środa, 26 lutego 2014

Rok temu. Wycieczka do przeszłości. Część 1.

Follow my blog with Bloglovin
Coś mnie ostatnio nachodzi, żeby sprawdzać w archiwach zdjęciowych, co też takiego robiłam dokładnie rok temu. Bardzo to są miłe wspomnienia przeważnie. Wiadomo – przy niemiłych albo nijakich realiach aparat czy ajfon są schowane i rzeczywistości nie rejestrują.





















Zaglądam dziś i co widzę w lutym 2013? DAHAB! Kocham to miejsce! Kto był choć raz, wie, o czym mówię. Dahab to Egipt, ale nie taki, jak kurorty Sharm el Sheikh czy Hurghada. To klimatyczna osada, gdzie życie skupia się przy promenadzie wzdłuż morza (gdzie mamy knajpę za knajpą) oraz na równoległych dwóch ulicach, mniej turystycznych, a bardziej "tubylczych". 

Do Dahab trafiliśmy parę lat temu jako nurkowie. Każdy nurek prędzej czy później trafia do Dahab. Jak wiadomo, Morze Czerwone to czołówka miejsc nurkowych na świecie. 












No dobrze, ale nurkowanie to temat na osobny post, więc tym razem tylko o samym miejscu. Komu, poza nurkami, spodoba się w Dahab? Temu, kto lubi dobrze zjeść w niezbyt zobowiązującym otoczeniu, np. siedząc na kolorowych poduchach w knajpce na samej plaży, a po posiłku wypalić aromatyczną sziszę. Temu, kto marzy o słońcu i cieple, kiedy u nas jesień/ zima/ wiosna. 



















Z pewnością też temu, kto doceni – jak ja – piękno egipskiej architektury i uroki tamtejszej motoryzacji ;)   

























Dahab to moje miejsce. Byłam tam niezliczoną ilość razy. Na najlepszych nurkach w życiu (no, może jednak nurkowania na safari nurkowym równają się pięknem i emocjami), na chill oucie, w jednej i drugiej ciąży (oszczędzę Wam zdjęć, ale dokumentacja jest), z dziećmi. Jadałam w restauracjach lepszych i gorszych, jadałam na ulicy tam, gdzie żywią się tubylcy. Polecam i jeszcze raz polecam! I boleję nad tym, że sytuacja w Egipcie niestabilna ostatnio. Gdyby nie to, aktualnie pisałabym do Was, siedząc na jednej z tych kolorowych poduch nad samym brzegiem morza.

Brak komentarzy: