poniedziałek, 9 września 2013

Ona ma kota...

Czy ja już mówiłam, że mam kota? A w zasadzie dwa koty. Kota i kotkę.


Kot nr 1: Baltazar.



Tej wiosny skończył 7 lat, przez pierwszą połowę swojego życia był kotem mieszkaniowym. Mieszkał z nami w Warszawie, w kamienicy na Mokotowie. Baltazar zachowuje się, jak arystokrata, choć pochodzenie ma raczej plebejskie. 

Oto Baltazar parę dni po urodzeniu. To ten cwaniak z niebieskimi oczami. Był pierwszy w miocie i do dziś mu zostało, że taki do przodu zawsze.



Początki były trudne. Pierwszą noc wspominam fatalnie. Pomyślałam sobie wtedy: chyba podobnie jest, jak się ma dziecko. Noc nieprzespana, bo mały kociak też spał niewiele, a jak już usypiał, to się zaraz budził, miauczał przeraźliwie – pewnie tęsknił do mamy. Łaził nam po głowach, spadał z łóżka, jak spadł, to miauczał, żeby go wziąć z powrotem. Oj, działo się. Jak sobie teraz przeglądam filmiki z nim, to stwierdzam, że taki mały kotek na początku wymaga znacznie więcej zachodu, niż małe dziecko. Serio. 


Baltazar na Mokotowie nie miał żadnego terytorium łowieckiego, czasem tylko zapuszczał się na spacery po klatce schodowej, ale różnie się to kończyło, więc nie wypuszczaliśmy go często. Miał za to mikro wybieg na parapecie.


Wiódł więc sobie spokojne, nudne życie w mieście, nie wiedząc, co to prawdziwe emocje, choć oczywiście wydawało mu się, że wie.



Po przeprowadzce na wieś po dłuższym czasie dopiero się odnalazł, nie tak szybko był kozakiem wsiowym. Ze dwa lata temu udało mi się uwiecznić naszego dzielnego kota z pierwszą samodzielnie upolowaną myszą!!!


Niestety Baltazar do dziś nie może zrozumieć, że myszy po upolowaniu się zjada. Albo przynajmniej uśmierca. Tymczasem on je przynosi do domu i... puszcza wolno. Kończy się na tym, że to ja latam za nimi po całym domu i łapię. Czy o to chodzi w posiadaniu kota na wsi - ja się pytam?!?

I tym sposobem doszliśmy do super łownego kota, czyli...

Kot nr 2: Cyganka



Cyganka jest stąd. Czyli ze wsi. Była tu przed nami. My się wprowadziliśmy i ona nas wybrała. To znaczy nasz dom wybrała. Spodobał się jej, pomyślała "O, tu mogłabym mieszkać". Przeprowadzaliśmy się pod koniec marca. Było już ciepło i ładnie, ale akurat tego wieczora sypnął śnieg. Totalna śnieżyca, ledwie na tę naszą wieś z Warszawy dwoma wyładowanymi ostatnimi rzeczami samochodami dojechaliśmy. Wiadomo, jak to jest w nowym miejscu - trochę nieswojo, nie można uwierzyć, że się w końcu udało. Robi się kolację, otwiera się wino. I tak siedzieliśmy sobie przy stole w kuchni szczęśliwi, okna zaśnieżone. I zawału mało co nie dostałam, bo widzę, że mnie oczy obserwują. Na parapecie w tym śniegu siedzi biały kot.... To była ona. Pojawiała się codziennie, pięknie miauczała, łasiła się. No przesłodka była. Ja nie planowałam powiększenia kociej populacji, ale mąż się dał bardzo szybko złamać. Karmił ją i przypuszczam, że wpuszczał na salony pod moją nieobecność. Bardzo szybko poczuła się, jak u siebie, zaczęła wylegiwać się na kanapie etc. Stąd to imię. Jak Cyganka tu wlazła i się zadomowiła. 

Dość szybko okazało się, skąd ten pośpiech. Otóż Cyganka była przy nadziei. Dzieci powiła - słowo daję - u nas na kanapie. Nie będę teraz wchodzić w szczegóły - dłuższa opowieść. Urodziły się cztery słodkie kocięta.







Wspólnie z Cyganką je odchowałyśmy, a ja znalazłam im domy. 

Teraz mamy znowu dwa koty i chociaż raz na wycieczce rowerowej ślicznego rudaska spotkaliśmy i mąż już go chciał pakować i zabierać do domu, ja jestem twarda. Dwoje dzieci i dwa koty wystarczą. I tak jest śmiesznie.

Kot poza łowieniem myszy (uwaga: nie każdy) może się też przydać do: pilnowania dzieci, zabawiania dzieci....




... oraz bezsprzecznie do ozdoby wnętrz lub ogrodów:





Brak komentarzy: