Obsługiwane przez usługę Blogger.
  • Home
  • PLAKATY
    • o plakatach
    • sklep
  • podróże
  • ZDROWIE
    • sport
    • dieta
    • cukrzyca
  • inspiracje
instagram bloglovin facebook pinterest dawanda Society

Nudy nie ma

O ile się nie mylę, w październiku zeszłego roku miałam już wpisane w kalendarz trzy podróże zaplanowane na rok 2019, z czego jedna tak na prawdę wymyślona była wiele miesięcy wcześniej. Uwielbiam wyjeżdżać. Blisko, daleko, samochodem, samolotem, mieszkać w hotelu i pod namiotem. Kocham poznawać nowe miejsca, nieznane kuchnie, obserwować ludzi. Wiem, to banał, prawie każdy to lubi. No nic nie poradzę, jestem najwyraźniej typowa. Przynajmniej w tym obszarze ;-)


Na blogu sekcja podróże  wygląda póki co skromnie, ale mam plan ją rozwinąć. Po pierwsze dlatego, że traktuję tego bloga jako swoisty pamiętnik i chcę uwiecznić w ten sposób moje wspomnienia i emocje związane z odwiedzanymi miejscami, a po drugie te nieliczne wpisy cieszyły się niemałym powodzeniem. Po sobie wiem, jak dużą pomocą są blogi dla osób szukających informacji o miejscu, do którego chce się wyjechać. Ja sama planując podróż zaczynam właśnie od lektury blogów. Zarówno tych z gatunku podróżniczych, które śledzę na co dzień, jak tych, na które trafiam przypadkiem, szukając informacji o danym miejscu. Od tego zaczynam research. Dopiero potem kupuję przewodnik. Tak, serio nadal kupuję przewodniki. Zdarzyło mi się również na tyle mocno zainspirować czyimiś wpisami, że spontanicznie zakupiłam bilety na samolot.

Zatem zabieram się za wspominanie roku 2018. Był dla nas bardzo łaskawy podróżniczo.

Zima. Narty? Nie, do słońca!

Nie lubię zimy, nie ukrywam tego. Nie wzruszają mnie białe zaspy, urocze widoczki, ośnieżone świerki za oknem, no serio - nie. Oczywiście ładniej to wygląda, niż wczesnowiosenne szarości i błotko, ale jak dla mnie ta pora roku jest zbędna. Zimę bojkotuję i jak tylko mogę, to od niej uciekam. Na nartach nie jeżdżę, jedyne, co szczerze kocham, to biegówki i w latach "przed dziećmi" przeszusowaliśmy z małżem niezmierzone kilometry po lasach w naszej okolicy. A trzeba Wam wiedzieć, że mieszkamy w miejscu idealnym na narty biegowe właśnie. Tak czy inaczej od kiedy pamiętam, wyjeżdżamy zawsze z mężem w styczniu/ lutym, ale do słońca.

W tym roku, podobnie, jak w poprzednim i trzy lata temu, wybieramy się do Tajlandii. Akurat o naszym zeszłorocznym wyjeździe udało mi się napisać post (link). Muszę powiedzieć, że ten kraj chyba nigdy mi się nie znudzi. Piękne i puste plaże! Ale zaznaczam, że trzeba zrobić porządny research, żeby nie trafić na tłumy naszych wschodnich sąsiadów albo tłumy w ogóle. Boska kuchnia! No słowo daję, że tajszczyznę mogę jeść przez cały rok. Do tego w Tajlandii można się pysznie najeść za grosze. Piękne egzotyczne widoki. Tajski masaż, który również kosztuje tyle, co nic! Przemili i uśmiechnięci ludzie. Mam wymieniać dalej? Dla mnie to w każdym razie wystarczające powody, żeby zaraz po wakacjach letnich bukować lot do Bangkoku i zacząć planowanie. Póki co nie znalazłam lepszej destynacji na na ferie zimowe. Polecam Tajlandię - na wyjazd z dziećmi, a tylko z ukochanym to już w ogóle.














Wiosenne odnowienie

W 2018 po raz pierwszy wyjechałam na warsztaty joga + pilates. Trwały niby tylko 4 dni, ale to było COŚ! Na co dzień nie praktykuję regularnie jogi, ale bardzo mi odpowiada ta forma aktywności. Bardzo też lubię pilates. Na tym wyjeździe mieliśmy zajęcia w zasadzie od rana do wieczora, z przerwami na posiłki rzecz jasna. Coś pięknego! Prawdziwe zanurzenie!!! Do tego czas na czytanie, rozmyślanie. Masaże, a jako wisienka na torcie sesja w saunie wraz z kąpielą w przeręblu!!! Niezapomniane wspomnienia!

City break z przyjaciółką #1

Od zeszłego roku praktykuję z jedną z bliskich mi osób wyjazdy girls only, do których pretekstem są nasze urodziny. W zasadzie pretekstem do pierwszego wyjazdu była wystawa Petera Lindbergha w Monachium w roku 2017. I jakoś do tej pory udaje się nam łączyć fajne wystawy fotograficzne z tymi urodzinowymi wyjazdami, bo właśnie w kwietniu przy okazji mojego święta wybrałyśmy się do Sztokholmu i poza zrobieniem na nogach chyba setek kilometrów po tym mieście obejrzałyśmy rewelacyjną wystawę Ellen von Unwerth, którą uwielbiam. Sztokholm w kwietniu był chłodny, ale słoneczny. Wystawa odbywała się w Muzeum Fotografii Fotografiska, które śledzę od tej pory i widzę, że mają dużo świetnych ekspozycji, więc niewykluczone, że jeszcze się tam wybiorę!







Rodzinna majówka

Na majówkę przeważnie nie ruszamy się z naszej wsi. Cieszymy się domem i ogrodem, robimy kilometry na rowerach. Szosy opustoszałe od samochodów - raj dla cyklisty. W tym roku postanowiliśmy wyjechać. Chorwacja - kolejny kraj, który chyba nigdy mi się nie znudzi! Nie zliczę, ile razy już tam byliśmy. Tym razem wybraliśmy wyspę Rab. Na początku maja jest tam jeszcze dość sennie, turystów brak. Miłe miejsce na przedwakacyjny rozruch. Było trochę nurkowania z zaprzyjaźnionym centrum nurkowym, pluskania w o dziwo ciepłym już Adriatyku i mnóstwo zjedzonych burków! Znacie ten chorwacki przysmak?







Wakacje: wymarzony rejs

O rejsie po wodach Chorwacji marzyliśmy z Michałem od lat. W "dawnych czasach" zdarzało się nam żeglować po rodzimym śródlądziu i bardzo nam się to podobało. Chorwację zwiedzać z wody już raz mieliśmy szczęście, jeszcze w erze "przed dziećmi". Czekaliśmy, ale nasze latorośle podrosną, czekaliśmy i w końcu się udało. W czerwcu wyczarterowaliśmy jacht ze skipperem i w dwie rodziny udaliśmy się w rejs. Było fantastycznie! Zdecydowanie złapaliśmy bakcyla i taką formę wakacji chcemy kontynuować.










Życiowa zmiana

Również w czerwcu wydarzyło się coś, co zmieniło mocno nasz sposób podróżowania i w jakimś stopniu nasz styl życia w ogóle. Spełniliśmy nasze ogromne marzenie...

Ale najpierw spójrzcie na ten film:


Dzięki parze tych energetycznych i pozytywnych, kochających morze, a do tego utalentowanych Hiszpanów zakochaliśmy się w pewnym samochodzie... Śliczna Beita i wiecznie uśmiechnięty Santy podróżują po świecie i kręcą obłędne filmy! Możecie sobie je obejrzeć tu i gwarantuję, że zaraz nabierzecie ochoty na jakiś wyjazd! A oglądanie ich stories na Instagramie to codzienna dawka słońca i dobrej energii! W każdym razie te pozytywne świrusy jeżdżą po Europie najbardziej cool samochodem ever: VW California! Ta fura daje wolność, pozwala podróżować na spontanie, zasypiać przy szumie fal i budzić się z najbardziej spektakularnymi widokami wprost z łóżka. Ten samochód to nasze spełnienie marzeń, wielka miłość i towarzysz tysięcy kilometrów, które zdążyliśmy już w tym roku nim zrobić!




Pierwszy był krótki wyjazd nad jezioro Piłakno oraz nad Bałtyk. A potem poszło: Dania, Niemcy, Puszcza Białowieska, Węgry. Ale powoli...

Lato - wymarzona północ

Jestem bardzo wdzięczna, bo zdałam sobie sprawę, jak dużo tych marzeń udało się nam w tamtym roku spełnić... Wyśniłam sobie, że z naszą Californią zobaczymy trochę wybrzeża niemieckiego Bałtyku oraz duńskiego Morza Północnego. To są wyjątkowo piękne plenery!!! Zaczęliśmy od wyspy Rugia, gdzie objadaliśmy się matjsami, mniamm... A potem skierowaliśmy się na północ do Danii. Zaliczyliśmy Legoland w Billund, widzieliśmy masę przepięknych plaż i latarni morskich. Niestety z Danii wygoniła nas psująca się pogoda. Mam ogromny niedosyt tego pięknego kraju!! Wróciliśmy więc do Niemiec, które uwielbiam od lat. Miałam szczęście tam trochę postudiować i pojeździć sporo weekendowo pociągiem. Mam mnóstwo świetnych wspomnień. Ten niedoceniany turystycznie kraj ma według mnie bardzo dużo do zaoferowania! Pobyliśmy trochę nad morzem, trochę nad jeziorem i wracając spędziliśmy dzień w Berlinie. Ci, co mnie znają, wiedzą, że kocham to miasto miłością ogromną i nie przepuszczę żadnej okazji, żeby się po nim powłóczyć.












Końcówka wakacji

W sierpniu pojechaliśmy naszą Californią do Puszczy Białowieskiej. Ostatni weekend wakacji to natomiast wypad w Pieniny. To są przepiękne plenery! I dziewczyny sprawdziły się świetnie podczas zdobycia swojego pierwszego szczytu!





Słoneczny wrzesień

We wrześniu California zabrała nas jeszcze w parę pięknych miejsc. Najpierw Kazimierz nad Wisłą i Lublin. Zaś koniec miesiąca i urodziny Michała spędziliśmy na Węgrzech. To piękny kraj z przepyszną, choć niestety mało dietetyczną kuchnią ;-) I z mnóstwem winnic. Zwiedziliśmy region Tokaj oraz Eger. Kolejny kraj, w którym jestem zakochana i tak bardzo chcę wrócić! Tam jest wszystko, co potrzeba: przepiękne krajobrazy, świetna kuchnia, dobre wino, a do tego taki uroczy luz i oldschool, który mnie osobiście rozbraja.








Listopad na bogato

No muszę przyznać, że w listopadzie to już poszło po bandzie ;-) Wraz z Justyną wybrałyśmy się na wyprawę nurkową na Malediwy. To był wyjątkowy wyjazd ze względu zarówno na to, co można tam zobaczyć pod wodą, jak i wspaniałych ludzi, których przyszło nam tam poznać.









City break z przyjaciółką #2

W czerwcu nie udało nam się wyjechać z Justyną (tą od Monachium i Sztokholmu, a nie Malediwów) na jej urodziny, ale za to nadrobiłyśmy w listopadzie. Jako miłośniczki mody i designu wybrałyśmy Mediolan. Italy is always a good idea ;-) Muszę powiedzieć, że Mediolan jako samo miasto nie jest specjalnie zachwycający, natomiast nie ma co się czarować - Włosi mają fantazję i styl i można sobie u nich zafundować solidną ucztę dla oczu! Witryny sklepów mają nieziemskie dekoracje, masa jest pięknych kamienic z obłędnymi klatkami schodowymi, wszędzie salony z top modą, no i wiecie - można sobie pójść na martini do knajpy Dolce&Gabbana ;-) Aha, i zupełnie przypadkiem trafiłyśmy na całkiem dobrą wystawę fotograficzną Photo Vogue Festival.















Muszę powiedzieć, że te wyjazdy solo chyba wszystkim stronom dużo dają. Mi - wiadomo, bo mam odskocznię od codziennego życia. Ale też zupełnie inna jest jakość czasu, który Michał sam spędza z dziewczynami, niż tego naszego wspólnego rodzinnego. Takie dni dają bardzo dużo ich relacji. Jestem o tym głęboko przekonana i widzę to za każdym razem, jak wracam stęskniona.

Żeby było sprawiedliwie, Michał też ma "swoje" podróże. W zeszłym roku zaliczył po raz kolejny męski wyjazd na Bałtyk "na dorsze", rajd konny na Ukrainie oraz wyjazd nurkowy na Malcie.

Podsumowując: 2018 był dla nas wyjątkowy pod względem podróży! Ale dla mnie to jest ogromna wartość! I widzę, ile korzystają na tym dziewczyny! To jest bezcenne! Podróżowanie to według mnie najrozsądniejszy sposób wydawania kasy! ;-)

Będzie mi miło, jeśli nasze wojaże i Was zainspirują do wyjazdu! A jeśli macie jakieś pytania odnośnie poszczególnych miejsc, które odwiedziliśmy - pytajcie śmiało.








Share
Tweet
Pin
Share
Brak komentarzy

Pod koniec roku Instagram pełen był podsumowań 2018: #bestnine i niezliczonych foto-stories. Według mnie było to trudne do przebrnięcia i ciekawe tylko dla samych zainteresowanych. Sama się od tego bez żalu powstrzymałam. Niemniej jednak jakaś chęć podsumowań i refleksji z końcem roku - jak bardzo symboliczne by to nie było - przeważnie do nas przychodzi. Ja niestety końcówkę roku spędziłam w nie najlepszej formie. Nie potrafiłam znaleźć w sobie spokoju, wyciszenia i chęci na te przemyślenia. Z całą pewnością wypoczęłam, wyspałam się, bardzo dużo czytałam i spędzałam miło czas  z rodziną. Ale jakoś nie udało mi się dać dojść do głosu temu, co mam w sobie w środku.

Z resztą zauważam, że w moim wypadku takie podsumowania przychodzą raczej na początku nowego roku, a nie wcześniej. Nie wiem, czym to jest spowodowane? Przysłowiową "gorączką przedświąteczną" i czym innym na głowie? Nową energią i świeżością początku roku? Tak czy inaczej taka potrzeba właśnie się u mnie skrystalizowała. Potrzeba zatrzymania się, spojrzenia wstecz, a następnie przed siebie. Dla mnie to jest zawsze takie "combo" podsumowań i planów. A próba spisania tych przemyśleń pozwala je uporządkować. Niektórzy uważają również, że właśnie fizyczne spisanie naszych postanowień/ planów/ marzeń (nazywajcie je, jak chcecie), a także podzielenie się nimi z innymi zwiększa ich sprawczość i pomoże nam je zrealizować. Czy tak faktycznie jest - nie wiem. Jedno z moich marzeń/ postanowień na ten rok jest dla mnie tak duże i przełomowe, że obawiam się o nim mówić na głos, a mimo wszystko będę się ze wszystkich sił starać je zrealizować :-)



Czy 2018 był dla mnie dobrym rokiem? 


Z pewnością tak. Moja najbliższa rodzina żyła w zdrowiu (nie licząc choroby Mileny, ale z tym będziemy się już borykać zawsze, chyba, że medycyna coś wymyśli) i dobrych relacjach. Nadal mogliśmy spełniać naszą pasję, czyli podróżować. W bardzo różnej formule i w różne miejsca, co dało nam sporo satysfakcji, ale ten wątek chcę rozwinąć w sekcji travel bloga. Ogólnie było dobrze. Bardzo dobrze.

Z wiekiem dopuszczam do głosu coraz bardziej moje wnętrze. Albo może te wewnętrzne potrzeby się zwiększają? Co zrobić, żeby to "bardzo dobrze" nie było tylko powierzchowne? Żeby poczucie równowagi i spełnienia było silniejsze? Nie mówię o odhaczaniu kolejnych celów podróży, zaliczaniu kolejnych umiejętności, celów zawodowych, zrzucaniu kolejnych kilogramów. Mówię o wewnętrznym spokoju, poczuciu balansu, zaspokojenia różnych potrzeb.

Nie obejdzie się bez przeanalizowania tego, co jest dla nas ważne w jakim stopniu i co chcemy zrobić, aby te obszary naprawić lub wzmocnić. To jest tak na prawdę klucz i punkt wyjścia. Jak do tego dojdziemy, jaką metodą to zrobimy, zależy od nas.

Ja po prostu dałam sobie czas z samą sobą. Dużo czasu. Przyszedł on właśnie w tych pierwszych dniach stycznia. Poświęciłam wiele godzin (nie leżąc na kanapie, ale podczas najróżniejszych czynności ;-))) na spokojne, powolne przemyślenia i zidentyfikowałam kilka "postanowień". Zaczęłam je tu spisywać, miałam je gotowe i zaczęłam pisać ten tekst, kiedy dosłownie dziś trafiłam na dwie świetne inspiracje, które będą doskonałym uzupełnieniem tego posta. Ale opowiem Wam o nich za chwilę. Najpierw moja wersja.

Zaczynamy!


1. Chcę otaczać się ludźmi z dobrą energią

Zauważyłam, że mało co daje mi taką inspirację, siłę i... przyjemność. Z relacji czerpię mnóstwo energii. Lubię otaczać się ludźmi różnorodnymi, w kręgu moich najbliższych znajomych znajdują się jednostki naprawdę bardzo różne. Uczę się od każdego czego innego. To jest wartość sama w sobie. Relacji, które nie mają tej pozytywnej energii unikam. Ta negatywna energia jest trudna do zdefiniowania, to jest takie "bardziej to czuję, niż wiem", ale wydaje mi się, że nauczyłam się ją rozpoznawać, co wcale nie jest łatwe.

2. Chcę zwolnić

Jako osoba "pracująca z domu", a konkretnie zajmująca się prowadzeniem swojej marki, jak również gospodarstwa domowego z całą pewnością nie należę do osób żyjących najszybciej. Mam świadomość, że pracownicy korporacji będący 10h na najwyższych obrotach i potem jeszcze ogarniający jakoś dom (been there, done that - możecie poczytać) mogą tu prychnąć ze śmiechu. Mi chodzi jednak o podejście do życia. Mój mąż słusznie poniekąd śmieje się ze mnie, że wraz z dźwiękiem mojego budzika o 5:15 ja staję na baczność i zaczynam bieg, który trwa do wieczora. Coś w tym jest. To jest chyba bardziej coś w mojej głowie, co każe mi gnać, popędzać, popychać od przodu. To jasne, że każdego dnia jest masa rzeczy do zrobienia. Czasem mniej, czasem więcej. Ale chcę oduczyć się tego niemiłego uczucia pośpiechu. Tylko jak to zrobić...? Mam kilka pomysłów.

- Trenować uważność. Moja 6-letnia córka ma w szkole zajęcia z mindfullnes. Podpatruję jej materiały do tych warsztatów i staram się stosować, ale zdecydowanie brak mi tu systematyczności.

- Ćwiczyć oddech. Kilka dni temu natrafiłam na ciekawy artykuł traktujący o świadomym oddychaniu. Ja do oddychania raczej nie przykładałam należytej wagi. Nie potrafiłam właściwie oddychać podczas porodu moich córek, słabo mi wychodzi prawidłowe oddychanie podczas praktyki jogi. Jedynie podczas biegania widzę, że to ważne. Kiedy próbuję świadomie uregulować oddech albo zrobić raz na jakiś czas wdech bardzo głęboki doświadczam, jak bardzo to pomaga. Niemniej jednak na co dzień traktuję oddychanie jako czynność fizjologiczną i nieświadomą. Tymczasem dowiedziałam się, że oddychanie to nie tylko oczywiste dostarczanie tlenu do wszystkich komórek organizmu, masaż organów wewnętrznych oraz twarzy i gimnastyka dla mózgu. Praktykując świadomy oddech możemy lepiej radzić sobie z trudnymi emocjami. Moim planem jest więc wprowadzenie do codziennego życia ćwiczeń oddechowych. Właśnie zainstalowałam aplikację Deep Breathing Exercise i jestem po pierwszej 4-minutowej sesji :-)

- Wsłuchać się bardziej w siebie. Uznaję się za osobę szczęśliwą. Kropka. No właśnie. Tylko czy ja zadaję sobie w ogóle pytanie, kim jestem i czego ja właściwie chcę? Myślę, że dwa powyższe punkty bardzo mi w tym pomogą.



3. Chcę dbać o ciało

To jest dla mnie obszar od dawna ważny i na szczęście nie zaniedbany. Chcę więc kontynuować to, co robię od lat.

- Aktywność fizyczna to dla mnie codzienność i przybiera ona różne formy, w zależności od okoliczności. Fitness w studio czy w domu, bieganie, pilates i joga. Pływanie i jazdę na rowerze traktuję jako przyjemność, a nie sport. Nie potrzebuję jakiejś specjalnej motywacji. Ja po prostu bardzo chcę mieć jeszcze długo sprawne, estetyczne ciało, w którym dobrze się czuję. Imponują mi wygimnastykowani staruszkowie i to jest ideał, do którego chcę dążyć ;-)
Moja aktualna rutyna wygląda tak, że 5 razy w tygodniu wstaję ok. 5:30 i daję czadu z Ewą Chodakowską ;-) To mi aktualnie pasuję i tyle. Aczkolwiek zaczyna brakować mi jogi, więc chyba wplotę ją w moje plany. Tym bardziej, że idzie ona w parze ze świadomym oddychaniem i uważnością! Rok temu biegałam 5 dni w tygodniu po lesie. Każdy lubi co innego. Trzeba po prostu znaleźć coś dla siebie.

- Jedzenie. Jestem żywieniowcem z wykształcenia. Zasady zdrowego odżywiania i piramida żywieniowa to dla mnie niejako abecadło. Co oczywiście nie musi się przekładać na idealny codzienny jadłospis. Niemniej jednak w zeszłym roku udało mi się sporo zmienić, z czego jestem dumna i co zamierzam utrzymać. Bardzo mocno ograniczyłam mięso. Nie planuję zostać wegetarianką, nie, ale mięso pojawia się coraz rzadziej w naszym domu. Przestaliśmy również jeść pieczywo (nie, nie wynika to z modnej i często nieuzasadnionej glutenofobii), cukru nie ma w naszym domu od kiedy pamiętam. Coraz mniej jest makaronów (mimo, że je uwielbiam) na rzecz kasz. Generalnie podstawę mojej codziennej diety stanowią warzywa i nabiał. I nie zamierzam być ekstremistą w żadnej dziedzinie: jak mam ochotę na mięso, to jem, jak mam gości, to piekę ciasto, do weekendowego śniadania wjeżdża na stół również pieczywo, choć coraz rzadziej ktoś się na nie rzuca.

Zwracam też większą uwagę na jakość składników. Jak mam okazję, sięgam po produkty bio, ale jak nie mam, to nie histeryzuję. Za to maniakalnie czytam etykiety produktów.

Moją miłością jest kawa (ale piję w ilościach przyzwoitych i medycznie dozwolonych, uważanych wręcz za pozytywnie działające na organizm), zaś grzeszną przyjemnością jest alkohol, którego spożycie w ostatnich miesiącach również bardzo mocno ograniczyłam.

Nadal piję zdecydowanie za mało wody i z tym coś trzeba zrobić. O ile w lecie 1,5-litrowa butelka wody stojąca przy komputerze faktycznie szybko jest opróżniana, to aktualnie pochłaniam niemało herbaty, a trzeba pamiętać, że kawa i herbata wręcz nas odwadniają i gdzieś usłyszałam, że po każdej filiżance kawy czy herbaty należy wypić dwie szklanki wody.

- Badania. Jest OK. Robię regularnie badania krwi i moczu, cytologię USG TV i piersi oraz jamy brzusznej.

4. Chcę więcej czytać

W 2018 przeczytałam około 10 książek. Nie jest to w żadnym razie imponująca ilość, ale jednocześnie jestem sporo powyżej średniej krajowej. Nie dotarłam w prawdzie do jakichś sensownych i reprezentatywnych badań na porządnej populacji (chyba niestety takich nie ma), ale według raportu czytelnictwa w Polsce przeprowadzonego przez Bibliotekę Narodową 63% Polaków nie przeczytało w ciągu roku żadnej książki!!! Włos mi się jeży na głowie, jesteśmy krajem matołów!

Tak czy inaczej chcę w tym roku przeczytać książek nie mniej, niż 15.

Zdaje się sobie również sprawę, że czytałabym znaczenie więcej książek, gdyby nie istniał internet. Ale tego czynnika nie da się już wyeliminować ;-) Blogi, Instagram - to moje nałogi i pożeracze czasu. Znacie to uczucie, kiedy boicie się, że umknie Wam COŚ WAŻNEGO, jak nie wejdziecie na insta czy fejsa? Ja niestety tak. Jasne - dzięki Instagramowi "poznałam" bardzo dużo wartościowych osób, które są dla mnie różnego rodzaju inspiracją. Serio.

Niemniej jednak mój cel, to ograniczyć o połowę czas spędzany ze smartfonem w ręku.


5. Chcę kupować mniej

Przyznaję, że zaczął mnie przerażać konsumpcjonizm. Kupowanie wszystkiego w ogromnych ilościach. Black Friday, gwiazdka, Midseason Sale, Winter Sale.... Szokuje mnie, ile potrafią nakupować skądinąd lubiane przeze mnie blogerki. Nadmiar wszystkiego, kipiący dobrobyt, robienie sobie dobrze klikaniem i kupowaniem. I żeby nie było, że jestem bez winy! Daleko mi do minimalistki, ale też nie zamierzam dążyć do jakiejś specjalnej ascezy. Chcę po prostu nauczyć się konsumować mniej....

Plakat nudyniema.pl



6. Chcę podróżować

Zawsze to lubiłam, zawsze to była dla mnie bardzo ważna sprawa. To truizm, że podróże to źródło inspiracji wszelakich, więc nie będę tu rozwijać tego wątku. Liczę, że uda mi się w tym roku więcej czasu poświęcić również blogowi i opisać na nim nasze zeszłoroczne podróże, a było ich naprawdę dużo! Wyjeżdżałam z rodziną, ale i wielokrotnie z przyjaciółką, co ma dla mnie ogromną wartość i co chcę kontynuować.

7. Chcę rozwijać umiejętności

W listopadzie 2014 stworzyłam markę NudyNieMa design nie mając wykształcenia graficznego. Jestem w 100% samoukiem. Nie tworzę jakichś wyjątkowo skomplikowanych grafik, ale wszystkiego, co umiem, nauczyłam się sama. W tym roku chcę rozwinąć swoje umiejętności. Zachwyca mnie kolaż i marzę, aby tworzyć tego rodzaju grafiki. Trzymajcie kciuki!!



Gdy patrzę na moje postanowienia/ plany/ marzenia na ten rok, myślę sobie, że kluczem jest słowo: RÓWNOWAGA. Równowaga pomiędzy pędem, a zatrzymaniem się, balans między przesytem konsumpcją, a potrzebą otaczania się pięknem. Chcę znaleźć równowagę pomiędzy psyche i fizis, balans między planowaniem i spontanicznością. Sporo pracy przede mną. Ale warto wiedzieć, dokąd chce się zmierzać.


I teraz wrócę do tego, jak pisałam na początku, że natknęłam się na dwie kobiety, które w ciekawy sposób podeszły do tematu planów i zmian życiowych. Eliza z bloga Fashionelka w tym roku zamiast postanowień robi Mapę Marzeń. Co to jest? To sposób na graficzne zobrazowanie naszych marzeń, celów i pragnień. Polega na przedstawieniu ich za pomocą wycinków z gazet i naklejeniu na dużą planszę. Myślę, że może to być fajne zadanie.

Natomiast Justyna z Jak być szczęśliwą kobietą wykorzystała w swoim dzisiejszym live na Facebooku narzędzie zwane Kołem Życia. Koło to ma 8 obszarów: rodzina, duchowość i emocje, finanse, życie zawodowe, relaks i rozrywka, rozwój osobisty, przyjaciele i znajomi, zdrowie i kondycja. Na kole naniesiona jest skala od 1 do 10 i każdy z tych obszarów według niej oceniamy. Identyfikujemy te najsłabsze i na nich się koncentrujemy, planując działania "naprawcze".

Dodam tu dygresję. Otóż Justyna jest od ponad roku moją dobrą znajomą. Poznałam ją w szkole mojej córki, która zaprzyjaźniła się z jej córeczką. Justyna to jest właśnie osoba z dobrą energią! Mimo, że mocno się różnimy, dużo się od niej uczę i fascynuje mnie ona na każdym kroku! :-) Podziwiam jej absolutnie pozytywne nastawienie do świata i uśmiech każdego dnia! To o takich właśnie ludziach pisałam na początku tego wpisu!

A wracając do Koła Życia: patrzę na moje postanowienia i widzę, że wpisują się one doskonale w ten model! Są jeszcze inne narzędzia, które mogą nam posłużyć do sprecyzowania naszych marzeń czy planów. Wybierzcie takie, które Wam najbardziej odpowiada albo - jak ja - nie wybierajcie żadnego bo i bez narzędzia da się określić swoje marzenia. Kluczowe jest natomiast to, żeby je usłyszeć. I to te wewnętrzne. Czego Wam serdecznie życzę na początku nowego roku.

Jeśli macie jakieś przemyślenia, zachęcam mocno do komentowania. To chyba jak do tej pory najbardziej osobisty wpis na tym blogu. Ciekawi mnie Wasz punkt widzenia, Wasz sposób na marzenia/ zmiany i ich realizację.

Jeśli ten tekst wydał się Wam wartościowy, udostępniajcie go śmiało w Waszych social media - będzie mi miło :-)
Share
Tweet
Pin
Share
Brak komentarzy

Od paru lat nie piszę listu do Św. Mikołaja, tylko zabieram się za blogową grudniową wish listę. Wróć! Na taką listę nachodzi mnie w zasadzie już wraz z pojawieniem się pierwszych oznak jesieni. Ciekawe, że jakoś w wiosenno-letniej aurze się bez niej obchodzę. A przecież mogłabym układać również wish listę urodzinową (świętuję w kwietniu). 

Tak czy inaczej mój prezentownik nie jest gruntownym przeglądem rynku produktów wszelakich, sporządzany co roku przez wiele blogerek, układany kolorystycznie i wyglądający przepięknie i elegancko (co szanuję oczywiście), tylko jest to po prostu moja subiektywna i najprawdziwsza lista marzeń! Rzeczy, do których wzdycham (często od dawna) albo takie, pragnienie których wywołane jest zmieniającą się aurą, melancholią tudzież po prostu przekartkowaniem Vogue'a i zobaczeniem czegoś "wow". Grunt, że teraz właśnie daję sobie przyzwolenie, aby marzyć o wielu pięknych rzeczach. Mikołaj i tak mi przecież wszystkiego nie przyniesie, a to uprzejme z mojej strony dawać mu taki wybór, nie? ;-) A Wy możecie się śmiało inspirować.


Tak więc zaczynamy. Ale tytułem wstępu: tak sobie myślę, że mi to chyba wyjątkowo łatwo kupić prezent... Zawsze, ale to zawsze sprawdzi się piękna książka, płyta winylowa, perfumy i biżuteria. Chyba banalne, ale cóż poradzę - widać jestem nieskomplikowaną kobietą! :-)



Biżuteria

W temacie biżuterii jest ze mną dokładnie tak, jak w temacie ubrań. Wciąż miotam się pomiędzy wysmakowanym minimalizmem spod znaku Calvin Klein, a czymś, co wygląda, jak vintage albo - jeszcze lepiej - jest autentycznym vintage! A że wraz z nadejściem zimna i szarzyzny wybieram właśnie jako przeciwwagę do nich kolor, wzór i generalnie "na bogato", to z chęcią przygarnę jakiś damski sygnet, notabene bardzo en vogue ostatnio. Na Instagramie - tym nieprzebranym źródle inspiracji i wszelkiego zła - wypatrzyłam markę LAU (Love Art Urban) i tam.... oooo, tam to ja mam co wybrać! W oko wpadł mi ponadto piękny pierścionek z kwarcem Artelioni.

Perfumy

Równie miły temat, co biżuteria. Z tym, że tu już jest trochę łatwiej, bo od lat, niezależnie od pory roku, wybieram intensywne, raczej drzewno-waniliowe i słodkie zapachy. Aha, wymogiem jest również piękna minimalistyczna butelka, ale jeśli coś mnie absolutnie zachwyci, to robię się ugodowa. Szaleję obecnie właśnie za perfumami Aura od Muglera oraz Rouge od Narciso Rodriguez.

Albumy, książki do czytania, kalendarze

W dobie Instagrama i Pinteresta, szukając inspiracji, można tam znaleźć wszystko, co się tylko wymyśli. Ale moje półki w bibliotece nadal (dosłownie!) uginają się od albumów. Architektura, interior design - większość pochodzi sprzed 11 lat, czyli czasów budowy naszego domu, ale nadal kupuję piękne książki z tej dziedziny, bo dobra architektura i wnętrza to moja pasja. Teraz przybywa dodatkowo pozycji o fotografii czy grafice i nadal jestem w stanie absolutnie przepaść w księgarni, o internecie nie mówiąc. Kocham duże, pięknie wydane książki i za nic nie przedłożę skrolowania ekranu ponad dotyk i zapach papieru. Dlatego w wydawnictwach takich, jak Phaidon, Rizzoli, Taschen, Te Neues i Gestalten jestem w stanie puścić każdą kasę.

Oto kilka wybranych pozycji. Każda z nich przyspieszy bicie mego serca:
"Taken!", Te Neues
"The great outdoors", Gestalten
"David Bowie. The Man Who Fell to Earth", Taschen
"Przewodnik Urban Guide", Label
"Extraordinary records", Taschen

Zrobiłam jakiś czas temu taką grafikę z jednym z moich ulubionych cytatów. Wisi u mnie w domu, w dużym formacie.


Oczywiście to jest trochę z przymrużeniem oka. Bo ja uwielbiam czytać! I mimo, że boleję, że nie mam na to wystarczająco dużo czasu, to wciąż jestem zdaje się sporo powyżej średniej krajowej, jeśli chodzi o liczbę przeczytanych w roku książek. Ale prawda jest taka, że ja zdecydowanie patrzę na świat obrazami! Piękne kadry to niezbędna karma dla mojej duszy. W kolejnym wcieleniu będę fotografem.

Ale wracając do czytania, to jako zwolenniczka nauki jako takiej, naukowego wyjaśniania zjawisk, rozprawiania się z pseudonauką oraz przede wszystkim jako psychofanka portalu popularnonaukowego Crazy Nauka właśnie kupiłam sobie sama w prezencie polecaną przez nich książkę "Początki (prawie) wszystkiego" i nie mogę się doczekać, aż ją zacznę czytać!

Jeśli chodzi o kalendarz książkowy, to ja od lat kilkunastu jestem wierna jednemu modelowi. To jest tzw. diary od Te Neues (kiedyś jeszcze robił takie Taschen), bardzo wygodny, ze sprężyną. W tym roku wybieram wersję ze zdjęciami Londynu.

Zaś odnośnie kalendarza na ścianę, to również od dawna jestem bardzo wierna. A mianowicie swojej marce, hehe ;-) Ale tego kalendarza nie mogę Wam jeszcze podlinkować, bo będzie dostępny w sklepie dopiero od przyszłego tygodnia.

EDIT: zgodnie z obietnicą kalendarze są już dostępne! Proszę bardzo, link klik.


Vinyle

Ostatnią pozycją w albumach powyżej, czyli książką "Extraordinary records" nawiążę do mojej kolejnej zajawki - jak to mówi młodzież. A może już tak nie mówi...? W każdym razie w tym roku na urodziny dostałam od męża jeden z najlepszych prezentów urodzinowych ever (o ile nie najlepszy!), czyli absolutnie kultowy Gramofon Daniel z polskiej Unitry. Możecie sobie o nim poczytać tu. Tak czy inaczej od tego momentu kolekcjonuję płyty winylowe. Najbardziej kręci mnie wyszukiwanie perełek na pchlich targach. To jest mój must na wszelkich wycieczkach miejskich. Najnowszy nabytek to Grace Jones z Mediolanu. Tak czy inaczej nie mam jeszcze setki płyt (ale w nadchodzącym roku z pewnością do niej dociągnę), a lista marzeń wciąż długa, więc jest to nadal bardzo dobry prezent, święty Mikołaju.

Bielizna

Dziś, dosłownie dziś, natknęłam się na Instagramie (a gdzieżby indziej!) na polską markę bielizny. Cudownie obłędnej, tak boskiej, że nie wiem, dlaczego ja się dowiaduję o niej dopiero dzisiaj! Tak więc święty Mikołaju - poproszę cokolwiek, bo podoba mi się tam WSZYSTKO!!!

Greenery

To teraz z innej beczki. Od jakiegoś czasu zaliczam się do #plantslovers. W moim domu powoli, aczkolwiek konsekwentnie pojawia się coraz więcej roślin. Moje aktualne marzenie to bananowiec (uwaga, to nie palma!). Piękny, ale ponoć niełatwy w uprawie.

Uff, trochę się tego zebrało. Ale szczerze mówiąc mam jeszcze kilka pozycji na liście... Ale to może już w drugiej części wpisu.


I tradycyjnie zapraszam Was do mojego sklepu www.nudyniema.pl - tam szaleje obecnie Black Friday ze zniżką 25% NA WSZYSTKO, więc możecie się obkupić w plakaty do wnętrz dziecięcych i dorosłych.

Zaś poniżej znajdują się linki do wszystkich wcześniejszych prezentowników tudzież moich plakatowych poradników prezentowych:

https://nudyniema.blogspot.com/2018/09/jesienne-must-haves-ad-2018.html
https://nudyniema.blogspot.com/2017/10/w-poszukiwaniu-jesiennego-paszcza.html
https://nudyniema.blogspot.com/2017/09/moje-jesienne-must-haves.html
https://nudyniema.blogspot.com/2016/01/plakat-jako-prezent-dla-babci-i-dziadka.html
https://nudyniema.blogspot.com/2015/12/poradnik-prezentowy-nudyniema-design.html
https://nudyniema.blogspot.com/2015/12/poradnik-prezentowy-nudyniema-design_16.html
https://nudyniema.blogspot.com/2015/11/moja-grudniowa-wishlista.html
https://nudyniema.blogspot.com/2015/11/pomysy-na-prezent-dla-dziewczynki-moj.html
https://nudyniema.blogspot.com/2015/11/moja-listopadowa-wishlista.html
https://nudyniema.blogspot.com/2014/12/nowosci-plakatowe-idealny-prezent-pod.html
https://nudyniema.blogspot.com/2015/01/pomys-na-prezent-walentynkowy.html


Share
Tweet
Pin
Share
Brak komentarzy

Nie da się ukryć, że jesień już za pasem. Mimo, że wrzesień rozpieszcza słońcem i prognozy pogody na nadchodzące dni są wielce obiecujące, nic nie zmieni faktu, że to już bliżej, niż dalej. Ten rok był wyjątkowo łaskawy, nie pamiętam nawet jakoś przedłużającej się brzydkiej pogody zdaje się od kwietnia czy maja. No serio, tak pięknie to chyba jeszcze nie było!


Ale do rzeczy! Jesień to dla mnie - poza zachwytami nad babim latem - taki czas, że jak wchodzę do sklepu z ciuchami, to nie ma szans, żebym wyszła z niczym... Płaszcze, tweedy, dzianiny, szale, skórzane cieniutkie rękawiczki... Dla tych części garderoby ja po prostu tracę głowę co rok... Letnie fatałaszki tak mocno mnie nie kręcą. Lato najchętniej spędzam w spódnicy Miszkomaszko, t-shircie z nadrukiem i japonkach względnie birkach. Ale jesień... Nie przejdę obojętnie obok wieszaków z wełnianymi płaszczami w Mango NIGDY. Tego wirtualnego również. Piszę do Was, nerwowo oczekując maila, że moje zamówienie z tej hiszpańskiej sieciówki jest już do odebrania. Zgadnijcie, co kliknęłam...

W zeszłym roku poświęciłam nawet sporo czasu (i to z sukcesem!) na znalezienie prawie dokładnie takiego samego płaszcza wełnianego, jaki upatrzyłam sobie na Pintereście (klik). Co lepsze - znalazłam go na olx, 15 km od mojego domu!

Foto: Pinterest
W tym roku jesienne kolekcje najpopularniejszych marek nie rozczarowują. W zasadzie jest tak standardowo, jak co roku. Czyli są moje ulubione jesienne kolory, są wełny, kraty, skóra - również w wersji ekologicznej. Są sukienki boho, tylko już w połączeniu z płaszczami, swetrzyskami, kozakami.

Ale są dwie rzeczy, których dawno nie było!

1. Płaszcz futrzak

Mega mi się marzył od dawna!!! Choć już teraz, gdy widzę go w ofercie dosłownie chyba każdej sieciówki, to stał się jakby mniej pożądany... No nic, przyszła moda, wszyscy go mają w ofercie. Ale muszę przyznać, że z chęcią przytuliłabym dosłownie każdego miśka z przedstawionych poniżej, a ten pierwszy to chyba mój faworyt!

Foto: Reserved
Foto: Reserved

Foto: Reserved

Foto: Reserved
Foto: Mango
Foto: Orsay

2. Sztuks

Wspomnienie dzieciństwa. Zawsze mi się podobał, ale za moich młodych lat był uznawany za mocno obciachowy. I mimo, że nie byłam absolutnie odzieżową rebeliantką (ba, wcale nie byłam rebeliantką), to jednak go z dumą nosiłam! Dziś wraca w marynarkach i rozszerzanych spodniach. Retro, w stylu la 70-tych, w moich ulubionych kolorach. Boski! Wybieram marynarki, bo na dzwony nie mam figury ;-) Aha, są też sztruksowe spódniczki i sukienki na szelkach, ale to już zupełnie nie moja bajka.

Foto: Bershka

Foto: Zara

Foto: Zara

Foto: Zara

Powiecie: co to za minimalistyczne must-haves? Tylko futrzak i sztruksy? Ano nie chcę stracić worka pieniędzy, więc chyba ograniczę się do niezbędnego dla odświeżenia mojej garderoby (w której i tak pełno swetrów i szali od zawsze) minimum.

No dobrze, marzy mi się jeszcze parę drobiazgów - jako uzupełnienie jesiennego looku.

3. Pierścionek

Do jesiennych wełenek i tweedów idealnie będzie pasował pierścionek z bursztynem. Podobnie jak sztruks, bursztyn może nieść złe skojarzenia z czasów dzieciństwa ;-) Ja nie mam z tym problemu i uważam, że w tym wydaniu ten miodowy kamień prezentuje się idealnie! Marzenie!!!

Foto: W.Kruk

4. Książka


Nie byłabym sobą, gdybym jesienią nie zaopatrzyła się w jakieś opasłe tomisko spod znaku Taschen, Phaidon lub Gestalten.

Moje typy


- nowy album duetu fotograficznego, który uwielbiam: Mert Alas & Marcus Piggott
https://www.taschen.com/pages/en/catalogue/photography/all/05342/facts.mert_alas_and_marcus_piggott.htm

- Książka "Hit the road" - kto śledzi moje insta, wie, dlaczego :-)
https://gestalten.com/collections/escape/products/hit-the-road

- Kate by Mario Sorrenti - moja ulubiona modelka na niepublikowanych dotąd zdjęciach swojego ex-chłopaka. Must!
http://uk.phaidon.com/store/photography/kate-signed-edition-9780714877624/

Jesień zapowiada się nadzwyczaj przyjemnie!

A jakie są Wasze wrześniowe marzenia?




Share
Tweet
Pin
Share
Brak komentarzy

Nadszedł wrzesień. Upragniony z różnych powodów. Po dwóch miesiącach spędzonych non stop z moimi dziewczynami serio tęskniłam za codzienną bieganiną, rutyną, ale za to z dużą dawką czasu tylko dla mnie. To były nasze pierwsze "prawdziwe" wakacje (uwaga, to ironia). Czyli takie, które zaczęły się wraz z dniem zakończenia roku szkolnego, a skończyły - no, tym razem nie z pierwszym, ale z 3 września. A nie tak, jak było do tej pory, czyli wtedy, kiedy nam się zachciało.


Jak wyglądało nasze życie, gdy mieliśmy w domu przedszkolaki? Ano gonitwa o poranku - owszem, ale bez przesady, bo do przedszkola można przecież przyjechać na 8, na 9 czy jak tam pasuje. Nikt głowy nie urywał. Wakacje w maju czy w październiku? Proszę bardzo, nie ma sprawy. Wszędzie pusto, pogoda idealna, bilety lotnicze i noclegi tanie. Przedszkole otwarte w lipcu i sierpniu, dzieci zagospodarowane, czas na pracę jest. Wypady "w Polskę" w weekendy, czasem takie czterodniowe, a dalsze wyjazdy tylko "poza sezonem". Pełen luz i dowolność.

Milena poszła do szkoły rok temu, Nina właśnie rozpoczęła swoją przygodę. Czyli dwa miesiące z hakiem do zagospodarowania. Niemalże wprost z zakończenia roku szkolnego Mili ruszyliśmy na pierwszy wyjazd. Wszystko opiszę w kolejnych postach, bo sekcja "Podróże" na blogu jest jedną z popularniejszych. Teraz tylko w telegraficznym skrócie w ramach zapowiedzi kolejnych wpisów.

Tak więc najpierw dwa tygodnie w Chorwacji. Wymarzony od lat rejs jachtem, czekaliśmy, aż dziewczyny trochę podrosną. Było fantastycznie, będziemy chcieli to powtórzyć! Potem tydzień na lądzie, też Chorwacja. Dom z basenem i obłędnym widokiem, relaks na maksa plus orgie kulinarne, o co w Chorwacji nietrudno.










Wszystko fajnie, tyle, że 8 lipca już byliśmy z powrotem. A to dopiero początek wakacji! Kolejne 3,5 tygodnia spędziłam z moimi cudownymi skądinąd córkami w wymiarze 24h na dobę, full time. Oto nasze atrakcje: wspólne wypady do Auchan i Ikea (moje dzieci nigdy tam nie były, więc to były serio atrakcje!!!), rozgrywki FIFA (uwielbiają oglądać z nami mecze, ale to chyba kwestia obowiązkowego wówczas pop cornu, a nie fascynacji piłką), lekcje pływania i jazdy konnej, które udało się jakoś ogarnąć mimo wakacji. Co jeszcze... Aha, zabierałam je na wszystkie wizyty lekarskie, na jakie akurat byłam zapisana, co też stanowiło dla nich dość zabawny punkt programu ;-)

Udało nam się wyskoczyć do Łodzi, którą uwielbiam, do Puszczy Białowieskiej oraz spędzić przedłużony weekend na Mazurach z wypadem nad nasze morze.






I potem kolejny dłuższy wyjazd. Wymarzona Dania! O tym kierunku myślałam od dawna. Byliśmy już ze dwa czy trzy razy w Holandii i trochę pojeździliśmy po jej wybrzeżu. Bardzo mi się podobają te północne klimaty, chciałam ich więcej. Ja w ogóle kocham morze, w każdym wydaniu. No i Dania to Legoland, czyli wiadomo ;-) Z Danii niestety wygoniła nas po paru dniach słabsza pogoda, więc uciekliśmy do Niemiec, które również kocham, ale niedosyt duńskich wydm i szerokich plaż pozostał.










Ostatni tydzień wakacji należał do półkolonii w stajni.

Uff, jakoś to udało się ogarnąć, ale nie powiem - z radością powitałam wrzesień. Jak bardzo elastyczna nie byłaby moja praca, potrzebuje ona jednak skupienia, ciszy i tzw. świętego spokoju. Sięgam więc z radością i nową energią po wszystkie odłożone na dwa miesiące projekty i mam nadzieję zalać w końcu NudyNieMa design falą nowych grafik. Pomysły kipią w głowie w każdym razie.

Wrzesień witam też z radością, bo zwyczajnie kocham ten miesiąc. Z jednej strony to już zapowiedź jesieni i - w dalszej perspektywie - zimy, której miłością nawet niewielką nie darzę, ale mimo wszystko lubię te rześkie poranki i wieczory, to inne już światło, dojrzewające na naszych winoroślach owoce, wszechobecną dynię, grzyby i tę nutkę nostalgii i już budzącej się tęsknoty za latem, które przecież jeszcze trwa, ale wiemy, że to ostatnie chwile.

Share
Tweet
Pin
Share
Brak komentarzy
Nowsze wpisy
Poprzednie wpisy

O mnie

O mnie
Mam na imię Magda, znajomi mówią na mnie Megi. Jestem mamą dwóch córek (Niny oraz chorej na cukrzycę typu 1 Mileny). Uwielbiam podróżować (ale jeszcze bardziej wracać do domu), dobrze zjeść i pobiegać po lesie. Wiele lat temu uciekłam z miasta, potem z korporacji i były to chyba dwie najlepsze decyzje mojego życia. Realizuję się w projektowaniu minimalistycznych plakatów do dekoracji wnętrz. Jestem uzależniona od espresso i nie wstydzę się do tego przyznać.

Bądź na bieżąco!

  • Instagram
  • Pinterest
  • Facebook
  • Bloglovin
  • Society
  • DAWANDA

Kategorie

  • inspiracje
  • podróże
  • plakaty
  • sport
  • cukrzyca

Ostatnie na blogu

Facebook

Nudy nie ma

Archiwum

  • ▼  2020 (6)
    • ▼  maja (1)
      • Czy kosmetyki naturalne są najlepsze?
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (2)
    • ►  lutego (1)
  • ►  2019 (5)
    • ►  października (1)
    • ►  września (1)
    • ►  maja (1)
    • ►  stycznia (2)
  • ►  2018 (3)
    • ►  listopada (1)
    • ►  września (2)
  • ►  2017 (8)
    • ►  października (2)
    • ►  września (3)
    • ►  sierpnia (3)
  • ►  2016 (2)
    • ►  kwietnia (1)
    • ►  stycznia (1)
  • ►  2015 (10)
    • ►  grudnia (2)
    • ►  listopada (4)
    • ►  października (1)
    • ►  lutego (1)
    • ►  stycznia (2)
  • ►  2014 (26)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (2)
    • ►  października (1)
    • ►  września (1)
    • ►  sierpnia (4)
    • ►  lipca (3)
    • ►  czerwca (1)
    • ►  maja (1)
    • ►  kwietnia (2)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (3)
  • ►  2013 (34)
    • ►  grudnia (4)
    • ►  listopada (4)
    • ►  października (7)
    • ►  września (7)
    • ►  sierpnia (4)
    • ►  lipca (8)
Instagram Facebook Bloglowin Pinterest Dawanda society6
JESTEM NA @INSTAGRAM

Created with by ThemeXpose | Distributed By Gooyaabi Templates