poniedziałek, 15 lipca 2013

Nina śpi - do roboty!

OK., Nina usnęła. To fantastyczne, że jak przychodzi jej pora, to usypia dosłownie w 5 minut. Fakt, że mam świetną technikę usypiania: wożę ją w wózku przy domu, po płytach chodnikowych poprzedzielanych żwirkiem. Daje to takie miarowe podskoki, że kto by nie usnął!

No dobrze, czyli mam – w zależności od łaskawości córki – od godziny do dwóch dla siebie. Hmm, „dla siebie”….

Lista zadań: 1. Rozładować zmywarkę. 2. Wydepilować nogi. 3. Uprasować min. 1/3 tej góry ciuchów piętrzących się w pralni. 4. Podwiązać winogrona. 5. Zrobić listę zakupów. 6. Zamówić szarą tunikę (zapytać wcześniej D, czy na pewno nic nie chce z tego sklepu). 7. Umówić się na pedicure. 8. Zadzwonić do taty. 9. Zorientować się, gdzie w pobliżu jest fitness w środku dnia.  10. Zrelaksować się na leżaku z gazetą :)

Dobra, zaczynam od depilacji, bo i tak miałam to zrobić już wczoraj. Kiedy jedna noga jest już prawie cała łysa, dzwoni domofon. Kurier z przesyłka. No fajna ta sukienka dresówka! Oczywiście robię sobie fotkę i wysyłam na viberze do D. Przymierzę sobie jeszcze przy okazji te dwie sukienki, których dawno nie nosiłam i zobaczę, czy się jeszcze nadają. OK., mogą być, muszę o nich pamiętać przy następnym wyjściu.

Wracam po depilator. Po drodze wzrok pada na książkę „Sześć żon Henryka VIII”. Kupiłam ją – o rany – 17 lat temu! Do zeszłego tygodnia stała nieruszona na półce nad łóżkiem w moim „panieńskim” mieszkaniu na Ursynowie. Zabrałam ją ostatnio stamtąd pod wpływem serialu „Dynastia Tudorów”, który od jakiegoś czasu oglądamy co wieczór. Jak tylko dziewczyny usną, pędzimy na dół, otwieramy piwo/ wino/ gin z tonikiem i oglądamy po 2-3 odcinki. Totalny nałóg. Do tego stopnia, że jak się nam ostatnio jeden sezon skończył i nie mieliśmy kolejnych odcinków, to była niezła trzęsawka ;)

Muszę przyznać, że do tej pory hasło „serial” kojarzyło mi się z rodzimymi produkcjami typu „Klan” (ostatnio widziałam w czasach studenckich) albo „M jak miłość” (nie widziałam, bo od 12 lat telewizora nie mam i telewizji nie oglądam; ale słyszałam, że coś takiego jest). Postrzeganie tematu zmieniła „Rodzina Borgiów”. Fantastyczne stroje, plenery, wnętrza, intrygi, pełnokrwiste postaci. I ten Jeremy Irons…  W „Tudorach” Henrykiem VIII jest Jonathan Rhys Meyers, za którym do tej pory nie przepadałam, ale muszę przyznać, że gra tak doskonale, że wzroku od niego nie da się oderwać. Zaś jego powolna transformacja z „najpiękniejszego władcy w Europie” w opasłego potwora o reputacji raczej Sinobrodego, niż królewicza z bajki robi wrażenie. Wracając do książki: rozpoczyna się słowami „Z tą się rozwiódł, tę ścięto, ta zmarła, z tą się rozwiódł, tę ścięto, ta go przeżyła…”. Uśmiecham się i rozsiadam wygodnie. I odpływam…


Słyszę słodkie gaworzenie Niny po dwóch godzinach… Z rezygnacją spoglądam na listę zadań. Ehh, może uda się przy następnej drzemce…



Brak komentarzy: