piątek, 23 sierpnia 2013

Berlin, ich liebe Dich!

Wyjazd do Berlina udał się świetnie. Z jednym wyjątkiem: był moją absolutną porażką, jeśli chodzi o pakowanie. Jeszcze nigdy nie zapomniałam tylu istotnych rzeczy. A przecież była lista! Tyle, że w iphonie, a w dniu wyjazdu w ferworze zbierania się, zapomniałam, że ta lista w ogóle jest. Gdyby papierowa leżała na stole, pewnie bym zauważyła. A tak… Bez komentarza…  Oczywiście później okazało się, że bez każdej z tych rzeczy dało się przeżyć, ale chodzi o zasadę. Moja głowa przestała pracować super sprawnie, odkąd nie uczęszcza do korporacji. Sad but true. Oczywiście nie znaczy, że rozważam powrót do fabryki. Skądże!!! Ale co by tu zrobić, żeby utrzymać istotę szarą w lepszej kondycji? Jakieś sugestie??

Ale wracając do Berlina: ja po prostu kocham to miasto. Podoba mi się tam wszystko! Oczywiście są i brzydkie miejsca, ale nigdzie nie widziałam tyle świetnej architektury oraz logiki, a jednocześnie luzu w tworzeniu przestrzeni publicznej.

Architektura
Chodząc ulicami, robię prawie non stop zdjęcia i nie mogę wyjść z podziwu, że tu wszystko, co się buduje, jest na świetnym poziomie i z dobrych materiałów, zaś u nas dobra architektura to wciąż nieliczne rodzynki. To przecież nie tylko kwestia kasy. Różnica tkwi chyba we wrażliwości i wyedukowaniu społeczeństwa. A zaskoczyło mnie tym razem to, że tu wciąż się buduje! I to ile! W czasie boomu budowlanego lat 90-tych Berlin nazywano największym placem budowy świata: „Berlin – die grösste Baustelle der Welt”. Wydawało się, że więcej się już nie zmieści. Ostatni raz byłam tu chyba 3 lata temu (byłam w ciąży z Milą, więc jakoś tak to musiało być) i o ile pamiętam, wiele się w temacie budownictwa nie działo. Teraz zaś widzę mnóstwo nowych budynków i trwających budów. Niesamowite.

Rower
Po raz pierwszy zwiedzaliśmy miasto rowerami. RE-WE-LA-CJA!!! Ja już tylko tak chcę! Generalnie jestem piechurem i mogę długo chodzić, ale jednak możliwości są wówczas ograniczone. Tym bardziej, gdy się pcha wózek z dzieckiem. Za to rower daje wolność, komfort i idealne tempo przemieszczania się z możliwością oglądania mijanych atrakcji. Na rowerze mogę jeździć od rana do wieczora. Jadę, coś mi się podoba – zatrzymuję się. Robię zdjęcia, rozkładam kocyk (jakoś nikt nie goni za wylegiwanie się w parku miejskim), otwieram piwko (jakoś za to też nikt nie goni).  Po prostu pięknie jest. A dziewczyny w przyczepce też zadowolone. Na zmianę zwiedzają i śpią. No sielanka. A żeby było jeszcze fajniej, do Berlina wybraliśmy się teraz ze znajomymi. Oni też z rowerami i dwójką dzieci w przyczepce.  Berlin cały w ścieżkach rowerowych, często jest to wydzielony pas na jezdni, a rowerzysta jest bezwzględnie respektowany. Bajka, po prostu mówię Wam – bajka.

Wyczytałam gdzieś, że w Berlinie jest 620 km ścieżek rowerowych.  BTW ciekawe, ile jest w Warszawie? W każdym razie my przejechaliśmy teraz w sumie 112 km, więc można uznać, ponad 1/6 tras zaliczona. Jest po co wracać. Aaah, może by udało się jeszcze w tym roku…

Wszystko pięknie, ale…
No dobra, koniec z pianiem z zachwytu. Coś tu musi być nie tak, prawda? Owszem. Tak więc absolutnie obleśnie prezentuje się obecnie Alexanderplatz. Kto był, to wie, że to wielki plac w klimatach DDR: charakterystyczny zegar, Fontanna Przyjaźni i oczywiście słynna wieża telewizyjna. Wokół domy towarowe, stacje U-Bahn i S-Bahn. Nic pięknego, ale miał swoją atmosferę i był miejscem spotkań, często też alternatywnej młodzieży. Teraz natomiast stoją tu jakieś tragiczne bazarowe stoiska, a smród jest podobny do tego na naszym Dworcu Centralnym (dawno nie byłam, może tak już nie ma, ale każdy wie, o co chodzi). W każdym razie perełek architektury socjalistycznej wcale pośród tej ohydy nie widać i należy się stąd jak najszybciej zabierać.  Co też uczyniliśmy i obraliśmy kurs na….

Wannsee
Czyli jezioro na obrzeżach Berlina. Nigdy tu jeszcze nie byłam, a w przewodniku wygląda super. Piękny piaseczek, eleganckie kosze plażowe. Pogoda odpowiednia, bikini na Alexanderplatz kupione (bo przecież mojego z domu zapomniałam) – jedziemy! Pominę już, że droga nam się strasznie dłużyła i cały czas powtarzaliśmy sobie, że na bank wracamy S-Bahnem. Za to jechaliśmy przez fantastyczne dzielnice z gigantycznymi starymi willami i to jest temat na osobny album architektoniczny. Więc nie było tak źle. Ale na miejscu okazało się, że po pierwsze płatności kartą nie są przyjmowane, a nam niebezpiecznie kończyła się gotówka (patrz kolejny punkt), a na plażę prowadzą strome schody w dół, zaś zejść dla wózków szukaliśmy ze 20 minut. Po wtóre: sam obiekt jest… hmmm… łagodnie mówiąc dość zaniedbany i obskurny  Zjeść to można frytki z ketchupem lub w najlepszym wypadku pizzę. Wszystko to było dla nas sporym zaskoczeniem, bo spodziewaliśmy się luksusowego kąpieliska w klimatach przedwojennego Sopotu. Ale nic to, dzieciaki pluskały się w wodzie i były zachwycone, więc nie ma co narzekać.

Karty kredytowe
No właśnie. Jadąc do „Europy Zachodniej” zabieram ze sobą kartę kredytową, a nie portfel wypchany gotówką. Tymczasem poza hotelem i dosłownie jedną knajpą, w której byliśmy, nigdzie nie akceptują kart. Przedziwne. Znajomi wzięli trochę cashu i przez większość wyjazdu byli sponsorami w sklepach, restauracjach etc. Oczywiście euro z bankomatu można wyjąć, ale jakoś mnie zdziwiła strasznie ta niechęć do płatności bezgotówkowych… W Polsce płacę kartą chyba wszędzie, nawet w naszym wiejskim sklepie. Ale tam to i na krechę można kupić – zupełnie inne standardy obsługi klienta ;)

Nie wiem, co by tu na koniec napisać, żeby się nie powtarzać. No ale fajny strasznie ten Berlin. Może tam sobie kiedyś kupię mieszkanko, to będę bywać częściej.



















2 komentarze:

dekornia pisze...

Wannsee wygląda całkiem przyjemnie :)

Nudy nie ma pisze...

Owszem - na zdjęciu :) Na miejscu retro i komuna ;)