wtorek, 8 kwietnia 2014

Radość o poranku

Od jakiegoś czasu planowałam napisać post o plusach i minusach mieszkania na wsi. Jakoś mi natomiast słabo szło z tymi minusami, w związku z czym tekst czeka w wersjach roboczych. Co by jednak obiektywnie było i nie, że tylko sielanka na tej wsi, nie?



Jednym z minusów na mojej wiejskiej liście - taki sneak peek - jest fatalna jakość dróg. Te asfaltowe pełne są dziur, pobocza brak (o chodnikach nie wspominam!), zaś drogi nieutwardzone, którymi też trzeba się poruszać, to już dziurska takie, że jak na jesieni musiałam prostować felgi - z powodu tych dziur właśnie - to pan się za głowę łapał.

Taki crossowy tor prowadził m.in. do przedszkola Mili. Niby tylko kilkaset metrów, ale dwa razy dziennie myślałam o tych moich felgach. ProwadziŁ, bo dziś rano skręcam i tradycyjnie zwalniam do tempa ślimaka, a tam GŁADZIUTKO!!! Wyrównane, utwardzone, no lux malina po prostu!!! Tak mnie to doskonale nastroiło, że uśmiech do teraz nie schodzi mi z ust. Swoją drogą jak to niewiele czasem potrzeba do szczęścia.

Wróciłam do domu, usiadłam na tarasie z kawą i pomyślałam, że o minusach wsiowych to napiszę kiedy indziej. Dziś tylko o plusach!

Słońce przygrzewa, wystawiam moją bladą po zimie twarz (kurcze, chyba w kremie na dzień jest filtr UV), zdejmuję bezrękawnik, podwijam rękawy. Bosko, ciepło, dobrze. Nareszcie. Nie mogę nacieszyć oczu widokiem. Uwielbiam tu żyć! Wszystko mnie cieszy! Każdego dnia wegetacja jest o krok dalej. Kolejne przyrosty na sosnach, które zeszłej wiosny Mąż przyniósł z łąki. Pączki na jabłoni, które po dzisiejszym upale na bank w końcu pękną. Ściana lasu, która z dnia na dzień zmienia kolor z burej na zieloną. I ten śpiew ptaków! Mam masę książek, mam lornetkę i parę gatunków nawet rozpoznam, ale odgłosy to dla mnie nadal tajemnica. A słychać teraz dużo. Wszyscy się cieszą i myślą o założeniu rodziny, więc wiadomo, że od rana do wieczora trwa muzyczny festiwal.








Dziewczynom też się tu chyba podoba. Większość dnia w ogrodzie. Weszliśmy w ten boski etap, kiedy zaczynają coraz więcej bawić się razem i nie potrzebują już non stop naszych animacji. Najchętniej nagrywałabym je w takich momentach: Mila tak śmiesznie się mądrzy i opiekuje Niną. 

I jeszcze nowa atrakcja ogrodowa: ognisko. Broniłam się przed tym, jakoś szkoda mi było na to miejsca, trawy, nie wiem, czego jeszcze. Mamy przecież superancki kominek zewnętrzny na zadaszonym tarasie. Tam w lecie grillujemy. Ale ognisko jest super. Ognisko to ognisko.






Warto nadmienić, że te kolorowe krzesełko-leżaki, na których siedzą dziewczyny, mają co najmniej trzydzieści parę lat. Na pewno korzystałam z nich w mojej maleńkości ja, a może i mój starszy brat. Kiedyś to się produkowało rzeczy, nie? :-P

Mieszkamy w idealnym miejscu. A to dopiero początek wiosny. Całe przepiękne miesiące przed nami, aaach... Wybaczcie, może trochę nudzę o niczym dziś, ale jestem na maksa rozanielona i uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Miłego dnia!

P.S.
A tu jeszcze rozanielona ja :)



Brak komentarzy: