poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Wprawki wyjazdowe #1

Dzień 1

Nie będę ściemniać, początek był fatalny. Bardzo. Pakowanie samochodu przy dźwiękach dwóch syren nie jest łatwe. Próby zebrania myśli, czy na pewno wszystko wzięte, są raczej skazane na niepowodzenie. Ufam więc, że dnia poprzedniego myślałam trzeźwo i o niczym nie zapomniałam. Ostatecznie jedziemy na 4 dni i nie na taki zupełny koniec świata.

Rowery zainstalowane na dachu, bagażnik zapakowany. Wsiadamy do samochodu. Marzę, żeby wraz ze startem silnika syreny zamilkły. Sukces jest połowiczny. Młodsza syrena udaje się w objęcia Morfeusza i w nich pozostaje przez najbliższe trzy godziny. Złote dziecko. Starsza syrena kontynuuje wycie. Do domuu, do domuuuuu! Przerwy są krótkie, a po nich siły wzmocnione. Hardkor. Mam dość i sama chcę do domu!!!

Trasa na Augustów nie obfituje w infrastrukturę dla podróżujących. Postój robimy na parkingu dla tirów. Rozkładamy kocyk. Pewnie w normalnych warunkach wielkie ciężarówy byłyby atrakcją, ale przecież syrena chce do domuuu…. Ratunku! Dziecko mi się zepsuło! Co się z nią stało? A) Bunt dwulatka? B) Stres związany z przedszkolem? C) Any ideas??? Help… Ja chcę z powrotem moją Milę!

Na szczęście Nina – już nie syrena – jest wszystkim zachwycona, tiry się jej bardzo podobają, a odór dochodzący z lasu (brak toalety) wcale nie przeszkadza. OK., pakujemy się z powrotem do auta, drogi nie zostało dużo. Syrena nadal wyje. Z potem na czołach dojeżdżamy na miejsce. Wita nas Ł. – koleżanka Mili (nadal syreny). Jest już na miejscu. Syrena wyje, ale są tu koniki, koza, koty, trampolina. Może jakoś to będzie, wycie powoli ustaje.

Ufff, nalejcie mi szybko piwa….


Dzień 2

Zaczynamy od śniadania. Nina nie chce kaszki. Tatuś podstawia jej czekoladowe chrupko-kulki. Mniammm… Świetnie, idealne śniadanie dla 10-miesięcznego bobasa – wznoszę oczy ku niebu i wzdycham. Tak będzie już do końca wyjazdu. To znaczy z tymi chrupkami, nie z oczami.

Krótki briefing nad mapą i wsiadamy na rowery, dziewczyny do przyczepki. Pierwsza wycieczka na Czerwone Bagna. Brzmi groźnie, nie jestem przekonana. Mają tam też być wydmy. Dobra, jedziemy. Fajna trasa, w sumie podobnie, jak w naszych lasach (po co się ruszać z domu?), ale nie będę narzekać. Nikt dziś nie wyje, pogoda piękna, jest fajnie. Zagłębiamy się w las. Aha, zapomniałam nadmienić, że atrakcją okolicy są bąki. Wielgachne. Jak szerszenie mniej więcej. Brrr… Na otwartej przestrzeni nie ma ich dużo, ale w lesie… Pedałujemy w związku z tym wyjątkowo szybko. Koło tabliczki Czerwone Bagna jakoś zgodnie przejeżdżamy bez przystanku i mkniemy dalej. Aż tu droga dla rowerów się kończy. Zakaz jazdy rowerem się pojawia. Aha, czyli warunki ekstremalne. OK., z ważącą ze 30 kg przyczepką mąż nie zamierza zgrywać chojraka. Czyli co – wracamy?

W sumie nie było źle, dziewczyny się wyspały, nastroje dopisują, mnie żaden bąk nie dziabnął. Teraz jakiś mały obiadek, wymiana opowieści ze znajomymi, którzy wybrali się na pieszą wycieczkę.

Druga wycieczka nad jezioro. Jupi, ale będzie fajnie!!! Jedziemy przez piękne wioski, w sumie podobnie, jak u nas, ale nie będę narzekać. No dobra, trochę inaczej. Jest tu masa traktorów. Błyszczących i nowoczesnych. Prawdziwa wieś. I mnóstwo krów. W końcu to polskie zagłębie mleczarskie. A u nas – co to za wieś? Jedyna krowa poszła pod nóż ze 3 lata temu. Ziemię uprawia chyba tylko jeden chłop. Taka trochę oszukana mazowiecka wieś. Nie to, co tu. Tak więc suszę zęby i pedałuję.

Wysiadamy nad jeziorem. Bosko!!! Mąż zaraz wskakuje do wody, ja rozkładam kocyk i już cieszę się na przemiłe popołudnie. Oho, włącza się syrena… A było tak pięknie… Niestety syrena pokazuje, że boli ją ucho. Poważna sprawa, już wiem, że z sielanki nad jeziorem nici. Tata wychodzi z wody i też już to wie. Na sygnale pakujemy się i pędzimy z powrotem. Po drodze próbujemy złapać naszego pediatrę, ale akurat przyjmuje pacjentów i nie może rozmawiać. W naszym pensjonacie pytamy o lekarza. Jest gdzieś tam NFZ, pędzimy, akurat mają zamykać, a to piątek. Lekarz mierzy temperaturę, zagląda w otwory w głowie Mili, kiwa głową i mówi, że bardzo mu przykro, ale musi przepisać antybiotyk. Tyle dobrego, że po podaniu leku oraz czopka Mila jest jak nowa: zadowolona, aktywna i śladu nie ma po wszelkich nieszczęściach. OK., jakoś to będzie.


Wracamy na bazę. Ufff, nalejcie mi szybko piwa.






Brak komentarzy: