środa, 5 marca 2014

Rok temu. Wycieczka do przeszłości. Część 2.

Trochę tu oszukałam, bo nie rok, ale trzy lata temu...

Byłam w szpitalu. Nie sama. Z nią. Z moją pierwszą dopiero co urodzoną córką. Przerażona - bo poród był trudny i Mila miała poważne problemy na starcie. Wszystko docierało do mnie jak przez szklaną szybę. Po jakimś czasie dopiero zobaczyłam, że byłam tam wręcz sparaliżowana. Nie będę więcej o tym pisać. Ani specjalnie lubię to wspominać, ani nie chcę tu robić ckliwych opisów tego, co się działo. Grunt, że mój maluch dał sobie ze wszystkim radę, a my wraz z nią.



Jednak gdy minęło to odrętwienie, pojawiło się przeogromne szczęście. Nie będę ukrywać, że jako rodzice pierwszego dziecka na początku radziliśmy sobie różnie, ale każdy, kto ma dziecko wie, jak szybko nabywa się umiejętności kąpania, przewijania, ubierania etc.










W ostatnią niedzielę Mila skończyła 3 lata. Wraz z nią dostaliśmy (ja i mąż) życzenia i my. Te 3 lata temu my też narodziliśmy się na nowo. Jako rodzice. Rodzicielstwo dało nam tyleż samo radości, satysfakcji i dumy, co złości, łez i zmęczenia. I to jest piękne. Kocham to. Kocham być rodzicem. I mimo, że znowu mam za sobą średnio przespaną noc, a Mila zrobiła scenę o 6 rano, bo nie chciała ani spać, ani leżeć, ani wstać, ani siedzieć, zaś Nina znowu ząbkuje, to nie oddam mojego macierzyństwa za nic na świecie.

Najlepsze jeszcze przed nami. Nie przejmuję się tym, że "małe dzieci - mały problem, duże dzieci - duży problem". Bo coraz większa jest też radość, jaką dzieci dają. Jestem gotowa na dalsze bunty, przyszłe perypetie nastolatków i trudne wybory życiowe mojej młodzieży.

Czytaj też: Rok temu. Wycieczka do przeszłości. Część 1.







Brak komentarzy: