wtorek, 18 lutego 2014

Rozważania medialne

Pamiętacie mem krążący na początku roku po internetach: "Taki będzie rok 2014 w mediach"? Święta racja, wszystko można rozpisać z góry. Dlatego m.in. ja większości mediów od lat nie używam.




Z telewizorem rozstałam się ostatecznie ze 13 lat temu, wyprowadzając się od rodziców. Zamieszkałam w wynajętym mieszkaniu na Mokotowie z moim ówczesnym chłopakiem (obecnie mężem) i nawet do głowy nam nie przyszło, żeby nabyć TV. Słowo daję: nigdy od tamtego czasu nie zatęskniłam za tym sprzętem. Mało tego – ile razy jestem u znajomych, zdarza mi się zerknąć, co leci, nawet zrobić przegląda wszystkich kanałów i – no jasna cholera – każdorazowo utwierdzam się w przekonaniu, że to śmietnik totalny jest. OK – powiecie. A programy przyrodnicze? Naukowe? Może tak. Ale też nikt tego chyba nie ogląda non stop? Ekonomiczne? Dziękuję. Polityka? Brzydzę się i zupełnie ignoruję tę sferę życia. Wiem, kto jest w tym kraju premierem i prezydentem. Wiele więcej nie. Wcale się tego nie wstydzę. Znacznie cenniejsza jest dla mnie wiedza na temat funkcjonowania ludzkich nerek czy też cyklu rozwojowego tasiemca uzbrojonego, którą posiadam. Na co dzień znacznie praktyczniejsza.

Ale przyznam się, że raz na jakiś czas ogarnia mnie mini głód informacji. Newsów. Coś więcej, niż w wiadomościach w radio. Idąc za tym głodem, jakiś czas temu zalajkowałam fanpage TVN24. Taki nowoczesny serwis informacyjny, no polskie BBC po prostu. I co? No rzesz kurde! To jest tabloid jakiś!!! "Drastyczne doniesienia z ostatniej chwili!", "Niespodziewane narodziny. Czworaczki zamiast trojaczków!", "Dalszy ciąg tragicznej historii Szwedki, sparaliżowanej po nieudanej operacji powiększenia piersi", "Złodziej wczołgał się do sklepu jubilerskiego i... utknął", "Pan Mariusz zobaczył dwóch mężczyzn pijących w samochodzie piwo. Zareagował natychmiast i nigdzie nie odjechali", "Zabił partnerkę, bo za głośno chrapała". I tak dalej... No give me a break! Dla kogo to jest???

Dobra, zaryzykuję i dla porównania kupię Superaka albo Fakt. Ale aż się boję iść do sklepu i to kupić... Może pójdę do jakiegoś, gdzie mnie nie znają... :-/

Albo popatrzę na www. Co my tu mamy... Trynkiewicz. Rozenek i Majdan. Natalia Siwiec. Światowy Dzień Kota. Waśniewska czyta w celi akta. Kijów znowu płonie. "SZOK. Kamil Stoch straci medale?" Albo: "Modowa wpadka księżnej Kate". "Seks w Soczi". "Szokujący wyrok sądu w USA", "Wstrząsająca zbrodnia". Widzicie różnicę w headline'ach? Ja nie bardzo... I dziękuję bardzo.

W lecie zeszłego roku, kiedy zaczęłam pisać bloga, wsiąkłam mocno w blogosferę. Zafascynowana nią, uznałam, że wiele osób ma sporo ciekawego do powiedzenia i pokazania. Mam paru ulubionych autorów (nie będę ich teraz wymieniać, ale w zasadzie mogę napisać kiedyś o tych, których odwiedzam regularnie i cenię). Z drugiej strony nie starcza mi czasu na codzienne śledzenie wszystkich blogów. Przyzwoity bloger pisze często, co 2-3 dni (nie tak, jak ja). Baaa, nawet codziennie. Brakuje mi czasu na czytanie wszystkiego niestety.

Jest też facebook i fanpage ulubionych blogerów, firm, portali. Na początku pisałam, że mediów nie używam. Tradycyjnych. Bo społecznościowe owszem i – ostatnio odnoszę takie wrażenie – w nadmiarze. Na fb mam dwa profile. Prywatny i "blogowy". Na prywatnym mam 84 znajomych. Nie bratam się wszystkimi, których kiedyś dawno widziałam, spotkałam na imprezie, chodziłam do podstawówki, poznałam na wakacjach. Nie ma tam nikogo z mojej pracy. W fabryce wyjątkowo pilnie strzegłam swej prywatności. Im wyżej byłam w korpo hierarchii, tym mniej chciałam, żeby ktoś wiedział, że mam w sobotę rano kaca, gdzie bawię się na wakacjach albo jaki mam widok z okna. Jednocześnie "udzielam się" na fb. Lajkuję, co mi się podoba, komentuję, jeśli coś wzbudzi moje emocje. Nie bardzo rozumiem funkcjonowanie tu wyłącznie jako widz, nie wchodzący w żadne interakcje. Ale Michał Górecki (btw to jeden z moich "ulubionych") ma teorię „1/9/90″. Ta teoria mówi, że tylko 1% osób aktywnie tworzy treści w internecie, 9% angażuje się w nie – lajkuje, komentuje, szeruje, a aż 90% po prostu patrzy. Czyli żaden to znowu ewenement. O ile teoria jest bliska prawdzie, ale wydaje się, że coś w tym jest.

Wracając do social media: poza profilem prywatnym jest też fanpage Nudy nie ma. Tu z kolei mam zalajkowane blogi/ blogerów, których lubię oraz strony typu: moda, wnętrza, design, architektura etc. Ale nie blogi z tą tematyką. Nie interesują mnie na przykład blogerki modowe. Żeby poznać trendy sięgam od czasu do czasu po Vogue (wspominałam o tym TU).

W każdym razie od jakiegoś czasu mam przesyt. Za dużo tego. Z jednej strony chcę trzymać rękę na pulsie blogosfery i sfer, które mnie interesują, z drugiej jednak muszę chyba zrobić poważną selekcję tego, co "lubię". Dziś ciuszki szare, jutro pastelowe. Pokoik córeczki, relacja w urodzin synka. Zapraszamy do naszego nowego sklepu. Wiosenna kolekcja już się szyje. I takie tam. Stop, za dużo.

W końcu przesycona fb wpadłam w kolejny nałóg: Instagram... Wydał mi się wyjątkowo świeży i otwierający okno na świat. Nie musisz kogoś znać, żeby go obserwować. Sieć "znajomości" jest dużo mniej zobowiązująca, niż na facebook. I do tego te zdjęcia! Jest tyle GENIALNYCH!!! I to robionych smartfonem. Przy Instagramie odpadam :)

Kończę więc te rozważania i wrzucam coś na Insta.

P.S. Przypominam, że mój nick to "megigp" :)



1 komentarz:

Lucy eS pisze...

mam podobne odczucia