wtorek, 22 października 2013

Sto laaat!

Poprzednia noc nie była łatwa. Nina obudziła się koło 1 i nie chciała dalej spać. Siedziałam przy niej aż do 2 i przekonywałam, że źle robi. W końcu się udało. Wróciłam do łóżka i… do 3 nie mogłam zasnąć! Nie wiem, dlaczego, nie miałam na sumieniu żadnej późnej kawy. W każdym razie przewracając się z boku na bok i klnąc, zaplanowałam sobie cały dzisiejszy dzień. Zupełnie niepotrzebnie – brak prądu od rana do wieczora zniweczył 99% planów. Jak się okazuje, prąd jest człowiekowi całkiem potrzebny. „Napisałam” również w myślach tego posta. Również bez sensu, bo rano już nic z tego nie pamiętałam i piszę go na nowo.

Miało być o jesieni. Pięknej i złotej. A przede wszystkim o urodzinowym weekendzie.


Jesień to zdecydowanie nie jest moja ulubiona pora roku, ale jest kilka rzeczy, za które ją uwielbiam. Mój numer 1 to jazda samochodem przez las i obserwowanie, jak kolorowe liście wirują na drodze. Albo podziwianie gry światła między drzewami. Robię wtedy często zdjęcia, ale wiadomo, co to za zdjęcia z jadącego samochodu, robione przez kierowcę. Dowód poniżej.



W ten weekend robiliśmy urodziny Niny. Rok skończyła w prawdzie prawie miesiąc temu, ale dopiero teraz udało się dopasować termin do dostępności gości. Nie wszyscy niestety dopisali (taka pora roku, sporo chorowitków), ale i tak było tłoczno. Dorosłych 12, dzieci 9. Kiedyś myśl o takiej ilości ludzi (i dzieci!) w moim domu przyprawiała mnie o ból głowy, ale po imieninach Mili w maju stwierdziłam, że jednak nie jest tak łatwo roznieść chatę!

Nie jestem z tych mam, które na imprezę przygotowują jakieś wyjątkowe dekoracje czy atrakcje dla dzieci. Pewnie brak mi kreatywności, ale uważam, że najważniejsze to spotkać się w fajnym gronie i pogadać, a dzieci i tak mają frajdę z zabawy nie swoimi zabawkami.

Mój catering imprezowy to kilka sałatek i ciast. Zostały pochłonięte szybko, więc zakładam, że były niezłe. Chętnym udostępnię przepisy ;-) Tort: zawsze od Lukullus. Jestem ich wierną fanką. Bynajmniej nie był to tort dziecięcy. Ale bez przesady: wystarczy, że na co dzień potykam się o zabawki i słucham Misia i Margolci! Kiczowatym tortom mówię NIE!

Mąż zapowiadał: nie zamierzam gadać o dzieciach! I chyba mu to wyszło. Jak przykładałam gumowe ucho do rozmawiających panów, to słyszałam o: wyprawach na Bałtyk na dorsze, obiektywach do aparatów fotograficznych, podróżach, pracy. Niech sobie przypomnę, o czym rozmawiały dziewczyny… O ząbkowaniu, pobudkach nocnych, rozmiarze rajstop dziecięcych, przepisach na ciasto, jak leczyć mokry kaszel… Cholera, słabo to wygląda. Dobrze, że chociaż wszystkie jesteśmy nadal w miarę atrakcyjne ;-) bo tematyka rozmów zdecydowanie się zepsuła!

Tak czy inaczej ja imprezę zaliczam do udanych. Jubilatka Nina też wyglądała na zadowoloną, a jak się jej do tej pory „sto lat” zaśpiewa, to się śmiesznie kiwa. Goście – mam nadzieję – też się nieźle bawili.

Za zdjęcia dziękuję P.A. Nareszcie jakieś porządne fotki na tym blogu! J

Aha, wszyscy goście zgodzili się na publikację zdjęć z nimi oraz ich dziećmi.


































3 komentarze:

Magda Bem pisze...

cudne dzieciaczki
pozdrawiam
buziaczki

Gosia pisze...

świetne zdjęcia! tematyka rozmów mam jest ok, póki jesteśmy w towarzystwie mam. gdy mamy są tylko dwie, a cała reszta dziko-swobodna... jest gorzej. ;) kurcze, mówimy o tym, czym żyjemy i co dla nas ważne. dziwne?

Nudy nie ma pisze...

To prawda. Na szczęście potrafię nadal rozmawiać o czym innym, niż dzieci, więc nie jest źle ;)