poniedziałek, 27 stycznia 2014

Nikt nie mówił, że będzie łatwo

Miałam ciężki dzień. Albo tydzień. Być może nawet miesiąc. Sama już nie wiem, miesza mi się. Trudy macierzyństwa.

Niby wszystko OK, ale jednak coś nie tak. Z Milą. Niby zdrowa (poza kaszlem), ale jednak coś ją chyba męczy. Bo przecież do diabła nie zmieniła się tak po prostu z radosnej i bezproblemowej (fakt – cholernie delikatnej, ale jednak wesołej) dziewczyny we wciąż narzekającą panienkę z huśtawką nastrojów!




czwartek, 9 stycznia 2014

Postanowienia noworoczne?

Jestem nieprzygotowana. Nowy rok już się zaczął, a ja wkroczyłam w niego bez kompletnej listy postanowień noworocznych!!! Baa, nawet jakiejś krótkiej takiej, malutkie listki nie mam! Tylko 1 stycznia, po zakrapianym Sylwestrze, zarzekałam się, że styczeń będzie suchy, ale poza tym... Nic...





piątek, 3 stycznia 2014

Gdy nie ma w domu dzieci...

Uwielbiam nasze dziewczyny ponad wszystko, ale - jak każdy rodzic - marzę raz na jakiś czas o powrocie do beztroskich czasów, gdy byliśmy z moim mężczyzną tylko we dwoje, mogliśmy spędzać i marnotrawić czas, jak tylko się nam podobało. Szlajać się po Warszawie, pić kawę  i przeglądać gazety w łóżku, jeść śniadanie o 10 rano (nie o 7-8), iść spać znowu o 14 i robić całą masę innych rzeczy, które trudno zrobić, mając przy sobie dwie boskie, ale jakże absorbujące małoletnie istoty, które niby pięknie i razem potrafią już się bawić, ale jakimś trzecim okiem kontrolują również obecność matki. Jak tylko znika w łazience lub - o zgrozo - na paluszkach wchodzi po schodach i chce ukryć się na chwilę na piętrze, zaraz rozlega się głośne "Mamaaaaa?".

Nawet jak dziewczyny w przedszkolu i/ lub u niani i matka ma tzw. czas dla siebie, to nie ma przy niej ojca, który zajęty karierą osobistą dba o to, żeby było co pisklakom na obiad dać.

A czas między świętami a nowym rokiem to taki cudowny czas, kiedy nawet najwytrwalsi karierowicze są skłonni "wziąć wolne" i oddać się lenistwu lub innym równie miłym zajęciom. Mój Mąż wolne ma od 23.12 do 6.01 włącznie! No wierzyć mi się wprost w to nie chce.

Na początku było tak: wypad do Wwy! Nareszcie! Bez dzieci! Szpan, lans i co tam jeszcze! Zaparkowaliśmy furę na Smolnej i marsz na Nowy Świat, szlakiem naszych dawnych miejsc i innych atrakcji. Na pierwszy ogień Vincent. Kocham to miejsce!!!! Klimat paryskiej boulangerii, kawa, tarta, ciastka, bagietki. Wszystko to, co pamiętam z naszego romantycznego wypadu do Paryża, kiedy to właśnie jeszcze byliśmy z moim mężczyzną tylko we dwoje, mogliśmy spędzać i marnotrawić czas, jak tylko się nam podobało i gdzie tylko nam się podobało.



Pokrzepieni kawą i tartą, a następnie słodkim francuskim wypiekiem, udaliśmy się na spacer Traktem Królewskim. 



Widzę, że w tym sezonie królują (nomen omen) dekoracje LED. Ileż to musiało kasy na to pójść! No cóż, co kto lubi. W ciemności pewnie robi wrażenie. Na dzieciach zwłaszcza.





O proszę, tego kiedyś nie było! W ogóle ten tekst często nam się cisnął na usta. Kiedyś maniacy miasta, żyjący w jego sercu i znający każdy kąt i szczegół architektoniczny, z ręką na pulsie metropolii. Teraz uciekinierzy wiejscy, przyjeżdżający do stolicy od wielkiego dzwona, chodzący z rozdziawioną buzią i nie znający nazw najnowszych biurowców. 


Potem Muzeum Historyczne Warszawy i bardzo fajna wystawa "Warszawa w budowie". Polecam!





Taaak, teraz postój w kolejnym miejscu pełnym wspomnień. Pasieka na Nowym Mieście. Czas ogrzać się półtoraczkiem :)


I spaceru ciąg dalszy.









Czas coś zjeść. Nigdy nie pamiętam, jak ta suszarnia się nazywa. Przy Placu Teatralnym, na Senatorskiej. Bardzo fajna. Świetny wystrój, a ceny - jak na tak atrakcyjne miejsce - bardzo dobre. W każdym razie sporo niższe, niż w Piasecznie, a różnica poziomów jest. Nie mam 100%-owo dobrych skojarzeń z tym miejscem, bo po raz pierwszy byłam w nim z moim (byłym już dziś, ale w zasadzie formalnie nadal aktualnym) szefem, a poza konsumpcją robił mi tam ocenę roczną. Taki miał zwyczaj. Trochę pochwał, trochę zjebki, ale za to przy dobrym żarciu. W każdym razie byłam tu potem wiele razy "prywatnie", więc jednak Lubię to.



I idziemy dalej. Ile my kilometrów przemaszerowaliśmy! Można się pokusić o zmierzenie na mapie.






To jeszcze kawa. W ulubionej chyba kawiarni na Nowym Świecie. Sporo miłych wspomnień i wciąż doskonały poziom. Do tego zjadłam tam - słowo daję - chyba najlepsze ciasto (tort?), jaki jadłam w życiu!!!! Figowo-rumowe, czy jakoś tak. Boskie!!! Pytałam, skąd je biorą, ale nie chcieli zdradzić. Jeśli ktoś wie, proszę o wiadomość!



I na koniec absolutny hit wycieczki: przejazd Traktem z otwartym dachem. 
W GRUDNIU. Yeah!




Chciałabym napisać, że każdy z tych naszych wolnych dni wyglądał tak rozrywkowo, ale niestety. Mąż dorwał się do pewnej książki i czyta ją nałogowo. Mówi, że świetna. Jak i ja przeczytam, to Wam opowiem. A poza tym śpi. Dużo śpi. Chyba ten 2013 dał mu w kość ;)