poniedziałek, 18 listopada 2013

10 drobnych przyjemności


Było o rzeczach wkurzających KLIK, ale na szczęście życie pełne jest też przyjemności. W zasadzie jest ich więcej, ale dla równowagi trzymajmy się tu magicznej dziesiątki. Kolejność ponownie losowa.

1. Kocham dźwięk młynka do kawy w ekspresie. I zapach, który się chwilę potem unosi. W ogóle uwielbiam kawę. Najchętniej mocne, krótkie espresso, ale czasem lubię też sączyć mleczną piankę na macchiato. Ale to po espresso właśnie można poznać dobrą kawę. I ekspres. Gdyby nie pobudzające właściwości kawy, piłabym ją od rana do wieczora, a tak pozwalam sobie na dwie dziennie. No, w sytuacjach kryzysowych trzy. Co mi przypomina, że kawa się kończy, więc trzeba dziś koniecznie kupić, aaaa!

2. Jesienne liście wirujące przed jadącym samochodem. Już o tym chyba wspominałam TU. Ale serio to lubię. Już ich niewiele, ale pomyślałam, że szybko wrzucę na listę. Zasadniczo jest to sezonowa drobna przyjemność, więc wypadałoby dodać analogiczne dotyczące innych pór roku. A proszę bardzo. Wiosna: pierwsze ciepłe promienie słońca na twarzy, podczas ekspozycji na leżaku na tarasie. Prawdopodobnie jestem wtedy ubrana w koc/ śpiwór/ przynajmniej puchówkę, ale i tak jest pięknie. Lato: hmm, znowu słońce. Wylegiwanie się na kocu na trawie i słodkie nicnierobienie. Czasem też tak trzeba. Zima: skrzypienie śniegu pod butami. Tak, to jest miłe. Kiedyś szczerze nie lubiłam zimy, ale od kiedy mieszkam na wsi, doceniam i tę porę roku. Potrafi być piękna. Na przykład tym skrzypieniem właśnie. Albo jeszcze… Albo nie, nie będę się teraz rozpisywać, wszak zima lada moment i będzie czas na zachwyty.

3. Audycja Ranne Kakao na Roxy. Też już o tym wspominałam TU. Aktualnie słucham tylko 20 minut, czyli podczas kursu z Milą do przedszkola i z powrotem. Kiedyś Tymon i Kędzior towarzyszyli mi w całej drodze samochodem do korpo, czyli minimum godzinę, dbając o mój dobry nastrój. Przynajmniej przy przekraczaniu progu firmy, dalej było już różnie ;) Uwielbiam chłopaków. Ich absurdalny humor, muzę, którą puszczają. Ostatnio często mają ciekawych gości. Nie jestem może fanką wszystkich żartów, ale większość mnie śmieszy. 

4. Nowy numer Vogue Paris w rękach. Mam kuzyna pilota, lata często do Paryża i mi stamtąd przywozi. Co za bezsens – powiecie – przecież można sobie w Empiku kupić! A można, pewnie. Ale dla mnie jest magia właśnie w tym „oryginalnym”, kupionym na lotnisku De Gaulle’a. Poza tym w Empiku kosztuje on ze dwa razy więcej, a przy ilości, jaką mam w kolekcji to  jest spora oszczędność. Believe me. No więc siadam sobie ja z tym Vogue’iem na kanapie, z kawą oczywiście, i leniwie zaczynam przeglądanie. Taaak, lubię to. Znajomi wiedzą, że jak się zagranicę wybierają (szczególnie Włochy i Hiszpania, ale nie wzgardzę żadną edycją), to najlepszy souvenir dla mnie to Vogue właśnie. Więc polecam się i Wam! ;)

5. Kolejna grzeszna przyjemność do pedicure w pozycji leżącej. Jak jeszcze pracowałam w Wwie, byłam stałą klientką Hair&Nail Concept. Szczerze polecam, to zdecydowanie najlepszy i najbardziej profesjonalny salon mani/ pedi, w jakim byłam. KLIK Bardzo dobrze wygląda, robią świetną kawę, panie są miłe i tak samo ubrane, nie puszczają tam komercyjnego radia, mają Vivę, Galę, Party i wszystko, co potrzebne do czytania przy takiej usłudze. Achaa, i robią super pedicure! ;) I to na boskich po prostu fotelach masujących!!! Tęsknię za nimi, ale co zrobić – nie poświęcę 3,5h na zrobienie sobie paznokci! Tyle to zajmuje z kursem do/ z Wwy. Trudno, przestawiłam się na salon w sąsiedniej wsi. Daleko mu do powyższego, jeśli chodzi o design wnętrza i poziom obsługi klienta (za to poziomowi usługi samej w sobie nie mam nic do zarzucenia), ale za to pedicure wykonuje się tam na leżąco! Aaaa, kocham to! Ostatnio tak mi było dobrze, że prawie co mi Gala wypadła z ręki i niemal usnęłam!

6. Tu nie będę (znowu?) zbyt oryginalna: lubię słuchać głośnej muzyki w samochodzie. Oczywiście jadąc sama. Uszu dzieci szkoda, a mąż ma często inne zapatrywania na to, co puszczam.

7. Uwielbiam ten moment, kiedy przyjeżdżam po Milę do przedszkola i zaglądam ostrożnie do sali. Lubię patrzeć niezauważona, co robi, jak się zachowuje. Zawsze mnie to rozczula. Zwykle trwa to parę - paręnaście sekund, bo zaraz jeśli nie ona, to któreś dzieci mnie zauważy i krzyczy: „Milenkaaaaa, twoja mamaaaa!”

8. I znowu motoryzacyjnie. Uwielbiam taki jeden kawałek drogi. Z Zalesia Górnego do Wwy (przez Pilawę). Ma zaledwie koło 3 km, ale kocham tamtędy jeździć. Droga przez las, trochę zakrętów. Pięknie o każdej porze roku! Najgorsze, co może mnie tam spotkać, to wlec się za jakimś maruderem. Bo wyprzedzić nie wszędzie się da. Acha, ten punkt łączy się często z szóstym.

9. Bardzo lubię też moment startu samolotu. Ten ryk silników, ta moc i prędkość, a wreszcie oderwanie się od ziemi. Postrzegam to jako przyjemne fizycznie, ale może też jest to kwestia w mojej podświadomości. Zawsze przed podróżą bardzo się denerwuję. Wydaje mi się, że kiedyś tak nie miałam, ale wiadomo – człowiek się zmienia (żeby nie powiedzieć, że starzeje). W każdym razie martwię się, że czegoś zapomnę, jak ja sobie poradzę z tym całym majdanem przy odprawie, że dzieci źle zniosą podróż, że będziemy mieć nadbagaż, itd. Więc jak już odrywamy się od ziemi, to znaczy, że z połowa tych problemów jest nieaktualna.

10. To graniczy trochę z nałogiem, ale muszę się przyznać, że byłabym w stanie wydać KAŻDE pieniądze w Empiku. Wchodzę tak się tylko poszwendać między regałami i zobaczyć, co tam nowego. I nie wiem, jak to jest, ale raptem dziesiątki książek wydają mi się niezwykle interesujące. Z muzyką i filmami tak raczej nie mam, bo tu dokładnie wiem, czego szukam. Od bankructwa ratuje mnie to, że przeważnie daję sobie po łapach i tłumaczę, że zamawiając online płacę taniej i potem oczywiście nie zamawiam tego wszystkiego, co w realu zgarnęłabym z półek.

Takie to właśnie przyszły mi do głowy drobne przyjemności. Banalne? Ale jakie proste i miłe. I nie trzeba od razu na Karaiby lecieć.

Brak komentarzy: