poniedziałek, 9 czerwca 2014

Skąd się tu wzięłam. Część 1.

Większość mojego życia (dokładnie 81%) uważałam się za mieszczucha. Od urodzenia mieszkałam na warszawskim Ursynowie. Typowe dziecko blokowiska: zabawa na trzepaku, strupy na kolanach, klucze na szyi. Ursynów: kiedyś betonowa pustynia z powstającymi dopiero co blokami z wielkiej płyty (wyglądała dokładnie tak, jak w serialu "Alternatywy 4", tyle, że tam to był Służew), dziś - osiedle tonące w zieleni, jakiej próżno szukać w nowych, "ekskluzywnych" sypialniach, perełka architektury socrealizmu (no dobra, może to przesada, ale z urbanistycznego punktu widzenia stary Ursynów się trzyma). 


Łezka mi się kręci w oku, ilekroć tam jestem. Wspominam moje beztroskie dzieciństwo spędzone z koleżankami na podwórku. Kapusta kiszona jedzona prosto z torebki z szarego papieru,  Visolvit rozpuszczany śliną na dłoni i boska, wściekle różowa guma w tubce z przyczepy z różnymi dobrami z zagranicy.

Przedszkole i podstawówka 1-3 na Ursynowie, druga podstawówka na Mokotowie. Do liceum (gimnazjum wówczas nie było) brat - bardzo słusznie - wypchnął mnie do "miasta", na Świętokrzyską, zaraz przy Nowym Świecie. Potem znowu 5 lat na Ursynowie (SGGW), w międzyczasie stypendium w Niemczech i poznanie mojego przyszłego męża. Na Ursynowie mieszkało się wygodnie. Wszystko pod ręką, a do tego metro zawożące w 20 minut do centrum. Ale do miasta zaczęło mnie jednak ciągnąć. Wiadomo - kluby, knajpy, kina. Wówczas moje życie towarzyskie było baaardzo intensywne. No i przyszedł czas, kiedy wypada wyprowadzić się od rodziców.

Zawsze lubiłam ulicę Puławską. Ilekroć mi się nie spieszyło, z centrum do domu wracałam nie metrem, ale tramwajem, żeby ją sobie po raz setny obejrzeć. W Puławskiej lubię to, że jest długą, zieloną aleją, z usługami w parterze budynków. Niektóre z nich to piękne modernistyczne kamienice. Marzyło mi się, żeby kiedyś zamieszkać na tyłach, w jakiejś cichej ulice, ale jednocześnie blisko tej arterii. Jak to często bywa, marzenia się spełniają. Nasze pierwsze (i jedyne) wynajmowane mieszkanie znajdowało się na Sandomierskiej, na rogu Rakowieckiej. Dwie minuty do kompleksu z Silver Screenem (którego dawno już nie ma), siłownią i knajpą sushi, do których uczęszczaliśmy regularnie. Kawalerkę wynajęliśmy od bardzo miłego Pana, który grał na czymś w filharmonii i mieszkaliśmy w niej od zakończenia przeze mnie studiów (i rozpoczęcia pierwszej poważnej pracy) przez - o ile dobrze liczę - aż 7 lat. 

Mieszkało się świetnie. Życie kulturalno-klubowe w zasięgu ręki. A dokładnie w zasięgu pieszym lub taksówki poniżej 20 zeta. Albo roweru. Idealnie. Ale wiadomo - ile można mieszkać w kawalerce. Akurat nadszedł czas boomu budowlanego, wszyscy, dosłownie wszyscy znajomi kupowali w gorączce mieszkania. To był jakiś szał. Typowy owczy pęd. Wszystko rozchodziło się jak świeże bułeczki, mimo, że ceny szybowały w górę. My również wpadliśmy w ten prąd. Zaczęły się nerwowe poszukiwania jakiegoś lokum. Oczywiście chcieliśmy pozostać w naszej ulubionej okolicy. Jakieś nieduże mieszkanko np. przy ulicy Narbutta, którą bardzo lubiliśmy. Coś z klimatem, do remontu. Ceny nas powaliły. I standard kamienic w środku. Z zewnątrz piękny budynek, w środku śmierdząca speluna. Nieliczne wówczas odnowione kamienice ceny miały po prostu kosmiczne. Byliśmy załamani. Nie wiedzieliśmy za bardzo, co mamy zrobić. Jasne było, że trzeba w końcu coś kupić, ale zupełnie brakło nam koncepcji, co i gdzie. Nic nam nie odpowiadało. Byłam nawet bliska poważnego rozważenia zakupu mieszkania w Wilanowie, co wybił mi stanowczo z głowy mój mąż, za co do dziś jestem mu niezmiernie wdzięczna, bo nie wyobrażam sobie po prostu mieszkania tam. To byłby błąd życiowy.

Nie pamiętam dokładnie momentu, kiedy myśl o wyprowadzce z miasta pojawiła się w naszych głowach. Pewnie gdzieś tam pojawiła się refleksja, że za pieniądze, które potrzeba na zakup małego mieszkania na Mokotowie można spokojnie kupić działkę i wybudować porządnym dom. Na pewno trwało to długo, bo nigdy do tej pory nie braliśmy takiej opcji pod uwagę. Ale jakoś tak się stało, że w pewnym momencie zaczęliśmy wsiadać w weekendy w samochód i oglądać okolice Warszawy. I tu drugi szok: takich, jak my była cała masa! Co ładniejsza okolica, wszędzie auta z młodymi ludźmi, zagadującymi miejscowych o działki na sprzedaż. A oni śmiali się z nas i mówili, że już dawno tu nic na sprzedaż nie ma. Ceny też nie za ciekawe. Wszyscy poszaleli!

Długo to trwało, ale wreszcie znaleźliśmy!!! Miejsce idealne! Mała wieś, ok. 30 km od Warszawy, przy samym parku krajobrazowym, z oddechem, z małą ilością zabudowań. Ufff.....


Przyjeżdżaliśmy tu na rowerach, na spacery i zakochiwaliśmy się coraz bardziej w tym miejscu.








Działka kupiona, dom zaprojektowany (mąż architekt - bardzo praktyczne, polecam), czas rozpocząć budowę. Małżonek nadzorował, posiwiał od tego (ale bardzo mu do twarzy), codziennie prawie tu przyjeżdżał i przywoził mi fotki, które oglądałam z wypiekami, podekscytowana na maksa tym, że oto powstaje Nasz Dom.







Po dwóch tygodniach od rozpoczęcia budowy dom wyglądał tak:


Niezłe tempo, co?

Mury pną się dalej, kasa z kredytu topnieje, kolejne etapy zaliczane i opijane (często na ogniskach) wraz z nowo poznanymi Sąsiadami, którzy dokładnie tego samego dnia, co my, zaczęli budować się na sąsiedniej działce. Trzeba w tym miejscu nadmienić, że są to Najlepsi Sąsiedzi na Świecie. Słowo daję i pozdrawiam (o, teraz się okaże, czy czytają mojego bloga???).








W tym momencie dam Wam trochę odetchnąć i zapraszam wkrótce na część drugą.

Tym, którzy wahają się, czy wynieść się z miasta na wieś, nie mogę nic poradzić. Każdy musi tę decyzję dobrze przemyśleć. Znam małżeństwa (no dobra, jedno), które rozpadły się po przeniesieniu do domu, bo po prostu to nie było to. Wkurzało ich wszystko. Od konieczności koszenia trawy w lecie po odgarnianie śniegu w zimie. Przy domu, nawet nowym, jest masa rzeczy do zrobienia i nie ma się co oszukiwać, że tak nie jest. Ale w naszym przypadku przeprowadzka na wieś było najlepszą decyzją życia!!! Kochamy przestrzeń (której tak bardzo brakuje w mieście), naturę i ruch na świeżym powietrzu. Koszenie trawy czy pielenie chwastów to przyjemność, chwila na kontemplację i zrelaksowanie głowy. A to, że mamy parę minut pieszo przez łąkę do lasu, że możemy napić się rano kawy na tarasie, a wieczorem słuchać przy lampce wina świerszczy, puchaczy, żab i innych leśno-łąkowych odgłosów, zaś dzieci można wypuścić do ogrodu, w którym bawią się bezpiecznie na świeżym powietrzu przez większość dnia, jest bezcenne! 

Ale każdy lubi coś innego. Też byłam kiedyś mieszczuchem :-)