czwartek, 5 listopada 2015

Moja listopadowa Wishlista

Szczerze mówiąc, zawsze lubiłam oglądać listy marzeń ulubionych blogerów. Często udawało mi się podpatrzeć coś ciekawego, poznawałam jakąś nową markę. Ponieważ przed świętami zapytana przez męża, co bym chciała dostać od Mikołaja, niejednokrotnie nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć, od jakiegoś czasu tworzę sobie przez cały rok takie listy marzeń i potem jest z czego wybierać ;-)




Oczywiście to też lista dla mnie. Przecież samemu też trzeba się rozpieszczać raz na jakiś czas. Więc jeśli dojdę do wniosku, że właśnie zasłużyłam na jakąś nagrodę, mam świetną ściągawkę pod ręką.


Rzecz jasna listy takie mają swoją sezonowość. W maju myślę o nowym bikini na nadchodzący sezon, wczesną jesienią nie potrafię przejść obojętnie obok stoisk z szalami, czapkami i rękawiczkami w moich ulubionych sklepach, ale takie rzeczy, jak biżuteria czy perfumy są przecież potrzebne cały rok.

Ale dość bla bla, każdy wie, co to wishlist. Przedstawiam Wam moją jesienną listę marzeń. Do świątecznej raczej coś jeszcze dorzucę. Pomarzyć fajna rzecz, nie?

Ponieważ listopad jest dla nas póki co łaskawy pogodowo, nie zamierzam przedwcześnie wskakiwać w puchówkę. Natomiast od lat marzę o idealnej czarnej skórzanej klasycznej kurtce, ale jak wiadomo - ideał jest trudny do znalezienia. Przeważnie - przynajmniej wg mojego doświadczenia - coś wygląda ładnie na zdjęciu lub wieszaku, zaś po przymierzeniu okazuje się niewypałem. W Mango często widywałam skórzane kurtki, ale swojej tam jeszcze nie znalazłam. Ta na zdjęciu wygląda nieźle, więc dam jej chyba szansę w sklepie.

Szyję lubię mieć porządnie otuloną, chętnie czymś wielkim. Do mojej nowej skóry dobrałabym taką miękką apaszkę z Zary.

Skoro lecimy po akcesoriach, nie może tu zabraknąć torby. Temat jest w moim przypadku o tyle szczęśliwy, że nie dotyka mnie częsta kobieca choroba nałogowego kupowania toreb w dużych ilościach. Po pierwsze nie cierpię przenoszenia się z jednej torby do drugiej. W każdej torbie kryje się masa rzeczy (i to mimo, że ja używam aktualnie raczej małych formatów), przy przeprowadzce zawsze nie przeniosę wszystkiego, bo przecież te wszystkie duperele nie są codziennie potrzebne, nie? I zawsze, ale to absolutnie zawsze, okazuje się, że jednak są. A to akurat nie przełożyłam jednego z dwóch ulubionych błyszczyków i akurat danego dnia tylko ten nieprzełożony pasuje. A to nie pakuję wizytownika, bo przecież - od kiedy nie męczę się w korpo - już nie codziennie spotykam osoby, którym wręczam wizytówkę. Ale oczywiście okazuje się, że akurat w dniu, w którym szpanuję nową torebką, spotykam kogoś, komu koniecznie chcę się pochwalić moim biznesem. I tak dalej. Tak więc rozumiecie: aby te kłopotliwe przeprowadzki ograniczyć do minimum, po prostu rzadko zmieniam torby i jestem przez to bogatsza o parę złotych. Drugi powód to fakt, że od kiedy mam dzieci, noszę torby typu listonoszka - takie przewieszane przez całe ciało, aby mieć dwie ręce wolne. Wiadomo - dzieci, zakupy etc. Był krótki etap toreb ogromniastych, które musiały pomieścić pieluszki, mokre chusteczki, kremik do pupki, ubranka na zmianę, mleczko, jabłuszko, zabaweczki, ale ufff... mam go już za sobą. Więc wracając do listonoszek - nie ma wielkiego wyboru na rynku - ten typ jest wg mnie traktowany przez projektantów po macoszemu. I całe szczęście dla mojego portfela.

Ale to, że torebki rzadko kupuję, nie zmienia faktu, że wiem, co się dzieje na rynku i że wzdycham do wielu. Mam na oku dwie firmy, które robią rzeczy naprawdę boskie i gdybym miała wybrać coś od nich, to miałabym problem z decyzją. Pierwsza z nich to Przywara-Strzałka. Te torebki są tak piękne, że chyba szkoda by mi było je nosić ;-) Minimalistyczne do bólu, do tego cudownie dopracowane, perfekcyjne detale. Spójrzcie na stronę, poza torebkami są też inne akcesoria. Ja na przykład szaleję jeszcze za wizytownikiem. Co ciekawe, torebki projektuje i szyje Monika, która kontynuuje pasję swojego dziadka, tworząc dziś torby we własnej pracowni, dwa piętra nad warsztatem dziadka. Uwielbiam takie historie!

Moja druga skórzana miłość to holenderska Keecie. Ich torebki i portfele to również bardzo minimalistyczne formy, tak minimalistyczne, że nie mają podszewek, za to w środku znajdują się nadruki. Marzenie!

Niby błyskotek nigdy za dużo, ale muszę stwierdzić, że od czasu rozwodu z korpo zadowalam się starymi zapasami i z rzadka tylko przybywa mi coś nowego, przeważnie jako prezent od męża. W moich zbiorach króluje srebro i białe złoto, ale przyznaję, że od dawna chodzi mi po głowie złoto w "tradycyjnym" kolorze. Może się starzeję ;-) W mojej ulubionej firmie z bling-bling (gdzie indziej w zasadzie nie kupuję) wypatrzyłam dwa pierścionki. Złoto w zestawieniu z czarną ceramiką - wydaje mi się, że to bezpieczne wprowadzenie do tematu gold. 

Na perfumy też zawsze jest zapotrzebowanie u mnie. Lubię mieć kilka flakonów na raz, często w różnych porach dnia używam różnych zapachów. Przyznaję, że przy wyborze kieruję się najpierw wyglądem butelki... Serio. Plus całym wizerunkiem: jak wygląda reklama, ewentualnie jaka celebrytka w niej występuje. Nie wyobrażam sobie używania perfum, które mają butelkę nie w moim guście albo reklama kierowana jest do zupełniej innej kobiety, niż ja (albo taka, jaką chciałabym być). Może przez to omija mnie wiele zapachów, ale już tak mam. W perfumerii wącham to, co ładnie wygląda. 

Jesienią chętnie sięgam po wszelkie pięknie wydane albumy. Mój wybór na listopad-grudzień 2015 to ta pozycja. Pana Mario Testino lubię bardzo. Nawet specjalnie dla niego pojechałam w lecie do Berlina, aby obejrzeć jego wystawę In your face. Z resztą jakoś bardzo mnie trzeba było namawiać, bo Berlin kocham. Kate Moss zaś... hmm, jakiego słowa użyć...? Ooo, właśnie widzę, że w jednym z poprzednich tekstów, gdzie o niej wspominałam, użyłam słowa "uwielbiam"... No dobra, jest gwiazdą i jest absolutnie cool. Uwielbiam :-))

Ha! Pod siódemką zobaczycie dwa moje plakaty. Dokładnie taki duet wisiał kiedyś u mnie nad stołem w gabinecie. Te dwie grafiki komponują się według mnie bardzo dobrze razem. Tak dobrze, że jak zabrałam je kiedyś na targi, to zostały kupione dość szybko. Obie, przez tę samą osobę. Od tego czasu odczuwam ich brak, tym bardziej, że obydwa hasła należą do moich dewiz. Muszę je więc ponownie dla siebie wydrukować :-)

Jeśli chodzi o wnętrza, to nie jestem osobą, która często zmienia coś w  aranżacji swojej przestrzeni. Z niezrozumieniem, ale i pewnym podziwem podglądam na Instagramie dziewczyny, które dosłownie co parę tygodni robią przemeblowania! Nie bardzo wiem, z czego wynika u mnie ta niechęć do zmian. Może po prostu jestem zadowolona z tego, jak parę lat temu urządziliśmy dom i nie mam wielkiej potrzeby modyfikowania tego. Oczywiście pojawiają się nowe dodatki, ale i tak mam wrażenie, że relatywnie niewiele w porównaniu z moimi Instakoleżankami ;-) Jednak raz na jakiś czas coś tak bardzo wpadnie mi w oko, że po prostu chcę to mieć i tyle. Tak było z tym dywanem. Zobaczyłam go na jakimś blogu niedawno i z zaskoczeniem odkryłam, że pochodzi z oferty popularnego sklepu z dywanami i wykładzinami. Bardzo jestem ciekawa, jak prezentuje się na żywo. Bo na zdjęciach to dla mnie bomba!

Odejdę na chwilę od tematów wnętrzarskich. Na każdej mojej wishliście, niezależnie od pory roku i okazji, znajdą się w pewnością kosmetyki Tołpa. Kocham, uwielbiam, innych już prawie nie używam. Przyjmę wszystko. Kremy do twarzy, toniki, płyny micelarne, balsamy do ciała i do stóp. Kocham za filozofię, absolutnie piękne opakowania, skład, zapach.

Pisząc o zapachach jesienią nie mogę nie wspomnieć o świecach zapachowych. Cały rok je ignoruję, ale jesienią serio zaczynam ich szukać w sklepach. Ktoś mi kiedyś tłumaczył, że drewniany knot to jakiś inny wymiar świecy jest, po prostu magia. Nie mam pojęcia o co chodzi, muszę spróbować! Ze świecą u mnie, jak z perfumami - musi ładnie wyglądać. Znalazłam taką. Opis zapachu też zachęcający. Chcę.

I ostatnie dwie pozycje na tej miłej liście. Kto mnie zna osobiście, bądź z Instagramu, wie, że kocham kawę. Dobrą kawę. Muszę być bardzo zdesperowana, aby wypić kawę instant albo "plujkę" zaparzaną w szklance. Pracując w korpo miałam do czynienia m.in. z dostawcami urządzeń dla gastronomii. Mimo, że to nie wynikało z potrzeb, niejednokrotnie z tymi od kawy spędzałam najwięcej czasu i chętnie bywałam na prezentacjach i testach ekspresów ;-) Gdy sto lat temu mieszkaliśmy z mężem w centrum Warszawy, nie stać nas było na ekspres, ale to nie stanowiło problemu, bo w kapciach niemalże można było chodzić do "W biegu Cafe" (ktoś pamięta jeszcze taką sieć??). Zaś gdy 6 lat temu wybudowaliśmy dom na wsi (kto tu nowy, to zapraszam na wpis sentymentalny tu i tu), wytrzymaliśmy bez ekspresu dokładnie jeden weekend. W drugi pojechaliśmy do sklepu i wróciliśmy z błyszczącym Krupsem. Służy on nam do dziś, ale albo się już wysłużył, albo nam się podniosła poprzeczka. Od miesięcy marzymy o profesjonalnym sprzęcie kolbowym, z osobnym żarnowym młynkiem i w wyniku researchu rynku by my husband wybór padł na to cudo. Zbieramy się do zakupu od września, myślę, że w najgorszym wypadku kupimy go sobie pod choinkę ;-)

Nie byłabym sobą, gdybym okazji zakupu nowego ekspresu nie wykorzystała do odświeżenia floty filiżanek do espresso. Uwielbiam gadżety Pantone Universe, posiadam na razie tylko case na iPhone'a i kubek. Filiżanki pięknie by się prezentowały z nowym ekspresem, ale przyjmę wszystko z tego sklepu :-P





1. Kurtka skórzana biker
2. Szal
3a i b. Torebki: ta i ta
4. Pierścionki: ten i ten
5. Perfumy
6. Album
7. Plakaty: ten i ten
8. Dywan
9. Kosmetyki
10. Świeca
11. Ekspres do kawy
12. Filiżanki do espresso

A Wy? Macie już pomysły na prezenty dla bliskich? A dla siebie?

P.S. 
Słyszałam, że w TK Maxx bywają gadżety Pantone. Kto widział? Kto mi kupi, jak coś zobaczy? ;-)))

Brak komentarzy: