piątek, 25 października 2013

Technologia pod strzechą

Budowaliście kiedyś dom? Ten wymarzony, wyczekany? Znam takich, którzy wychodzą z założenia, że jak już się na to zdecydowali, to ten dom ma być super duży i wszystkomający. Potem często nic z tego nie wychodzi, więc z doświadczenia zalecam nie odlatywać za bardzo. Nam się to chyba udało, ale do dziś śmieszy mnie to, że budując pierwszy dom jesteśmy narażeni na całą masę ekspertów, którzy przekonują nas, że w reprezentowanej przez nich branży jest nam absolutnie niezbędny najbardziej rozbudowany lub wypasiony system. Jeśli jest to elektryk, to natrzaska nam setki punktów świetlnych, ogrodnik wymyśli jakąś przedziwną kolejność uruchamiania się podlewaczek ogrodowych, itd., itp.

My na szczęście nie daliśmy się (chyba) za bardzo naciągnąć, bo mąż architekt nie jest łatwym do naciągnięcia jeleniem. Ale na przykład z systemem antywłamaniowym trochę atrakcji mieliśmy. Nie kwestionuję dziś bynajmniej jego sensowności, ale zapewnił nam nie raz mocniejsze bicie serc.

Alarm zaczęliśmy uruchamiać, kiedy dom był na etapie budowy, w tzw. stanie surowym zamkniętym (czyli okna i drzwi), a my mieszkaliśmy jeszcze w Warszawie. Okna wstawione, masę kasy kosztowały, a ponoć zdarzają się przypadki wydłubywania świeżo zainstalowanych (dacie wiarę???), więc alarm musi być. Niestety prawdopodobnie przez szparę pod drzwiami garażowymi musiały dostawać się do domu małe zwierzaki, bo noc w noc alarm się uaktywniał, a pani z monitoringu stawiała nas na baczność i kazała recytować hasło.

W domu są też oczywiście czujki dymu. A jakże. Mieszkamy tu już ponad 4,5 roku, a wciąż zdarza nam się włączyć alarm pożarowy jakąś przypaloną potrawą w kuchni lub za szybko otwartą zmywarką, z której bucha para. Jest wesoło, nie?

Ale mój faworyt to czujka gazu usypiającego. Że też ktoś wpadł na to, że domowników można uśpić, wrzucając jakiś zajzajer to systemu wentylacji i splądrować im spokojnie dom. Hardkor, nie? W każdym razie miły pan od alarmu taką czujkę nam polecił zainstalować, tylko uprzedził (te kilka lat temu), że jak będziemy mieli dzieci, to żeby uważać, bo zasikana pielucha też może ją wzbudzić. Wiecie już, co będzie dalej, nie? :-)

Czujka znajduje się w sypialni, na ścianie po mojej stronie łóżka, blisko podłogi. Jak Nina była malutka i karmiłam ją jeszcze piersią, nocami odbywało się to tak, że wyjmowałam ją z łóżeczka, brałam do siebie do łóżka, karmiłam na śpiocha i odkładałam z powrotem do łóżeczka, bez przewijania. Może nie jest za fajnie spać z zasikaną pieluchą, ale wstawanie kilka razy w nocy na karmienie też fajne nie jest, więc na przewijanie nie starczało mi już sił. Tak więc Nina ciamka sobie którejś nocy słodko, ja kiwam się z ajfonem w ręku (zawsze coś tam oglądałam, żeby nie zasnąć), a tu kątem oka widzę, jak zaczyna migać niebieska dioda na czujce. Nim się zorientowałam, o co chodzi, alarm zaczął wyć straszliwie. Alarm zawsze wyje straszliwie, ale w środku nocy to wycie jest takie, że włosy stają dęba. A jak się jeszcze jest wybudzonym przez taki alarm ze snu, to już w ogóle trudno się zorientować, o co chodzi. Nie wiem, jakim cudem Mąż pamiętał hasło do wyłączenia alarmu. A pamiętał.

Z mniej spektakularnych historii, to  na przykład niania elektroniczna w jakiś sposób wzbudza… no w zasadzie to nie wiem, co ona wzbudza właśnie. Ale efekt jest taki, że panel od alarmu cały czas trzeszczy cichutko. Kiedyś myślałam, że ktoś nam podsłuch podłączył. Ha ha ha.


No i tak. Technologia,  XXI wiek i ten teges, ale nie ma co się dać zwariować. A Wy macie jakieś ciekawe urządzenia w domu?





Brak komentarzy: