wtorek, 29 października 2013

Męski weekend

W tej notce będą zdjęcia weekendowe nie moje, a małżonka. 

No bo tak: on był na męskiej wyprawie na Bałtyku i łowił dorsze, zaś ja – sama z dziewczynami. Nie tak zupełnie sama może, bo weekend spędziłam z koleżanką, której mąż wyciągnął mojego na te dorsze. Tak więc my i czwórka słodkich dzieciaków. Za dnia było OK. Mamusie plotkują, potem plac zabaw, spacer, odwiedziny jeszcze jednej koleżanki i takie tam. Ale noc w moim przypadku ciężka. Dziewczyny budziły się na zmianę i kursowałam między nimi prawie całą noc.

W poniedziałek, po tym ciężkim weekendzie, byłam jak zombie. Jedząc śniadanie musiałam głowę podpierać ręką. Wioząc Milę do przedszkola czułam, że mogę lada moment usnąć za kierownicą. Przy życiu trzymała mnie myśl, że Mąż w końcu WRACA i co najmniej trzy kolejne noce to on będzie wstawał w nocy i obsługiwał nasze księżniczki. Jakże się myliłam! Maż wrócił, owszem, bardzo zadowolony z wyprawy, złowił najwięcej ryb (szczęście początkującego), ale niestety na Bałtyku letko nie jest – mąż rozchorował był się, w związku z czym oznajmił, że nie da rady wstawać w nocy! Po czym poddał się gorączce oraz straszliwemu kaszlowi, więc cóż było robić – znowu matka wstawała do dzieci. A tym razem Ninie coś dolegało i biedna strasznie płakała. Ja profilaktycznie dziś nie patrzę w lustro oraz nie udzielam się towarzysko. Co najwyżej phonecall-owo lub na czacie.


Także tak. Zbieram propozycje, co zrobić, jak dzieci nie śpią w nocy. 

Aha, dorsze świetne!!! Dzięki, kochanie! :-*










piątek, 25 października 2013

Technologia pod strzechą

Budowaliście kiedyś dom? Ten wymarzony, wyczekany? Znam takich, którzy wychodzą z założenia, że jak już się na to zdecydowali, to ten dom ma być super duży i wszystkomający. Potem często nic z tego nie wychodzi, więc z doświadczenia zalecam nie odlatywać za bardzo. Nam się to chyba udało, ale do dziś śmieszy mnie to, że budując pierwszy dom jesteśmy narażeni na całą masę ekspertów, którzy przekonują nas, że w reprezentowanej przez nich branży jest nam absolutnie niezbędny najbardziej rozbudowany lub wypasiony system. Jeśli jest to elektryk, to natrzaska nam setki punktów świetlnych, ogrodnik wymyśli jakąś przedziwną kolejność uruchamiania się podlewaczek ogrodowych, itd., itp.

My na szczęście nie daliśmy się (chyba) za bardzo naciągnąć, bo mąż architekt nie jest łatwym do naciągnięcia jeleniem. Ale na przykład z systemem antywłamaniowym trochę atrakcji mieliśmy. Nie kwestionuję dziś bynajmniej jego sensowności, ale zapewnił nam nie raz mocniejsze bicie serc.

Alarm zaczęliśmy uruchamiać, kiedy dom był na etapie budowy, w tzw. stanie surowym zamkniętym (czyli okna i drzwi), a my mieszkaliśmy jeszcze w Warszawie. Okna wstawione, masę kasy kosztowały, a ponoć zdarzają się przypadki wydłubywania świeżo zainstalowanych (dacie wiarę???), więc alarm musi być. Niestety prawdopodobnie przez szparę pod drzwiami garażowymi musiały dostawać się do domu małe zwierzaki, bo noc w noc alarm się uaktywniał, a pani z monitoringu stawiała nas na baczność i kazała recytować hasło.

W domu są też oczywiście czujki dymu. A jakże. Mieszkamy tu już ponad 4,5 roku, a wciąż zdarza nam się włączyć alarm pożarowy jakąś przypaloną potrawą w kuchni lub za szybko otwartą zmywarką, z której bucha para. Jest wesoło, nie?

Ale mój faworyt to czujka gazu usypiającego. Że też ktoś wpadł na to, że domowników można uśpić, wrzucając jakiś zajzajer to systemu wentylacji i splądrować im spokojnie dom. Hardkor, nie? W każdym razie miły pan od alarmu taką czujkę nam polecił zainstalować, tylko uprzedził (te kilka lat temu), że jak będziemy mieli dzieci, to żeby uważać, bo zasikana pielucha też może ją wzbudzić. Wiecie już, co będzie dalej, nie? :-)

Czujka znajduje się w sypialni, na ścianie po mojej stronie łóżka, blisko podłogi. Jak Nina była malutka i karmiłam ją jeszcze piersią, nocami odbywało się to tak, że wyjmowałam ją z łóżeczka, brałam do siebie do łóżka, karmiłam na śpiocha i odkładałam z powrotem do łóżeczka, bez przewijania. Może nie jest za fajnie spać z zasikaną pieluchą, ale wstawanie kilka razy w nocy na karmienie też fajne nie jest, więc na przewijanie nie starczało mi już sił. Tak więc Nina ciamka sobie którejś nocy słodko, ja kiwam się z ajfonem w ręku (zawsze coś tam oglądałam, żeby nie zasnąć), a tu kątem oka widzę, jak zaczyna migać niebieska dioda na czujce. Nim się zorientowałam, o co chodzi, alarm zaczął wyć straszliwie. Alarm zawsze wyje straszliwie, ale w środku nocy to wycie jest takie, że włosy stają dęba. A jak się jeszcze jest wybudzonym przez taki alarm ze snu, to już w ogóle trudno się zorientować, o co chodzi. Nie wiem, jakim cudem Mąż pamiętał hasło do wyłączenia alarmu. A pamiętał.

Z mniej spektakularnych historii, to  na przykład niania elektroniczna w jakiś sposób wzbudza… no w zasadzie to nie wiem, co ona wzbudza właśnie. Ale efekt jest taki, że panel od alarmu cały czas trzeszczy cichutko. Kiedyś myślałam, że ktoś nam podsłuch podłączył. Ha ha ha.


No i tak. Technologia,  XXI wiek i ten teges, ale nie ma co się dać zwariować. A Wy macie jakieś ciekawe urządzenia w domu?





wtorek, 22 października 2013

Sto laaat!

Poprzednia noc nie była łatwa. Nina obudziła się koło 1 i nie chciała dalej spać. Siedziałam przy niej aż do 2 i przekonywałam, że źle robi. W końcu się udało. Wróciłam do łóżka i… do 3 nie mogłam zasnąć! Nie wiem, dlaczego, nie miałam na sumieniu żadnej późnej kawy. W każdym razie przewracając się z boku na bok i klnąc, zaplanowałam sobie cały dzisiejszy dzień. Zupełnie niepotrzebnie – brak prądu od rana do wieczora zniweczył 99% planów. Jak się okazuje, prąd jest człowiekowi całkiem potrzebny. „Napisałam” również w myślach tego posta. Również bez sensu, bo rano już nic z tego nie pamiętałam i piszę go na nowo.

Miało być o jesieni. Pięknej i złotej. A przede wszystkim o urodzinowym weekendzie.


Jesień to zdecydowanie nie jest moja ulubiona pora roku, ale jest kilka rzeczy, za które ją uwielbiam. Mój numer 1 to jazda samochodem przez las i obserwowanie, jak kolorowe liście wirują na drodze. Albo podziwianie gry światła między drzewami. Robię wtedy często zdjęcia, ale wiadomo, co to za zdjęcia z jadącego samochodu, robione przez kierowcę. Dowód poniżej.



W ten weekend robiliśmy urodziny Niny. Rok skończyła w prawdzie prawie miesiąc temu, ale dopiero teraz udało się dopasować termin do dostępności gości. Nie wszyscy niestety dopisali (taka pora roku, sporo chorowitków), ale i tak było tłoczno. Dorosłych 12, dzieci 9. Kiedyś myśl o takiej ilości ludzi (i dzieci!) w moim domu przyprawiała mnie o ból głowy, ale po imieninach Mili w maju stwierdziłam, że jednak nie jest tak łatwo roznieść chatę!

Nie jestem z tych mam, które na imprezę przygotowują jakieś wyjątkowe dekoracje czy atrakcje dla dzieci. Pewnie brak mi kreatywności, ale uważam, że najważniejsze to spotkać się w fajnym gronie i pogadać, a dzieci i tak mają frajdę z zabawy nie swoimi zabawkami.

Mój catering imprezowy to kilka sałatek i ciast. Zostały pochłonięte szybko, więc zakładam, że były niezłe. Chętnym udostępnię przepisy ;-) Tort: zawsze od Lukullus. Jestem ich wierną fanką. Bynajmniej nie był to tort dziecięcy. Ale bez przesady: wystarczy, że na co dzień potykam się o zabawki i słucham Misia i Margolci! Kiczowatym tortom mówię NIE!

Mąż zapowiadał: nie zamierzam gadać o dzieciach! I chyba mu to wyszło. Jak przykładałam gumowe ucho do rozmawiających panów, to słyszałam o: wyprawach na Bałtyk na dorsze, obiektywach do aparatów fotograficznych, podróżach, pracy. Niech sobie przypomnę, o czym rozmawiały dziewczyny… O ząbkowaniu, pobudkach nocnych, rozmiarze rajstop dziecięcych, przepisach na ciasto, jak leczyć mokry kaszel… Cholera, słabo to wygląda. Dobrze, że chociaż wszystkie jesteśmy nadal w miarę atrakcyjne ;-) bo tematyka rozmów zdecydowanie się zepsuła!

Tak czy inaczej ja imprezę zaliczam do udanych. Jubilatka Nina też wyglądała na zadowoloną, a jak się jej do tej pory „sto lat” zaśpiewa, to się śmiesznie kiwa. Goście – mam nadzieję – też się nieźle bawili.

Za zdjęcia dziękuję P.A. Nareszcie jakieś porządne fotki na tym blogu! J

Aha, wszyscy goście zgodzili się na publikację zdjęć z nimi oraz ich dziećmi.


































środa, 16 października 2013

Gdzie ja dziś nie byłam

Zjadłam dziś śniadanie o 15.20. Popiłam duużą kawą, nie pomogło. Nadal przysypiam, podpieram głowę ręką, co nie ułatwia pisania. A minęła już godzina 17. Tak więc piszę na szybko, zdjęć nie będzie, zaraz lecę po dzieci.

Cóż to takiego się wydarzyło?? Ano byłam:
1. na wycieczce z przedszkolakami
2. z kotem u weta
3. na poczcie

A śniadania rano nie dałam rady zjeść (patrz punkt 1 powyżej).

Wycieczka była do fabryki jednego z producentów nabiału. Pomysł fajny, miało być super, ale… Na samą halę produkcyjną (czyli największy fun) wejść oczywiście nie można. Patrzy się tylko przez okna z korytarza. 

Pozostałe atrakcje:

- jedzenie do oporu produktów producenta. Masz ci los,  moje dziecię zjadło pół pojemniczka i więcej nie chce. Inne przedszkolaki były bardziej obeznane z życiem – jak dają, to się je.

- spotkanie i zdjęcia z maskotką (pan przebrany za dużego zwierza) jednego z produktów. No proszę – proste, a cieszy. Dzieciaki szalały, piszczały z radości, kazały sobie robić zdjęcia etc.

- PREZENTACJA w pauer poincie!!! Dacie wiarę?!? No niby na lekko, ze skaczącą krową i śmiesznymi bakteriami (tymi od fermentacji mlekowej), ale bez przesady… Przedszkolakom o procesie produkcji jogurtu? O dacie założenia firmy? Pochodzeniu słowa „jogurt”? Tu się lekko gotowałam. A może przesadzam? Poza tym dzieciaki usadzono na krzesłach przy stole konferencyjnym i po 10 minutach – nie dziwię się – zaczęły się wszystkie wiercić i rozmawiać, co bardzo nie spodobało się prelegentce.

- „produkcja” własnego jogurtu z masy mlecznej i różnych dodatków: kuleczek czekoladowych, owoców, musów i innych farfocli. Fajne i dzieciom się podobało. Mi również.

- rysowanie tego, co się widziało. Uff, nareszcie można było rozprostować kości, bo ktoś wpadł, żeby papier do rysowania położyć na podłodze.

Aha, dzieciaki dostały też torby z giftami. Nawet nie patrzyłam, co tam jest, ale sądząc po piskach i głosach ekscytacji przez całą drogę powrotną autokarem - podobało się. 


Wrażenie ogólne? Pomysł super i świetnie, że była taka możliwość. Można by tylko popracować nad szczegółami. Mam wrażenia, że panie prowadzące spotkanie nie są mamami przedszkolaków.

piątek, 11 października 2013

Po siódme....

No dobra, przyznam się. Ukradłam i ja. Zdjęcia od wujka Google, dawno temu, do prezentacji. Wy też? Google Images to niby takie niczyje? Otóż nie.

Marlena z http://makoweczki.pl/ poruszyła ostatnio ważny temat. Wspominałam niedawno krótko na fb, że popieram jej akcję, ale temat jest poważny i zasługuje na osobny post. Bloger wrzuca do sieci zdjęcia siebie, swojego dziecka, domu. Baaa, każdy z nas publikuje masę zdjęć na portalach społecznościowych. Czytaliście kiedyś regulamin Facebooka? Nie chcielibyście, żeby zdjęcie Wasze czy Waszego dziecka ukradł i wykorzystał – jakkolwiek – ktoś inny, prawda?

Ale wracając do tzw. sieci. To, co tam jest, co wyszukujecie w Google czy Google Images, jest zawsze czyjeś. Wyszukiwarki nie pokazują wirtualnych, pochodzących z kosmosu tekstów czy zdjęć. Ktoś to napisał, sfotografował, jest to jego własność.

Marlena zadała sobie trud zgłębienia tematu od strony prawnej: pisze o ochronie dóbr osobistych, rozpowszechnianiu wizerunku, załącza (i udostępnia do użytku innym) pismo, jakie można wysłać, gdy odkryjemy, że ktoś dopuścił się kradzieży naszego zdjęcia. Polecam cały jej wpis http://makoweczki.pl/nie-kradnij-mienia-blizniego-swego-w-sieci/, a blogerów zachęcam do przyłączenia się do akcji.


Znalazłam też świetną poradę odnośnie blokowania możliwości kopiowania tektu i zdjęć, np. z bloga, na http://www.wypaplani.pl/. Polecam!!! Sama muszę się do tego zabrać, ale na myśl o grzebaniu w kodzie HTML ciarki mnie przechodzą… http://www.wypaplani.pl/2013/10/bezpieczenstwo-w-sieci-zablokuj.html




czwartek, 10 października 2013

Nie samą pracą żyje człowiek

Dawno dawno temu, kiedy byłam już pracownicą korporacji, ale jeszcze nie szefową, spędzającą w biurze po 12 godzin , a resztę doby również o pracy myślącą, poczułam w sobie pewną tęsknotę. Nie wiedziałam jeszcze o co chodzi, ale czegoś mi brakowało. Czasu trochę miałam, wychodziłam z biura o przyzwoitych godzinach, jak normalny człowiek, życie towarzyskie i rozrywkowe kwitło, co nie było specjalnie trudne, jak się mieszkało w centrum Warszawy. Ale czegoś było brak. Jakiejś pasji, hobby, zajęcia „pozalekcyjnego”. Marzyłam, żeby coś zrobić rękami własnymi. Głowa była na co dzień na najwyższych obrotach, ale ręce łaknęły jakiejś pracy.

Już sama nie wiem, jak na to wpadłam, słowo daję. Ale wymyśliłam, że szczęście może mi dać lepienie z gliny. Ceramika. Znalazłam sobie jakieś warsztaty, ale byłam na nich tylko raz. Pracowało się tam na kole garncarskim, a to temat dla zaawansowanych. Trafiłam więc do innej pracowni i w każdy poniedziałek urywałam się wcześniej z pracy, by trzy godziny spędzić w towarzystwie innych dziewczyn, które odkryły w sobie podobną pasję. Było fajnie. Trochę jak w kole gospodyń (miejskich): każda z nas coś tam sobie dłubała, gadałyśmy o życiu, o sprawach ważnych i błahych. Albo milczałyśmy, bo jak ręce były zajęte, to głowa fantastycznie odpoczywała, myśli krążyły sobie powoli. Co kto lubi. Świetna terapia.

Nie ma co ukrywać. W poniedziałki powstawały rzeczy piękne. Nietuzinkowe. Ba, jedyne takie na świecie! I temi rencami zrobione!!!! Do dziś niektóre ozdabiają mój dom. Nie tylko mój, bo przecież robiło się i prezenty dla bliskich, i coś tam mi się kiedyś sprzedało. W każdym razie wkręciłam się w temat, kupowałam własną glinę i szkliwa, bo te pracowniane już mi nie wystarczały. Miałam pudła pełne słoiczków z kolorowymi proszkami, dłutka i skrobaczki, a w poniedziałkowe wieczory długo czyściłam paznokcie. Był to piękny i kreatywny okres w życiu.
Niestety – w kontekście przyszłej-niedoszłej kariery ceramiczki  – moja kariera w korporacji  nabrała rumieńców i tempa, co skutecznie zakończyło beztroskie poniedziałkowe popołudnia. I wszystkie inne też. O życiu w fabryce nie będę się tu rozpisywać. Jestem zdania, że nie ma tego złego.  Dziesięć lat w dużej międzynarodowej firmie jest dobrą szkołą życia. Nawet, jeśli teraz uważam, że nigdy więcej. Po prostu ten etap w życiu uważam za zamknięty, ale też cieszę się bardzo, że był.

Tak czy inaczej jestem bardzo szczęśliwa, bo miłością do gliny udało mi się zarazić przyjaciółkę i jestem przekonana, że moja pasja żyje nadal w niej. Zaciągnęłam kiedyś na zajęcia dziewczynę, z którą znamy się od podstawówki i proszę – ona również odkryła w sobie talent. Do tego stopnia, że od lat prowadzi własną autorską pracownię, a bystre oko mogło kiedyś wypatrzeć w jednym z moich postów piękną misę jej autorstwa. Jeśli szukacie wyjątkowych przedmiotów z duszą, absolutnie niepowtarzalnych, zajrzyjcie na fan page pracowni Dekornia.pl  https://www.facebook.com/pages/dekorniapl/

A poniżej kilka efektów moich poniedziałkowych popołudniowych sesji w gronie wyłącznie żeńskim :)