czwartek, 10 października 2013

Nie samą pracą żyje człowiek

Dawno dawno temu, kiedy byłam już pracownicą korporacji, ale jeszcze nie szefową, spędzającą w biurze po 12 godzin , a resztę doby również o pracy myślącą, poczułam w sobie pewną tęsknotę. Nie wiedziałam jeszcze o co chodzi, ale czegoś mi brakowało. Czasu trochę miałam, wychodziłam z biura o przyzwoitych godzinach, jak normalny człowiek, życie towarzyskie i rozrywkowe kwitło, co nie było specjalnie trudne, jak się mieszkało w centrum Warszawy. Ale czegoś było brak. Jakiejś pasji, hobby, zajęcia „pozalekcyjnego”. Marzyłam, żeby coś zrobić rękami własnymi. Głowa była na co dzień na najwyższych obrotach, ale ręce łaknęły jakiejś pracy.

Już sama nie wiem, jak na to wpadłam, słowo daję. Ale wymyśliłam, że szczęście może mi dać lepienie z gliny. Ceramika. Znalazłam sobie jakieś warsztaty, ale byłam na nich tylko raz. Pracowało się tam na kole garncarskim, a to temat dla zaawansowanych. Trafiłam więc do innej pracowni i w każdy poniedziałek urywałam się wcześniej z pracy, by trzy godziny spędzić w towarzystwie innych dziewczyn, które odkryły w sobie podobną pasję. Było fajnie. Trochę jak w kole gospodyń (miejskich): każda z nas coś tam sobie dłubała, gadałyśmy o życiu, o sprawach ważnych i błahych. Albo milczałyśmy, bo jak ręce były zajęte, to głowa fantastycznie odpoczywała, myśli krążyły sobie powoli. Co kto lubi. Świetna terapia.

Nie ma co ukrywać. W poniedziałki powstawały rzeczy piękne. Nietuzinkowe. Ba, jedyne takie na świecie! I temi rencami zrobione!!!! Do dziś niektóre ozdabiają mój dom. Nie tylko mój, bo przecież robiło się i prezenty dla bliskich, i coś tam mi się kiedyś sprzedało. W każdym razie wkręciłam się w temat, kupowałam własną glinę i szkliwa, bo te pracowniane już mi nie wystarczały. Miałam pudła pełne słoiczków z kolorowymi proszkami, dłutka i skrobaczki, a w poniedziałkowe wieczory długo czyściłam paznokcie. Był to piękny i kreatywny okres w życiu.
Niestety – w kontekście przyszłej-niedoszłej kariery ceramiczki  – moja kariera w korporacji  nabrała rumieńców i tempa, co skutecznie zakończyło beztroskie poniedziałkowe popołudnia. I wszystkie inne też. O życiu w fabryce nie będę się tu rozpisywać. Jestem zdania, że nie ma tego złego.  Dziesięć lat w dużej międzynarodowej firmie jest dobrą szkołą życia. Nawet, jeśli teraz uważam, że nigdy więcej. Po prostu ten etap w życiu uważam za zamknięty, ale też cieszę się bardzo, że był.

Tak czy inaczej jestem bardzo szczęśliwa, bo miłością do gliny udało mi się zarazić przyjaciółkę i jestem przekonana, że moja pasja żyje nadal w niej. Zaciągnęłam kiedyś na zajęcia dziewczynę, z którą znamy się od podstawówki i proszę – ona również odkryła w sobie talent. Do tego stopnia, że od lat prowadzi własną autorską pracownię, a bystre oko mogło kiedyś wypatrzeć w jednym z moich postów piękną misę jej autorstwa. Jeśli szukacie wyjątkowych przedmiotów z duszą, absolutnie niepowtarzalnych, zajrzyjcie na fan page pracowni Dekornia.pl  https://www.facebook.com/pages/dekorniapl/

A poniżej kilka efektów moich poniedziałkowych popołudniowych sesji w gronie wyłącznie żeńskim :)







Brak komentarzy: