • inspiracje
instagram bloglovin facebook pinterest dawanda Society

Nudy nie ma

Polkę czytam i oglądam z lubością od wielu lat. Cenię jej wrażliwość, dowcip i styl pisania. Lubię jasne wnętrza jej gdańskiego mieszkania, choć w dekorowaniu jestem zdecydowanie bardziej powściągliwa. Lubię jej przepisy - to dla mnie kulinarne pewniaki, choć pankejków i ciasteczek nie praktykuję wcale, zaś inne słodkości mocno okazjonalnie. Gdy mniej więcej w połowie sierpnia, nie puściwszy wcześniej pary z ust, wypaliła, że napisała książkę, pomyślałam: wow. 


Bardzo mi się spodobało to, że Agnieszka nie chwaliła się tym wcześniej. Brawo, niespodzianka się udała :-) Jako czytelniczka Polki wiedziałam, że książkę będę mieć. Tym bardziej, że zapowiadały ją ładne zdjęcia na blogu. Zamówienie zrobiłam w czasie przedsprzedaży na empik.com, zaś dzień po premierze, czyli 31.08 miałam "Sumę drobnych radości" już w ręku. Książkę można zamówić również w sklepie Polki. Jest wówczas z wysyłana z dedykacją, pięknie zapakowana, wraz z upominkiem.

Recenzja "Suma drobnych radości" by Mrs Polka Dot


Pierwsze wrażenia? Książka jest w twardej okładce (osobiście preferuję miękkie, ale chyba jestem w mniejszości), ma idealny format - nie za duża, nie za mała, ładny gruby matowy papier, naprawdę fajny projekt graficzny i jest ogólnie starannie wydana. Ilustrują ją zdjęcia znane z bloga Mrs Polka Dot (na moje oko jeśli nie wszystkie, to większość pochodzi z bloga) oraz fotografie Dominiki z Niech mówią zdjęcia. Mi akurat nie pasuje efekt filtra nałożonego na zdjęcia. Wolę je takimi, jakie widać na blogu czy Instagramie Agnieszki.

O czym jest książka i jak się ją czyta? Ja odebrałam ją jako spójną rozprawę socjologiczną na tematy około szczęściowe. Czyta się bardzo miło, książka zdecydowanie wciąga. Pewnie można ją wchłonąć w dłuższe popołudnie leżąc pod kocykiem, z kubkiem czekolady w ręku, ale taką ilością czasu na raz to ja niestety nie dysponuję ;-) Aga prowadzi nas przez rozważania o hygge, pisze o hygge po polsku, o hygge w aspekcie marketingowym, o filozofii lagom. Pisze o bliskości, dzieciństwie i macierzyństwie, intuicji w wychowywaniu dzieci. Podobają mi się refleksje Agnieszki na temat związku. Strona 111 i 112 - podpisuję się obiema rękami! Dokładnie tak to rozumiem!

Recenzja "Suma drobnych radości" by Mrs Polka Dot

W ogóle ja się generalnie z Agnieszką w wielu rzeczach zgadzam. Ona doskonale ubiera w słowa moje często niewyartykułowane przemyślenia. Dzielę z nią podejście do wychowywania dzieci (raczej w duchu "unplugged"), zdrowy egoizm (ja również nie wstydzę się tego, że po odstawieniu potomstwa do przedszkola i szkoły oraz wyprawienia męża do pracy odczuwam ulgę i delektuję się - choćby krótko - ciszą we własnym tylko towarzystwie).

Recenzja "Suma drobnych radości" by Mrs Polka Dot

Agnieszka pisze o skupieniu, uważności, radarze na dobre rzeczy. To niezmiernie ważne według mnie. Niejednokrotnie przyłapuję się na niezauważaniu pozytywów różnych sytuacji i zjawisk, a skupianiu raczej na negatywnych aspektach. Przyznaję, że ten nawyk nie raz psuje mi czerpanie przyjemności z życia. "Żadna sytuacja nie jest jednoznaczna. Każda chwila będzie taka, jak ją zdefiniujemy" - pisze Agnieszka i ma tu dużo racji. Bądźmy więc uważni na te wszystkie drobne szczegóły: możliwość podziwiania widoku wschodzącego słońca, kiedy przedwcześnie obudził nas bobas, biedronka chodząca po czyimś ramieniu, rosa na porannej trawie, pierwsze wiosenne śniadanie zjedzone na tarasie, smak gorącej zupy jedzonej przy ognisku, mruczenie kota wtulonego w Twój bok, czysta radość mojej Niny na widok brokatowych naklejek. Taki plakat mam w ofercie: "Life whispers. Listen closely." Dokładnie o to mi chodziło, gdy go tworzyłam.

Recenzja "Suma drobnych radości" by Mrs Polka Dot

Dalej Aga przeprowadza nas przez rozważania dotyczące domu i tworzenia klimatycznych wnętrz. Patrząc na jej bloga czy Instagram, widzimy już drugie lokum, które wyszło spod dekoratorskiej ręki Polki. Agnieszka lubuje się w jasnych skandynawskich interiorach, dużej ilości bieli, prostocie i pastelowych dodatkach. "Skandynawski dom jest urządzony z umiarem (lagom) i służy relaksowi w gronie najbliższych (hygge)." O proszę - jakie idealne podsumowanie!

Bardzo podoba mi się również wędrówka Agnieszki przez pory roku. Rytm przyrody, który wszystko porządkuje. Mimo, że jestem zadeklarowaną ciepłomaniaczką, zimy nie cierpię, zaś wiosenne i jesienne pluchy mocno psują mi nastrój przez dużą część roku, to cieszę się, że mam teraz wypunktowane na piśmie (i będą to sobie czytać do znudzenia od listopada do kwietnia) te setki małych radości, które do cholery trzeba zauważać, żeby nie zwariować ;-)

Recenzja "Suma drobnych radości" by Mrs Polka Dot

I ostatnia, jakże przyjemna część książki: jedzenie. Blog Polki obfituje w przepisy kulinarne. Nie dotykam się do słodkości, ale bardzo lubię jej recepturę na sałatkę z komosy ryżowej, chleb z kaszy gryczanej, curry z soczewicą czy też sałatkę z grillowanymi brzoskwiniami i haollumi, która pojawiła się na blogu wczoraj i zapowiada się obłędnie, ale jeszcze jej nie przetestowałam.

Jako żywieniowiec z wykształcenia po pierwsze oraz matka chorej na cukrzycę typu 1 młodej osoby w wieku wczesnoszkolnym cieszę się, że Agnieszka poruszyła w tej części książki (chociaż pobieżnie) temat jakości jedzenia. Ja niestety też łapię się za głowę, jak widzę w sklepie, co ludzie kupują. Mało tego, dreszcze mnie przechodzą niejednokrotnie, jak widzę, co rodzice koleżanek z przedszkola mojej córki, czy nawet moi bliżsi znajomi serwują swoim dzieciom. Ale to temat na osobny wpis, który pojawi się niebawem w sekcji bloga ZDROWIE.

Podsumowując: "Suma drobnych radości" to nie tylko ładna książka dobrze wyglądająca na Instagramie. To przyjemna, ale wartościowa pozycja, do której planuję wracać, nie tylko pod pretekstem przepisu na szakszukę. A jeśli jesteście z Gdańska, to JUTRO (14.09) Agnieszka ma spotkanie autorskie w Empiku w Galerii Bałtyckiej! Podziwiam baaardzo mocno jej odwagę w tym temacie, bo napisać książkę to jedno, ale potem spotkać się z ludźmi oko w oko w realu to drugie. Aga, trzymam jutro mocno kciuki! You rock! <3
Share
Tweet
Pin
Share
Brak komentarzy

W tym wpisie nie będzie nic o nieprzyjemnych wydarzeniach, o których troszkę, ale nie za dużo, wspominałam w poprzedniej "tajlandzkiej" notce. Ograniczę się do relacji i porad praktycznych dla rozważających wyjazd do Tajlandii z dziećmi. W zasadzie nie tylko z dziećmi. Dziś część I - PODRÓŻ

Tajlandia z dziećmi


Tytułem wstępu: od początków rodzicielstwa sporo podróżowaliśmy z dziewczynami. Pomijam wypady rowerowe i wszelkie weekendowe w Polsce (w tym pod namiot). Do roweru kupiliśmy dwumiejscową przyczepkę Croozer Kids i pierwsze wycieczki uskutecznialiśmy już z 3-miesięczną Mileną. Sporo jeździliśmy z dziećmi do Egiptu. Jako zapaleni nurkowie w Dahab czuliśmy się jak w domu i najpierw tylko z Mileną, a później również i z Niną byliśmy tam nie raz. Z 6-miesięczną Mileną pojechaliśmy samochodem do Chorwacji. W sumie byliśmy tam już ze 4 czy 5 razy. Była Turcja, Tunezja i sporo wyjazdów europejskich - Niemcy, Holandia, Francja, Belgia, Hiszpania, Portugalia, Włochy. Nie uważam nas ani za hardkorowców śpiących w zupełnie spartańskich warunkach, ale nie jesteśmy również rodziną podróżującą tylko do 4- czy 5-gwiazdkowców. O nie. Wręcz przeciwnie - lubimy miejsca kameralne, unikamy kurortów, priorytet to mieszkanie jak najbliżej plaży, z pięknym widokiem etc.

Nigdy jednak (do zeszłego roku) nie zapuściliśmy się z dziewczynami dalej - do Afryki (tam byliśmy tylko bez dzieci), do Azji. Znajomi od dawna namawiali nas na Tajlandię. Kusiło, ale zawsze obawiałam się tak długiej podróży. Ale że pokusa była silniejsza, niż obawy, zdecydowaliśmy się. Mieliśmy jechać z dzieciatymi przyjaciółmi, którzy już tam byli. 

O samej Tajlandii nie będę się za bardzo wymądrzać, bo byłam tam raz i ekspertem nie jestem. Jest kilka fajnych blogów, z których można dowiedzieć się sporo ciekawych rzeczy. Chociażby mandalay.pl czy www.etajlandia.pl Ja sama, jak nigdy, nie dotknęłam się do przewodnika, niewiele czytałam. Jedynie tyle, aby być w stanie brać udział w wyborze naszej destynacji. 

Podróż zaplanowaliśmy na luty. Do rezerwacji lotów zabieraliśmy się już od wczesnej jesieni, jednak udało się to dopiero pod koniec października. Za późno. Myślę, że można było bilety lotnicze kupić sporo taniej. My za 4-osobową rodzinę (dzieci już powyżej 2 roku życia) zapłaciliśmy 10 tysięcy PLN z groszami. Najpierw lecieliśmy do Bangkoku Finn Air, z przesiadką w Helsinkach. Można było taniej, jasne. Przede wszystkim już termin 2 czy 3 tygodnie wcześniej był tańszy, ale woleliśmy nie ryzykować i nie trafić na deszcze. Po drugie kwestia połączenia. Liniami ukraińskimi było taniej. Z przesiadką i czasem oczekiwania 18h też było taniej. Ale my nie chcieliśmy koczować na lotnisku z czwórką dzieci pół dnia. Dlatego wybraliśmy komfortowe połączenie z dość krótką przerwą między lotami. Teraz już wiemy, że trochę mało tego czasu było i przy jakimkolwiek opóźnieniu robi się gorąco. Co i nas spotkało, ale o tym za chwilę. Połączenie generalnie jest OK, najpierw do Helsinek leci się 1:40, potem do Bangkoku koło 11 godzin, przy czym jest to lot nocny, więc da się to serio znieść. Do tego samoloty komfortowe, w tym drugim locie ekrany w każdym siedzeniu, dużo filmów i bajek do wyboru (dzieci z głowy), jakieś gadżety dla nieletnich (dzieci z głowy).

OK, lot do Bangkoku zabukowany. Nota bene od tego i to jak najszybciej (najlepiej końcówka lata) radzę rozpocząć całe zamieszanie. Jednak jest to największy jednostkowy koszt i o ile możecie sobie pozwolić na w miarę elastyczne planowanie wylotu i powrotu, to wyszukajcie optymalne również cenowo połączenie i dopiero potem zabierzcie się za resztę, czyli dalsze transfery oraz planowanie noclegów. A dlaczego piszę, aby do bookowania biletów do BKK zabrać się szybko? Jak pisałam, my w zeszłym roku kupowaliśmy bilety pod koniec października (za 10 tysięcy). W zimie 2018 też planujemy odwiedzić Tajlandię, więc ceny sprawdzamy od jakichś dwóch miesięcy. Można kupić obecnie bilety po 7200 PLN za 4-osobową za rodzinę.

No dobrze, wracając do naszej zeszłorocznej podróży: dokąd w ogóle się wybieramy? Na pewno nie na Phuket, chcieliśmy uniknąć tłumów i komerchy. Chociaż - tu znowu mała dygresja - Tajlandia od lat jest mega popularna i coraz mniej jest takich serio dziewiczych miejsc. Wszyscy znajomi, którzy jeździli tam przysłowiowe wieki temu mówią, że teraz wszędzie tam masa ludzi, że kiedyś to było super, a teraz be. OK, ale gdzieś na te wakacje trzeba jechać. W Dębkach w latach 70-tych też ponoć było lepiej, ale jednak ciągle tam jeżdżę ;-)

Tak więc patrząc przede wszystkim pod kątem pogody, a następnie resortów (tak to się tam nazywa, niekoniecznie musi to być jakiś wypaśny kompleks "resort&SPA"), które nam się podobały, wytypowaliśmy Ko Pangan (Koh Pangan/ KOh Pha Ngan).Średniej wielkości wyspa, popularna raczej wśród budżetowych turystów. Plantacje kokosowe, palmy, niedrogie bungalowy przy samej plaży - brzmiało to jak dokładnie to, czego szukaliśmy. Wybraliśmy więc dwa resorty. Tydzień tu, tydzień tu. Na początku chciałam koniecznie drugi tydzień spędzić na innej wyspie. W końcu trochę dziwne tłuc się na drugi koniec świata, żeby potem siedzieć dwa tygodnie niemalże w tym samym miejscu. Ale wspólnie stwierdziliśmy - i słusznie, że przemieszczanie się między wyspami będzie czasochłonne, a i tak podczas tej wyprawy logistyka miała nam zając sporo czasu. Nie planowaliśmy też przemieszczać się w zasadzie poza tymi dwoma resortami. Poza jakimś krótkim zwiedzaniem wyspy. No cóż, kiedyś, bez dzieci, nasze podróże wyglądały inaczej. Raczej nie siedzieliśmy w jednym miejscu (chyba, że był to na przykład stacjonarny wyjazd na nurkowanie). Zawsze staraliśmy się zobaczyć maksymalnie dużo z kraju, w jakim byliśmy. Z dziećmi to inaczej wygląda, chociaż od roku trochę podróżujemy z dziewczynami po Europie i jest bardzo zadowolona, jak radzą sobie ze szwędaniem się po miastach. Myślę, że wracamy na nasze dawne tory. Ale wracając do Tajlandii - przemieszczanie się między wyspami było faktycznie czasochłonne i kłopotliwe, o czym przekonaliśmy się później w sytuacji awaryjnej.

OK, nastawiliśmy się na piękne plaże, super jedzenie i pełen relaks. Resorty miały być maksymalnie blisko plaży, mieć basen, wyglądać obłędnie, ale nie kosztować jednak worka pieniędzy. Nasz wybór padł na Lime N Soda Beachfront Resort oraz Bottle Beach 1 Resort. 

Jak dostać się na Ko Pangan? Najpierw samolot z Bangkoku (ale trzeba przemieścić się z międzynarodowego lotniska Suvarnabhumi na drugie lotnisko - Don Muang) do Surat Thani. To jest już krótki lot Air Asia (o ile pamiętam, około 1,5h), potem autobus do portu i prom na wyspę. Cały ten transfer (samolot, autobus, prom) kupuje się w pakiecie przez Air Asia. Nas kosztowało to aż ok. 2000 PLN za rodzinę. Wiem, że może to kosztować i 70 PLN za osobę! Trzeba polować, kupować z wyprzedzeniem. No dobrze, jesteśmy coraz bliżej. Schodzimy z promu, taxi i do hotelu.

Pisałam, że mieliśmy przygody podczas lotu do Bangkoku. Owszem. Wsiedliśmy do samolotu w Warszawie. Byłam w super nastroju, lot był o 13, więc bez problemu, bez wstawania w środku nocy, udało się nam wyszykować, dotrzeć bez stresu na lotnisko, zaczekować. Siedzimy w samolocie w wakacyjnych humorach i na początku nikt się nie zorientował, że w zasadzie powinniśmy już jakiś czas temu wystartować. Pytamy stewardes, co się dzieje. Okazuje się, że w Helsinkach jest mgła i lotnisko nie przyjmuje samolotów... Łagodnie mówiąc doznaliśmy szoku. Cała podróż, te wszystkie etapy tak dokładnie zaplanowane przy komputerach, bez zbyt długich przestojów... Wszystko to mogło runąć... Nikt tu nie chciał nam zagwarantować, że samolot w Helsinkach na nas poczeka... 

Nasze dziewczyny gotowe do lotu:


Wystartowaliśmy z ponad godzinnym opóźnieniem. A samolot do Bangkoku lada moment miał startować w Helsinkach... No ale poczekali! Oprócz nas było jeszcze na pokładzie parę osób, które też miały lecieć takim połączeniem. Nie musieli, ale poczekali. Ufff.... Ale biegu przez całe lotnisko z niemałymi już dzieciakami na rękach długo nie zapomnę.




Samolot zaczekał, ale niestety bagaże zostały. Tak więc wylądowaliśmy w końcu na Ko Pangan w trampkach, ciuchach raczej nie na 30 stopni (przypominam - był luty), bez kosmetyków, kostiumów etc. Masz pod nosem basen, ale nie możesz do niego wskoczyć. A słońce praży... No cóż, zostałam później (słusznie) zrugana przez bardziej doświadczonych klientów linii lotniczych, że do bagażu podręcznego należy zabrać wszystko, co potrzebne, żeby przynajmniej tę jedną dobę na wypadek zaginięcia walizek przeżyć. No to teraz będę już wiedzieć :-)))

To już samolot do Surat Thani.





I nasz prom:



Na promie :-)





 I w końcu nagroda na miejscu:




Koniec szczegółów logistycznych. Jeśli podobał Wam się ten wpis i uznajecie go za wartościowy, będzie mi miło, jak go udostępnicie.

Dajcie również znać w komentarzach, jakie aspekty podróży Was interesują? O czym mam pisać kolejne posty z Tajlandii? Co zabrać? Jak się spakować? Jak to jest z dziećmi w takiej podróży?

Share
Tweet
Pin
Share
Brak komentarzy

Stało się. Tego nie da się odwlec za bardzo. I ja mam w domu ucznia. Milena w poniedziałek rozpocznie swoją przygodę ze szkołą. Jest bardzo podekscytowana, cieszy się. Nowy rozdział przed nami!


Decyzję, że Milena idzie do szkoły jako sześciolatek podjęliśmy już jakiś czas temu. Poszła do przedszkola jako 2,5 latek, spędziła więc tam 4 lata! Wystarczy :-)) Oczywiście jestem pełna obaw (jak każda mama!), przede wszystkim związanych z chorobą Mili i tym, jak sobie z nią poradzimy w nowym środowisku (w przedszkolu wszystko było "ustawione" i funkcjonowało idealnie). Ale dziś nie o tym!

Dziś chcę pokazać, że i mnie ogarnęło szaleństwo wyprawkowe, te zeszyciki, ołóweczki i inne gadżety są takie śliczne! Aczkolwiek uważam, że byłam w tym wyjątkowo rozsądna. Kupiłam tylko to, co było na liście z przedszkola! :-)

Jak widzicie - u nas mini-szaleństwo końskie - miłość Mileny...

wyprawka szkolna

wyprawka szkolna

wyprawka szkolna

wyprawka szkolna


Zaś jako niespodzianka mam dziś dla Was plan lekcji do pobrania! Zaprojektowałam go specjalnie dla nas, ale podzielę się, a co! Plan jest w formacie A4. Można go wydrukować na zwykłym papierze, ale oczywiście jeśli macie jakiś grubszy, o wyższej gramaturze, całość będzie wyglądać ładniej.

plan lekcji do pobrania




EDIT: dodałam wersję dla chłopców oraz wersję dziewczyńską nie tylko dla koniarzy ;-)

plan lekcji do pobrania

plan lekcji do pobrania


Pliki można pobrać, klikając w poniższe linki:

Plan lekcji "konie"
Plan lekcji "kwiatki"
Plan lekcji "camp life"


Share
Tweet
Pin
Share
Brak komentarzy

Jak zaczęłam biegać? Sama nie wiem, jak to się stało. Serio. Jeszcze nie tak dawno temu był to chyba ostatni rodzaj aktywności fizycznej, o jaki siebie podejrzewałam. Wiele osób z mojego bliskiego grona biegało, widziałam to i oczywiście podziwiałam, bo uważam, że "robienie czegoś" w temacie dbania o zdrowie i kondycję jest konieczne. Szczególnie w pewnym wieku, hehe.


W moim przypadku przez lata był to przeważnie fitness. Jeszcze w czasach liceum chodziło się zawsze na jakiś aerobic, były kasety VHS z aktualnymi gwiazdami. Ja akurat lubiłam callanetics. Był epizod z basenem, ale nie długi albo może raczej nie regularny, bo o ile pływać uwielbiam, o tyle strasznie nie lubię tego wszystkiego, co trzeba zrobić poza pływaniem. Przebierać się na szybko, patrzeć na zegarek, żeby się wyrobić w opłaconym bilecie. Szczególnie nie lubię też pośpiesznego suszenia włosów. Gdybym miała basen w domu, używałabym go pewnie rano i wieczorem. Ot, takie moje luksusowe marzenie.

Gdy mieszkaliśmy jeszcze w przed-dziecięcych czasach w Warszawie, mieliśmy klub fitness 3 minuty od domu, więc byliśmy tam stałymi bywalcami 7 dni w tygodniu. Potem przeprowadziliśmy się na wieś i okazało się, że i tam jest nowo otwarty fitness! Na takiej wsi!!! Super sprawa: zajęcia aerobowe, taniec, siłownia, sauna, masaże. Forma była. Ale potem - wiadomo - ciąża, dzieci, macierzyństwo. Niestety klub splajtował. Wiedziałam, że coś muszę z sobą robić, zaprzyjaźniłam się więc z Ewą Chodakowską. Zresztą pisałam już kiedyś o tym tutaj. No więc tak sobie ćwiczyłam, czasem skalpel, czasem turbo czy inne programy. Nie powiem, żebym to robiła z jakąś ogromną przyjemnością, ale potem czułam się tak dobrze, że każdego dnia po odwiezieniu dziewczyn przedszkola/ niani rozkładałam matę i wyciskałam z siebie siódme poty w myśl słów Ewy, że "samo się nie zrobi". 

I słowo Wam daję, nie wiem, jak to się stało, ale pewnego dnia (a było to już ponad 2 lata temu!) obudziłam się z myślą: a może by dziś pobiegać? Tak po prostu. Nie dochodziłam do tego zupełnie, nie robiłam - jak niektórzy - wielu podejść. Zawsze biegania nie lubiłam, serio. Nie wiem - może to trauma z podstawówki, gdzie w ogóle zajęcia z tzw. wuefu, w tym bieganie, były przeze mnie szczerze znienawidzone. Nawet mój mąż zaczął biegać parę lat temu, ale nie dałam mu się namówić. Aż tu pewnego dnia bang - wygrzebuję z szafy adiki i biegnę w las. Przedziwne to było, jakiś rodzaj impulsu! I od razu złapałam bakcyla! Stwierdziłam, że to fantastyczna sprawa. Wpadłam po uszy. Kilka dni pobiegałam sobie w moich starych butach "sportowych", przystosowanych raczej do lansu na Zbawiksie, niż do sportu jakiegokolwiek i zrozumiałam, że bez porządnego buta się nie obejdę. Najpierw zrobiłam szybki research w necie, pooglądałam, a potem pojechałam profesjonalnego sklepu w Warszawie (Runnersclub - polecam), w zasadzie tylko żeby się zorientować, co i jak, a potem buty kupić w Internecie. Tam zrobili mi różne zdjęcia, pomiary i testy nóg (musiałam biegać, robić przysiady), po czym Pani przyniosła mi neonowe buty Brooks, których cena zaparła mi dech w piersiach, ale po których przymierzeniu moja stopa poczuła się jak w niebie. Pani sprytnie przynosiła następnie modele, tańsze, ale to nie było już to. Suma sumarum skończyłam z modelem Ravenna od Brooks pod pachą, w których to butach biegam z przyjemnością nadal. Nie jestem (i chyba jednak na szczęście nie będę) na etapie kupowania sobie większej ilości butów biegowych, niż jakichkolwiek innych.


Biegam do dziś, z różną intensywnością. Na początku biegałam 5 razy w tygodniu. Dystanse: 5 lub 10 km. W zimie bieżnia stacjonarna, ale po pierwszym sezonie indoorowym nabawiłam się kontuzji kolana i do tej formy już nie wrócę. W związku z tym poza okresem wiosna-jesień przerzuciłam się na inne aktywności (fitness, basen). Nie jestem hardkorowcem. Nie biegam, jak jest duży mróz albo mega upał (na szczęście rano nawet w najcieplejsze lato w lesie jest cudownie), jak pada deszcz. To ma być przede wszystkim przyjemność. Buty biegowe zabieram często na wakacje. Biegałam na niejednym wyjeździe nad polskie morze, biegałam w Holandii i Chorwacji.


W tym roku już z założenia nie biegam codziennie - dołożyłam do mojego treningu pływanie i różne aktywności w klubie fitness (trampoliny, pilates, od września zamierzam rozpocząć trening siłowy), a także jazdę konną! Konie to moje marzenie od lat, dwa lata temu zaczęłam przygodę z tym sportem, ze słabą częstotliwością niestety, więc i efekty były marne. Za to w tym roku uczymy się już rodzinnie, Michał wpadł w to po uszy, więc i mnie motywuje. Wszyscy chodzimy na lekcje, Milena konie uwielbia, Nina trochę mniej, ale też daje radę. Marzą mi się rodzinne wypady na koniach!

Wracając do biegania: jestem oczywiście zdecydowanie amatorem, biegam dla przyjemności oraz zachowania dobrej formy, ale mam w sobie sporo ambicji (która nie pozwala mi biegać w tempie ślimaczym i nie raz wychodząc niby na relaksacyjną piątkę co i raz podkręcałam tempo) i pierwiastek współzawodnictwa. Od początku tej przygody startuję w biegach (ulicznych oraz w cyklu Biegam Bo Lubię Lasy) i mam w swojej kolekcji 11 medali (niestety nie za podium, ale za ukończenie biegu, hehe). Mam w nogach 1015 km, głównie po lesie. Moją ambicją jest pobiegnięcie w półmaratonie, maraton jest raczej poza moim zasięgiem, ale kto wie.



Jak zacząć biegać?


Najprzyjemniej wspominam udział w Biegnij Warszawo Nocą 2016. Przede wszystkim to był chyba pierwszy mój start w tak dużym biegu. Do tego wydarzenie miało niesamowitą atmosferę! Pora po zmierzchu, pogoda doskonała (ciepły wieczór), trasa prowadząca m.in. Alejami Ujazdowskimi i przez Powiśle, zespoły bębniarskie, pochodnie, bieg po dwóch mostach z widokiem na panoramę Warszawy. Było super! 2 września startuję w Piątce Praskiej, która w tym roku, po zeszłorocznym mega-upale, organizowana jest właśnie wieczorem, więc mam nadzieję na podobne emocje.

Zaś mój najbardziej frustrujący start to Bieg Ursynowa w czerwcu w tym roku. Było to bieg na 40-lecie Ursynowa - mojej rodzimej dzielnicy, ja w tym roku obchodzę te same urodziny, tak więc był to bieg ze wszech miar wyjątkowy. Chciałam więc  pobiec dobrze. Niestety porażką było to, że nie sprawdziłam, jaka dokładnie jest moja życiówka, a - jak się później okazało - w głowie miałam zły czas. Biegło mi się słabo: upał, za duże śniadanie, które serio poważnie mi przeszkadzało. Nie cisnęłam więc pod koniec jakoś mocno, wiedząc, że i tak własnego rekordu nie pobiję. Jakaż była moja wściekłość, kiedy po otrzymaniu oficjalnych wyników i w końcu sprawdzeniu życiówki okazało się, że gdybym przebiegła trasę o 5 sekund (tak!!!) krócej, miałabym nowy rekord! Masakra, nigdy tego biegu nie zapomnę!

Zapraszam na mój Instagram. Pod hasztagiem #nudyniemaruns znajdują się fotki z treningów, startów i inne powiązane :-)


Jak zacząć biegać?


Jestem ciekawa Waszych doświadczeń biegowych? Biegacie? Chodzicie? Truchtacie? 


Share
Tweet
Pin
Share
Brak komentarzy

Dawno mnie tu nie było... Ale zamierzam wrócić do blogowania! Okazuje się, że mimo dość intensywnego życia jednak mi tego brakuje!


Ostatni post pochodzi sprzed ponad 1,5 roku! Opowiadam w nim o naszej podróży do Tajlandii i o tym, jak zachorowała Milena. Tak, już tyle żyjemy z chorobą... Planuję serię postów o NIEJ, czyli cukrzycy. Chcę Wam ją przybliżyć, bo pewnie niewielu z Was wie coś na ten temat, nie wie o tym, jak wygląda życie diabetyka i jego rodziny. Ponadto jako, że jestem żywieniowcem z wykształcenia, być może rozwinę tę sekcję bloga o wpisy związane ze zdrowym odżywianiem. Powiem Wam, że pojawiające się co i raz "cudowne" diety i mody żywieniowe budzą niejednokrotnie moje emocje, więc może znajdę dla nich ujście właśnie na blogu. Poza tym od dwóch lat biegam. Żaden ze mnie ekspert naturalnie, ale chętnie podzielę się doświadczeniami i poczytam o Waszych.

Ponieważ również i w tym roku dużo podróżujemy, chcę też w związku z tym stworzyć na blogu sekcję "travelową" ;-) Rok zaczęliśmy od zimowego rodzinnego wygrzewania się w Egipcie, potem ja sama pojechałam na safari nurkowe, urodziny w kwietniu świętowałam w pięknym hotelu w Arłamowie, w maju zjeździliśmy cudowną Andaluzję, w czerwcu wybrałam się na wyjazd "girls only" do Monachium (i to bynajmniej nie z moimi córkami, a z przyjaciółką), zaś pół lipca podróżowaliśmy po fantastycznej Portugalii. Tak więc jest o czym opowiadać, a zdjęć są setki!

No i co najlepsze: marzę o odświeżeniu bloga, żeby był taki śliczny, jak strona z plakatami! Pracuję teraz nad tym i nie mogę się doczekać, aż ujrzę w nowej odsłonie to, od czego w zasadzie zaczynałam moją obecność w sieci, czyli ten blog.

Ten czas wiosenno-letni, kiedy sporo wyjeżdżamy, traktuję również jako wakacje od projektowania nowych plakatów i mojej aktywności w social media z tym związanej.  To nie jest rzecz jasna tak, że nic nowego nie tworzę! Ale przeważnie nowymi projektami dzieliłam się dość spontanicznie. Teraz, po "wypuszczeniu" ostatniej kolekcji NATURE w kwietniu, nie pokazałam nic nowego. Wszystko, co od tego czasu powstało, pokażę dopiero jesienią. 

Jak widzicie, pomysłów jest masa. Czasami więc dobrze zrobić sobie przerwę :-)




Share
Tweet
Pin
Share
Brak komentarzy
Nowsze wpisy
Poprzednie wpisy

O mnie

O mnie
Mam na imię Magda, znajomi mówią na mnie Megi. Jestem mamą dwóch córek (Niny oraz chorej na cukrzycę typu 1 Mileny). Uwielbiam podróżować (ale jeszcze bardziej wracać do domu), dobrze zjeść i pobiegać po lesie. Wiele lat temu uciekłam z miasta, potem z korporacji i były to chyba dwie najlepsze decyzje mojego życia. Realizuję się w projektowaniu minimalistycznych plakatów do dekoracji wnętrz. Jestem uzależniona od espresso i nie wstydzę się do tego przyznać.

Bądź na bieżąco!

  • Instagram
  • Pinterest
  • Facebook
  • Bloglovin
  • Society
  • DAWANDA

Kategorie

  • inspiracje
  • podróże
  • plakaty
  • sport
  • cukrzyca

Ostatnie na blogu

Facebook

Nudy nie ma

Archiwum

  • ▼  2020 (6)
    • ▼  maja (1)
      • Czy kosmetyki naturalne są najlepsze?
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (2)
    • ►  lutego (1)
  • ►  2019 (5)
    • ►  października (1)
    • ►  września (1)
    • ►  maja (1)
    • ►  stycznia (2)
  • ►  2018 (3)
    • ►  listopada (1)
    • ►  września (2)
  • ►  2017 (8)
    • ►  października (2)
    • ►  września (3)
    • ►  sierpnia (3)
  • ►  2016 (2)
    • ►  kwietnia (1)
    • ►  stycznia (1)
  • ►  2015 (10)
    • ►  grudnia (2)
    • ►  listopada (4)
    • ►  października (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (2)
  • ►  2014 (26)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (2)
    • ►  października (1)
    • ►  września (1)
    • ►  sierpnia (4)
    • ►  lipca (3)
    • ►  czerwca (1)
    • ►  maja (1)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (3)
  • ►  2013 (34)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (4)
    • ►  października (7)
    • ►  września (7)
    • ►  sierpnia (4)
    • ►  lipca (8)
Instagram Facebook Bloglowin Pinterest Dawanda society6
JESTEM NA @INSTAGRAM

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates